Co weekend wydaje 15 tys. zł. Nie na ciuszki, tylko na opony i paliwo. Karolina Pilarczyk to królowa polskiego driftu

Karolina Pilarczyk - Polish Drift Girl.
Karolina Pilarczyk - Polish Drift Girl. Mat. prasowe
Kiedy Karolina Pilarczyk dostaje oferty matrymonialne, do gry wchodzi menedżer jej teamu. Gorące głowy studzi pytaniem: „A stać cię na kupienie 400 opon rocznie?”. Karolina Pilarczyk jest jedyną polską zawodową drifterką, pracuje w software-housie i walczy o prawa zwierząt.

Co weekend wydaje 15 tysięcy złotych. Nie przepuszcza tych pieniędzy na stroje, torebki i biżuterię, ale na opony, paliwo i części zamienne. Jedne zawody to średnio 40 opon i 200 litrów paliwa. No ale tak jest, jak się ścigasz Nissanem 200SX z silnikiem o pojemności 6,2 litra przełożonym z Corvetty. 800 koni pod maską pozwala wchodzić w kontrolowany poślizg przy prędkości 160 km/h. Karolina Pilarczyk jest jedyną w Polsce zawodową drifterką. Pełen zakrętów tor pokonuje cały jadąc w poślizgu. Trasę musi pokonać określoną przez organizatorów linią, być jak najbliżej wyznaczonych punktów. Oceniane są też kąty wychylenia pojazdu i prędkość jaką się rozwija.
– Poszłam na kursy doszkalające w jeżdżeniu zaraz po zrobieniu prawa jazdy. Zdawałam sobie sprawę, że mało jeszcze umiem, a nie chciałam słyszeć „baba za kierownicą” – Karolina Pilarczyk opowiada INN:Poland o początkach swojej pasji. – U mnie w rodzinie nie było tradycji motoryzacyjnych. Mama jest aktorką, a tata i brat są informatykami – kontynuuje.

Nic więc dziwnego, że swoją karierę też związała z branżą technologiczną. Po studiach informatycznych i menedżerskich zarządzała projektami w dużych korporacjach IT. Drifting to jej drugi etat. Jak sama mówi – dwa lata temu przestała być profesjonalnym kierowcą, a została zawodowym. Zamiast zespołów projektowych w IT, musiała stworzyć ekipę rajdową. To jak prowadzenie małej firmy.

– Zbudowałam swój własny team. Na każde zawody jeździmy w 4-5 osób. Mechanicy, menedżer, fotograf – opowiada Karolina. – Auto jedzie na lawecie, do tego bus z oponami, częściami zamiennymi, narzędziami. Każdy przejazd to nowe opony, a przy przeciążeniach, w które wchodzi auto, zdarza się, że pękają półośki czy drążki. A poza tym drifting to sport kontaktowy – dodaje.
Kiedy zdecydowała się na karierę kierowcy, przez kilka lat sama płaciła za wszystko. Jako menedżer w IT zarabiała nieźle i wszystkie pieniądze inwestowała w samochód, żeby móc pokazać pełnię możliwości. Równocześnie, korzystając ze swojej wiedzy biznesowej, szukała sposobów, jak pozyskać sponsorów.

– Opony zapewnia mi Falken, narzędzia firma Yato. To nieoceniona pomoc, bo często naprawiamy auto w naprawdę spartańskich warunkach – wymienia jednym tchem. – Komputery, dzięki którym analizujemy dane zbierane przez czujniki w samochodzie dostaliśmy od Acera, a oleje zapewnia Motul – dodaje. Dzięki temu nie musi już dokładać do swojej pasji.

W tej chwili Karolina Pilarczyk jeździ samochodem, który pozwala jej na rywalizację z najlepszymi w Polsce. Podczas Mistrzostw Polski w Białej Podlaskiej na 12 miejscu zakwalifikowała się do TOP16, ale odpadła w bezpośredniej rywalizacji. Na poziomie PRO jest jedyną w Polsce kobietą.


O zwykłych stłuczkach i lekkich uderzeniach mówi, że „popieściła karoserię”. Ale poważny wypadek miała podczas górskiego rajdu we Francji. Na ostatnim przejeździe uderzyła w skałę, samochód zaczął kręcić się wokół własnej osi i zatrzymał się na ścianie zabezpieczającej uczestników zawodów przed spadnięciem w przepaść.

– Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po wypadku, było zdjęcie kasku i poprawienie fryzury – opowiada Karolina. – Wiedziałam, że jak był wypadek, to będą zdjęcia. Nic mi się nie stało, wyszłam z auta uśmiechnięta – dodaje. Nowoczesne systemy bezpieczeństwa są w tym sporcie wymogiem. Kubełkowe fotele, pasy, kaski, niepalne kombinezony. Większe obrażenia odnoszą poszkodowani w zwykłych wypadkach przy mniejszych prędkościach.
Żeby móc realizować swoją pasję, Karolina Pilarczyk uciekła z korporacji. Pracuje jako Business Development Manager u amerykańskiego producenta oprogramowania SwingDev, który ma zespół programistów w Polsce. Produkują aplikacje mobilne na zlecenie.

– Cały czas żyję w dwóch światach. Z jednej strony drifting, ale nie mogę sobie pozwolić, żeby nie pracować w IT – opowiada. – Tu technologie zmieniają się tak szybko, że gdybym wypadła z rynku na jakiś czas, pewnie musiałabym się uczyć wszystkiego od nowa – dodaje.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...