Grupa naTemat

Bajka o bogatym szejku i Ani Kruk, która zawiozła Arabom pozłacany mosiądz

Tak zaczęła własny biznes w Katarze
Tak zaczęła własny biznes w Katarze arch. Ania Kruk
Przyjeżdża katarski szejk do Galerii Mokotów i robi zdjęcia telefonem. Ten sklep mi się podoba. Pstryk. O, i tu jest ładnie. Pstryk. Wraca do swojego biura w Doha i pokazuje współpracownikom zdjęcia. - A tę markę - wskazuje na różowo-białe logo "Ania Kruk" musimy koniecznie sprowadzić do naszych centrów handlowych.

Wystawa jubilera w Katarze. Łańcuszek ze szczerego złota jest grubości ołówka, do tego zawieszka. Finezyjnie rzeźbiona wielka jak kciuk. szczere złoto, za 8-10 tys. dolarów. Ale co z tego skoro kobiety w Katarze mają już takich na pęczki. Choć trudno w to uwierzyć wolałyby pozłacane srebro, albo mosiądz, o ile wygląda jak nowoczesny wyrób pop-biżuterii. Co z tego, że mniej cenny. Liczy się przyjemność kupowania świecidełek raz w tygodniu, albo i codziennie.

Cuda pod palmami
Właśnie dlatego szejk (nie pada nazwisko, bo nie lubi by wspominano o jego interesach) ściągnął do Kataru Anię Kruk. To dyrektor kreatywna młodej marki jubilerskiej - związanej ze słynną rodziną poznańskich jubilerów, a także autorka bloga w naTemat.pl. Ania poleciała do Kataru i oniemiała: – Wiesz, jest takie centrum handlowe, po którym pływa się łódką jak w Wenecji. Te kobiety są jak piękne nimfy. Nie pracują tylko cały dzień spacerują i robią zakupy. Średni paragon w naszym butiku w Doha to nie kilkaset złotych, ale równowartość kilku tysięcy dolarów - opowiada.

Dla swoich kobiet Arabowie importowali z Zachodu wszystko co się da. Zarę, H&M oczywiście Versace i Gucciego, Pradę też. Kiedy latem tego roku Polka otwierała butik w centrum handlowym The Mall w przyjechała rzesza dziennikarek arabskich wydań InStyle, Cosmopolitan, Elle. Blogerki modowe też są jakby zaimportowane. Jedna z bardziej popularnych to żona pracującego w Katarze Włocha - pochodzi z Ameryki Południowej.
Ania Kruk

Różne kultury i różne kanony piękna to zawsze wyzwanie dla marek działających na wielu rynkach. Katar jest szczególnym przypadkiem: to prawdziwy “melting pot”, miejsce spotkań tak wielu różnych narodowości, tradycyjny i nowoczesny zarazem. Wybierając wzory do naszego butiku, musiałam kierować się zarówno gustem Arabek, Hindusek, których mieszka tam bardzo dużo, jak i Europejczyków, którzy przyjechali tu na kontrakty. Po pierwszym okresie działalności, mogę już być spokojna: Wiem, że nasze kolekcje są trafione, i naprawdę unikalne na skalę Kataru.

Historia jak z bajek tysiąca i jednej nocy, rozgrywa się na naszych oczach. Młoda (istniejąca dopiero od 3 lat), polska marka Ania Kruk, wyrosła z długiej rodzinnej tradycji w branży jubilerskiej. Założona przez brata i siostrę: Wojciecha Kruka juniora i Anię Kruk, dzieci Wojciecha Kruka, twórcy sukcesu marki W.Kruk, zdobywa coraz mocniejszą pozycję na rynku. W Polsce, to 9 salonów w centrach handlowych, oraz flagowy butik na ul. Mokotowskiej, centrum modowej mapy Warszawy. Następny krok, to ekspansja za granicę – w zaskakującym i egzotycznym kierunku Bliskiego Wschodu.
Co dalej? Po uroczystym otwarciu butiku w The Mall, jeszcze w długiej sukience, ale już bez obcasów, Ania pojechała na plac budowy centrum handlowego NorthGate, które będzie największą luksusową galerią handlową w Katarze. Tam, na parterze, obok największych marek modowych świata, powstaje drugi różowy butik. W planie są już kolejne bliskowschodnie lokalizacje. Otwarcie drugiego, większego butiku już na wiosnę.

Nie wszystko złoto...
Kruk opowiada, że miała propozycje otwarcia sklepów ze Szwecji, z Francji i wielu innych ciekawych rynków, ale Katar ją zaskoczył. Biznesowy partner stwierdził, że jeśli polskie produkty zostaną dobrze przyjęte, marka powinna być gotowana otwarcie nawet 100 sklepów. Dziś Ania Kruk zatrudnia więc 80 osób w firmie i zleca produkcję trzem fabrykom - a raczej manufakturom gdzie jak mówią starzy rzemieślnicy "klepie się złotko".

Tak naprawdę produkty na rynek Kataru i sąsiednie powstają z pozłacanego srebra, mosiądzu. Perły są sztuczne. Podczas rozmowy Ania ma na sobie połyskujący złotem łańcuszek z zawieszką i kilka bransoletek. Taka stylizacja u tradycyjnego jubilera kosztowałaby majątek. Okazuje się, że to co ma na sobie, kosztuje nie więcej niż 500 złotych. Najdroższy wyrób w kolekcji ma metkę z ceną góra 600 złotych.

– Zamiast robić zakupy raz na rok, przy wielkiej okazji, mogę sprawić sobie przyjemność raz na miesiąc. A kiedy zakupiona rzecz opatrzy się i znudzi, bez żalu odłożę ją na dno szuflady – mówi o „pop-biżuterii” jej projektantka. Jej główni konkurenci to Tous, Bijou, czy biżuteryjne półki w Zarze, albo Sinsay.
Rzuciła Google i Barcelonę
Najciekawsze jest to że nie byłoby marki gdyby nie konflikt rodziny ze współczesnymi udziałowcami W.Kruk. W 2008 roku w wyniku kilku transakcji finansowych jubiler stał się jedną z marek giełdowej korporacji Vistula Group. Rodzina Kruków (są mniejszościowymi akcjonariuszami Vistuli) nie zgadzała się polityką spółki. Powstał plan założenia nowego biznesu. Wymyślili, że na konkurencyjnym rynku jubilerów stworzą nową markę popularnej biżuterii, której ceny nie będą przekraczać kilkuset złotych. – Nie chcę mówić niczego złego o Vistuli. W wyniku niezależnych od nas działań marka z naszym nazwiskiem oddaliła się od rodziny. Założyliśmy więc nową, niekonkurencyjną, bo to inny klient i inna półka cenowa - opowiada.

Ten rodzinno-biznesowy kryzys zastał Anię Kruk w Barcelonie. Miała 25 lat, właśnie umeblowała sobie życie: przystojny narzeczony Katalończyk, skończone prestiżowe studia, praca w Google przy projektowaniu czcionek dla serwisów internetowego potentata. Nie planowała powrotu do Polski, ale kiedy rodzina znalazła się tarapatach, bez zwłoki wróciła do Poznania. –Zapomniałam o poprzednim życiu, codziennie pracuję do godziny 23. Mój chłopak, właściwie już mąż, uczy się polskiego - mówi biznesmenka.

Zapasowy Kruk
W powstanie marki Ania i Wojciech junior zainwestowali cały rodzinny kapitał. Wojciech senior udostępnił jubilerskie know how i kontakty do rzemieślników i producentów. Pierwszy butiki powstały w Galerii Mokotów w Warszawie oraz w Poznaniu. Mało kto dawał szansę na sukces. – Wiele zalezy od motywacji właścicieli. Jeśli taka oferta poniesie się wśród młodych klientów, jeśli będzie sklep internetowy nigdy nie wiadomo do jakiej skali może się to rozwinąć - komentował Rafał Bauer, były prezes Vistuli, a obecnie szef odzieżowego Próchnika.
Wojciech Kruk Junior

W naszą firmę zainwestowaliśmy w sumie 8 mln zł. W większości to koszt utrzymania butików w centrach handlowych oraz wkład produktowy. Oczywiście na starcie przychody były małe, ale systematycznie rosną. Nasza strategia zakładała budowę sieci detalicznej od początku, i to nie stopniowo ale od razu kilka butików, Wiązało się to z dużym kosztem, a rozpoznawalność i budowa lojalności klientów potrzebuje czasu. Dopiero teraz, po 3 latach mamy do czynienia z organizmem działającym na skalę swoich możliwości. Przy przychodach sięgających 3 mln złotych zaczynamy zarabiać.

Krukowie mają w genach jakiś niesamowity gen przetrwania. "Dziadek Henryk" (trzeci z pokolenia Kruków) żyjący w najbardziej burzliwych czasach dwukrotnie zaczynał biznes od zera. Po raz pierwszy w 1939 roku, a potem po wojnie, gdy jako prywaciarz toczył grę z urzędnikami PRL.

Ania Kruk to piąte pokolenie - Wszystko zaczęło się w 1840 roku kiedy mój pradziadek założył mały warsztat złotniczy… - pokazuje przodków na prospekcie z rozrysowaną historią rodziny. 175 lat później historia zatoczyła koło. – Znów otwieramy pierwszy butik, ale tym razem: pierwszy za granicą. Pradziadek Władysław byłby nieźle zaskoczony, ale prababcia Helena byłaby szalenie dumna - dodaje Ania. Czy dzieciom poznańskiego jubilera uda się dopisać choć kilkadziesiąt lat historii rodzinnej firmy?

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj