"Pierwsze koszulki robiłem w garażu i na strychu." Wywiad z Maciejem Lebiedowiczem, twórcą Pan tu nie stał

Tworzymy prototypy, ale do produkcji trafiają tylko te, z których jesteśmy dumni - mówi Maciej Lebiedowicz
Tworzymy prototypy, ale do produkcji trafiają tylko te, z których jesteśmy dumni - mówi Maciej Lebiedowicz Materiały promocyjne/ Facebook
Pan tu nie stał istnieje od 2006 roku i od tego czasu zyskała sobie status kultowej. W rozmowie z twórcą marki, Maciejem Lebiedowiczem, poruszamy kwestie jego inspiracji, jak narodził się pomysł na sklep i tego, co jest najważniejsze przy zakładaniu własnego biznesu.

INNPoland: Najlepiej chyba zacząć wszystko od początku. Jak to się zaczęło?

Maciej Lebiedowicz: Sama firma powstała w 2006 roku. Ale koncepcja narodziła się znacznie wcześniej. W czasach, kiedy byłem mały, ludzie nie mieli w mieszkaniach wielu rzeczy – poza książkami. Wszędzie było ich mnóstwo, ale miały jedną wadę – były takie same. Taka stała pula książek, którą każdy posiadał u siebie w domu.

To one Was zainspirowały?

Właśnie! Kiedy cały czas masz te same książki w ręce, pewne rzeczy z nich zostają w tobie. W moim przypadku to były grafiki w środku – ten charakterystyczny styl projektowania, ta produkcja, która była tak typowa dla tamtych czasów, coś, czego teraz nie ma. A te rysunki miały swój specyficzny klimat, nie były zrobione byle jak tylko miały swój niepowtarzalny styl. Dlatego tak mi się to spodobało.

A potem system upadł.

Prawda, w latach 90. nastały nowe czasy, projektowanie stało się dzikie. Ale moja fascynacja mnie nie opuściła. Zanim powstał sklep założyłem bloga, gdzie wrzucałem zdjęcia i skany starych etykiet z napojów, serków, lodów. Blog cieszył się niezłą popularnością. A to jeszcze były czasy,
gdy nie było Tumblra czy Instagrama.
Przewidziałeś modę na vintage.

To nie jest tak. Robiłem to, bo to moja pasja, zresztą dalej jest. A że akurat nastała moda na takie fascynacje starym designem to był czysty fart. On mi najbardziej pomógł w tym biznesie. Ale też nie robiłem tych wszystkich rzeczy z myślą o konkretnych profitach – one przyszły same. Ja tylko prowadziłem stronę, bo to lubiłem.

Ale czy robiłeś tylko zdjęcia starym etykietom? Nie szukałeś głębiej?

Jasne, że szukałem. Zbieractwo było nieodłączną częścią mojego hobby. W Łodzi na Bałutach jest bazar. Tam jest wszystko – mnóstwo śmieci, trochę skarbów, trochę nie wiadomo czego. Z moją obecną małżonką chodziliśmy tam i szperaliśmy, szukając, co by nas zainteresowało. W końcu natchnęło nas to do otwarcia sklepu.

Co tam było?

To był taki sklep wielobranżowy, w którymi było dosłownie wszystko i nowe książki i stare plakaty, nowa odzież i stare odbiorniki radiowe. Okazało się, że popyt jest na produkty nowe, ale zainteresowaniem cieszą się produkty stare. Stary styl projektowania i ilustrowania – to podobało się młodym odbiorcom.

Dlaczego?

Bo były stare. I wtedy właśnie wpadłem na pomysł z koszulkami. Zdobyłem maszynę do sitodruku i drukowałem wzory. W totalnie chałupniczych warunkach – w garażu, na strychu czy w piwnicy. W 2009 roku otworzyliśmy pierwszy sklep stacjonarny. To też było robione na wariata – budżet napisaliśmy na kolanie, na wyrwanej z zeszytu kartce i wynosił 875 złotych. Teraz by to nie przeszło, ale wtedy to było spontaniczne – nie mieliśmy absolutnie żadnego zaplecza – finansowego, wykształcenia, do projektowania. Wszystko robiliśmy od zera.

I osiągnęliście sukces.

Sam się zdziwiłem. Ale wszystko zaczęło się rozwijać i teraz mamy już trzy sklepy – w Krakowie, Warszawie i właśnie w Łodzi. Współpracujemy z innymi markami, np. mamy teraz kolekcję zrobioną z Nenukko, uruchomiliśmy niedawno markę, która zajmuje się sztuką użytkową. Oczywiście, nie jesteśmy też poważną firmą – nie mamy kwartalnych planów, celów rocznych czy innych tego typu rzeczy. Jest lepiej lub gorzej, my chcemy tworzyć rzeczy, które ludzie chcą nosić i które mają w sobie jakiś pierwiastek ponadczasowości. Zawsze pytamy się, czy wzór, który mamy, nie będzie dla nas powodem do wstydu. Jak widzimy, że coś nam kompletnie nie wyszło, to nawet nie wpuszczamy tego na rynek – nie chcemy tworzyć tandety ani jej sprzedawać.
A jak tworzycie wasze produkty?

Wszystko w Polsce, 95 procent jest szyte w Łodzi. Tak jest taniej, poza tym jest to rodzaj jakiegoś odpowiedzialnego społecznie biznesu i chcemy, aby nasze rzeczy pochodziły z Polski w 100 procentach. Mamy swoje zaufane szwalnie, zatrudniamy teraz dwie projektantki i jakoś się wyrabiamy z dostawami.

Nie kusiło was, żeby zamawiać towar z Chin?

Wiesz co, to ma sens jak jesteś sieciówką i jak możesz czekać dwa miesiące na dostawę jakiejś ogromnej liczby koszulek. Tylko do tego trzeba mieć czas, pieniądze i infrastrukturę. Nam by się to nie opłacało, poza tym nie mamy zamiaru konkurować z sieciówkami – mamy własny segment, w którym się rozwijamy.

Czy braliście jakieś dofinansowanie na rozwinięcie działalności?

Nigdy. Wszystko zrobiliśmy za własne pieniądze. Nie było jakichś szczególnych powodów – jakoś tego nie czuliśmy, poza tym mógłby być problem z naszą autonomią, a to wszystko było zabawą na początku, to po co się tak wiązać?

Czyli cała idea bierze się z Waszej fascynacji wzornictwem?

Uważam, że jak coś kochasz i jest twoją pasją, to po prostu to rób. A reszta jakoś wokół tego narośnie i potoczy się własnym torem. Trzeba wiedzieć, zanim przystąpi się do takiego przedsięwzięcia, czy faktycznie mamy do tego serce, pasję i zaangażowanie. Jeśli tak, to trzeba tylko robić swoje i nie bać się.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...