Rafał Ferber założył fanpage "Mordor na Domaniewskiej" dla zabawy. Dziś zarabia na nim miliony... lajków

Mordor jest w głowie – mówi Rafał Ferber z "Mordoru na Domaniewskiej"
Mordor jest w głowie – mówi Rafał Ferber z "Mordoru na Domaniewskiej" Fot. Mateusz Trusewicz / INN:Poland
Rafał Ferber mógłby żyć jak pączek w maśle. Był menedżerem sprzedaży w branży finansowej. Dowoził wyniki, bardzo dobrze zarabiał. W przeciwieństwie do fanpage’a, który prowadzi. „Mordor na Domaniewskiej” rośnie w szalonym tempie, ma dziś ponad 102 tysiące fanów (rok temu było ich 60 tysięcy), ale nie zarabia. Tysiące ludzi wrzuca lubi, komentuje i udostępnia treści z fanpage’a. Ale nie idą za tym pieniądze. Zdarzają się za to kłopoty.

Masz świetny fanpage. Zgłaszają się reklamodawcy?


W zeszłym roku pewna firma stwierdziła, że chce z nami zrobić jakąś akcję. Okazało się, że mają na nas budżet na poziomie 1000-2000 złotych. Odrzuciłem ich ofertę. Często jest tak, że nie podejmuję współpracy w zakresie "Mordoru", ale pomagam przy promocji w internecie.

To na czym zarabiasz?

Otwieram agencję social-media na bazie doświadczeń z „Mordorem”. Zgłaszają się klienci, którzy mówią, że chcieliby zrobić z nami jakąś akcję. Mamy fanpage na 100 000 użytkowników i musimy im tłumaczyć, jak on działa, że nie zawsze jest dobrym miejscem na reklamę. W tej chwili komercyjnie prowadzę kilka fanpage'ów.„Mordor” to jest nasz okręt flagowy. Nie zarabiamy na nim, ale pokazujemy na jego przykładzie, jak potrafimy rozkręcić biznes w internecie. Nazywamy się Runaways, bo chcemy uciec z tego „Mordoru” i wyciągać z niego ludzi, którzy pracują dla nas po godzinach, tych oświeconych orków. Wykorzystuję też doświadczenia z prowadzenia portalu global.net.pl oraz innych projektów internetowych, w których biorę udział.

Miałeś jakieś niefajne sytuacje związane z prowadzeniem „Mordoru na Domaniewskiej”?

Miałem taką sytuację, że wrzuciłem zdjęcie SMS-a, którym zwolniono pracownika. Wymazałem numer telefonu, ale było imię „Ania” oraz nazwa firmy. Kilka godzin później zadzwonił do mnie kolega, który pracował w tej firmie, że przyszli do niego z działu prawnego z prośbą o kontakt do mnie, bo pojawia się nazwa firmy w niekorzystnym świetle. Usunąłem, bo ja – Rafał Ferber – nie miałbym szans w starciu z prawnikami dużej firmy. Mam też ciekawsze rzeczy do robienia niż kłócenie się z nimi.


Innym razem wrzuciłem zdjęcie lodówki, na której była kartka „Ukradłeś mi jedzenie”, na firmowym papierze, z logo. Dla mnie to było neutralne. Ale po paru godzinach dostałem maila, że znak tej firmy jest znakiem chronionym i "prosimy o usunięcie".

A zdarzyło się coś, co pociągnęło jakieś realne konsekwencje?

Raz nie dostałem pracy. Na drugim etapie rekrutacji pracodawca pogłębił research na mój temat. Jak dowiedział się, że prowadzę taki fanpage, to uznał, że rezygnuje. Choć jestem doświadczonym menedżerem sprzedaży, dowożę wyniki, mam referencje – pracy nie dostałem.
Nie dostałeś tej pracy, więc zakładasz agencję social-media. Masz doświadczenia z pracy na swoim?

W 2005 roku założyliśmy z kolegami portal global.net.pl, który dziś już nie funkcjonuje. Miał być konkurencją dla Wprost, Polityki i innych tygodników opinii. Wychodziliśmy z założenia, że czytelnictwo prasy papierowej będzie spadało – i nie pomyliliśmy się. Niestety, ten biznes nam nie wyszedł. Byliśmy za młodzi, popełniliśmy trochę błędów.

Co zawiodło?

Pomysł był dobry. Pozyskaliśmy ćwierć miliona od inwestora, mieliśmy w tamtym czasie około 100 000 unikalnych użytkowników. Ale pokłóciliśmy się ze wspólnikiem i inwestorem. Nie zadziałała chemia. Nie było też pieniędzy. Byliśmy za młodzi, za dumni.
Bareja XXI wieku

Rafał Ferber opowiada, że kiedyś mama spytała go, co jest zabawnego w fanpage "Mordor na Domaniewskiej". Wytłumaczył jej: "Pamiętasz jak oglądaliśmy filmy Barei? Ty z tatą się śmieliście, a ja nie rozumiałem. Powiedziałaś wtedy, że to trzeba było przeżyć, żeby z tego się śmiać." Z Mordorem jest tak samo, jak z życiem w PRL. Nie da się go wytłumaczyć komuś, kto tego nie doświadczył.



Zamknęliście biznes. Co robiłeś potem?

Później sprzedawałem rozwiązania B2B. Tam poznałem, jak działają korporacje. Na przykład zrozumiałem, że nawet jak rozwiązanie, które proponujemy, jest dla firmy najlepsze – może nie przejść, bo narusza interesy kogoś wewnątrz. Uczyłem się tych gier korporacyjnych.

A jak sam trafiłeś do korporacji?

Zawsze mnie ciągnęło do świata finansów. W 2009 roku zacząłem pracę w firmie doradztwa finansowego. Potem trafiłem do banku.

Byłeś zwykłym orkiem?

W banku, w którym pracowałem, piąłem się po tej korporacyjnej drabince. Od zwykłego doradcy do dyrektora oddziału. Od orka do uruk-hai’a. Nauczyłem się trochę, odłożyłem kasę i postanowiłem założyć własny biznes, ale znowu się nie udało.

Co tym razem nie wypaliło?

Założyłem z kolegą firmę zajmującą się inwestycjami alternatywnymi. Mieliśmy fajny pomysł, ale to był czas po Amber Gold. Przekonanie ludzi do inwestowania w cokolwiek graniczyło wtedy z cudem. Bez dużego kapitału, dużych znajomości, nie było możliwe. Musiałem wrócić do innego korpo.

W „Mordorze na Domaniewskiej” obśmiewasz życie korporacji. Lepiej się czujesz pracując na swoim?

Dobrze się odnajduję w środowisku korporacji, dobrze je rozumiem i potrafię w nim funkcjonować. Jestem na tyle elastyczny, że potrafię się odnaleźć w korpo, ale i we własnej działalności. W pierwszym wypadku będzie mnie wkurzało np. to, że szef jest idiotą, bądź procedury są bez sensu, a w drugim, że klienci płacą faktury trzy miesiące po terminie.
Co dobrego dają korporacje?

Kiedyś była służba wojskowa, która kształtowała charakter. Uważam, że dzisiaj, jeśli ktoś nie wie co chce w życiu robić, powinien popracować trochę na call-center, trochę w sprzedaży bezpośredniej i trochę w korporacji. To da mu ogląd świata i twardą szkołę życia.

Ale dlaczego niektórzy tkwią w tym układzie przez wiele lat?

Mam znajomych, którzy poszli do korpo i po godzinach coś jeszcze robią. Są świetnymi grafikami, programistami. Kiedy pytam ich, dlaczego nie odejdą, odpowiadają, że tu mają podstawę, bezpieczeństwo, pieniądze na kredyt. Nazywam ich oświeconymi korposzczurami. Biorą z korpo to, co jest do wzięcia, nie dadzą się zarżnąć, a przy okazji robią fajne rzeczy dla siebie.

„Mordor na Domaniewskiej” powstał też w ten sposób?

Powstał, gdy pracowałem w pseudokorporacji. Był robiony zawsze dla funu. Nigdy nie miał być projektem komercyjnym. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie da mi już się tak sprać głowy, żebym realizował te KPI [kluczowe wskaźniki efektywności – przyp. red.] ku chwale korpo, ku chwale „wyższych celów”. A tak naprawdę cel jest jeden – zysk, zysk, zysk. Nauczyłem się zachowywać zdrowy rozsądek w stosunku do miejsca, w którym pracuję, a nie zawsze tak było.

Jak wymyśliłeś „Mordor”?

Nie ja wymyśliłem „Mordor”. Ta nazwa funkcjonowała wcześniej. Ja tylko ją wykorzystałem. „Mordor na Domaniewskiej” brzmiał, jak fajna nazwa fanpage'u.

Czym jest więc „Mordor”?

„Mordor” to stan umysłu. „Mordor” może dotyczyć każdego z nas, bez względu na wielkość firmy, czy miasto. Najgorzej jest, jak do małego przedsiębiorstwa przychodzi ktoś z korporacji. Jest nauczony tabelek, krzyczenia na ludzi i przenosi to do nowej firmy. To wszystko jest w głowie. Na „Mordorze” obśmiewam korporacje – ale jest ogromna rzesza ludzi, którzy w tym świecie się odnajdą i nie ma w tym nic złego.

Kto czyta „Mordor na Domaniewskiej”?

Czytają nas zarówno orkowie – ci, którzy zaczynają pracę w korpo – ale też osoby na średnich stanowiskach, a nawet dyrektorzy i zarządy. Dostarczamy rozrywkę ludziom, którzy pracują, a nie jesteśmy przy tym strasznie angażujący. Nasz fan nie jest taki, jak użytkownik Kwejka czy Demotywatorów. Nie ma czasu samemu przygotowywać treści. Jest konsumentem, a nie prosumentem rozrywki. Często „Mordor” przeglądają ukradkiem na komórce, bo Facebook na firmowych komputerach jest zablokowany.
Z czego śmieją się twoi czytelnicy?

Ludzie ciągle się śmieją z lodówek, z których ktoś kradnie jedzenie. Beznadziejne zachowanie w toaletach. Toalety dostarczają mi bardzo dużej ilości kontentu. Z kilku firm mam takie instrukcje, jak się zachowywać w toalecie. Korki uliczne, żarciki biurowe – to evergreeny. Ostatnio ludzie przysyłają zdjęcia odjechanych ogłoszeń rekrutacyjnych.

A co przestaje bawić?

Jedna rzecz, która jest trochę niepokojąca, to fakt, że rzeczy okołopolityczne dzielą – choć samej polityki staram się unikać. Ale ostatnio, jak wrzuciłem kartkę z napisem „Komitet Obrony Detergentów”, z informacją, że zginął płyn do mycia naczyń, ludzie zaczęli się pod nią wyzywać. Tak spolaryzowane jest społeczeństwo.

Napisz do autora: tomasz.staskiewicz@innpoland.pl

Trwa ładowanie komentarzy...