Publicystka DGP napisała krytycznie o start-upach i... naraziła się świętej inkwizycji

Start-upy to często wirtualne pieniądze.
Start-upy to często wirtualne pieniądze. Inn:Poland
„Ci wszyscy biznesmeni, prawnicy, dziennikarze krytykujący startupy (startupy wedle definicji w linku poniżej) są jak gruby wąsaty facet, który podczas meczu siedząc z piwkiem przed TV krzyczy: "biegaj szybciej ch*u!".” Tak na swoim facebooku napisał jeden z liderów środowiska start-upowego. Ten wpis jest reakcją na artykuł Sylwii Czubkowskiej w dzisiejszym Dzienniku Gazecie Prawnej.



Autorka podała wiele przykładów informacji prasowych, które dostaje i w których firmy przedstawione są tak, jakby za chwilę miały podbić świat. Powołuje się na słowa prof. Filipiaka z Comarchu, dla którego start-up, to młody człowiek z kartką papieru i marzeniami. Skrytykowała nierealne wyceny biznesów, które nie przynoszą zysku, nowomowę i uprawianą przez tę specyficzną grupę przedsiębiorców propagandę sukcesu i naraziła się świętej inkwizycji. Naraziła się bolesną prawdą. Ci sami ludzie, którzy niedawno wyśmiewali polski start-up, który podbija Indonezję, zareagowali ironią w momencie jak autorka napisała kilka gorzkich, choć prawdziwych słów na temat tendencji, która narasta wokół środowiska.

Bezrefleksyjna krytyka czegokolwiek nie ma sensu. Tak samo jak nie ma sensu bronienie wszystkiego, co jest, a właściwie nazywa się start-upem. Bo wszystko rozbija się o definicję. Jeśli przyjąć, że chodzi o biznes, którego podstawowym celem jest szybki wzrost w warunkach skrajnej niepewności, dodamy do tego element innowacji, to okaże się, że w Polsce prawdziwych start-upów jest naprawdę niewiele. I co więcej, one nie muszą się bronić. Problem w tym, że „religia start-upów” ma coraz więcej bezrefleksyjnych wyznawców.

Start-upy stały się „świętą krową”. Wystarczy krzywo spojrzeć, by narazić się na ekskomunikę i nawoływania do bojkotu przez kapłanów nowej religii. Publicznie okazują święte oburzenie i wzywają do "omijania" niewygodnych dziennikarzy. Prywatnie każda osoba z branży, z którą rozmawiałem przyznaje, że co chwilę spotyka się z pomysłami z kosmosu (czasem dosłownie), które z innowacjami mają tyle wspólnego, że próbują na przykład nagiąć prawa fizyki. Ale „innowacyjność” jest dogmatem tej religii. Autorka podje jednak przykład studentki, która była zdziwiona, że szkoła językowa, którą chce założyć start-upem nie jest.
Ze sporym dystansem pisze o języku, który ma maskować porażki i niedoróbki biznesowe. Podobnego zdania zresztą jest nasz ekspert, analityk finansowy z wieloletnim stażem.
– A może oni nie potrafią kalkulować ryzyka? – tak skomentował kolejny dogmat kościoła start-upowego, czyli element skrajnej niepewności biznesowej. A potem zaczął tłumaczyć, że „pivot”, to dla niego źle zrobiony produkt, „cliffhanger”, to doprowadzenie firmy na skraj bankructwa.

Zdemaskowanie niewygodnej prawdy uruchamia bardzo silne mechanizmy obronne. Człowiek, żeby równoważyć tzw. dysonans poznawczy, gotów jest na przykład wypierać oczywiste fakty albo atakować tego, kto ośmielił się je podać. To może tłumaczyć, dlaczego krytyka start-upów wyzwala tak ogromne emocje w środowisku.

I choć autorka podaje konkretne przykłady przewartościowania wyceny (Groupon, Zynga) i zwraca uwagę na tworzącą się bańkę, to start-upowcy traktują jej słowa jak zamach na świętość.

Wracając do wpisu, od którego zaczęła się dyskusja, łatka start-upu nie jest amuletem, który odpędza wszelką krytykę. Choć dla wielu przedsiębiorców jest świetnym usprawiedliwieniem ewentualnej porażki. Nie każdy biznes, nawet technologiczny, jest start-upem. I nie ma się co oburzać. Wąsaci kibice z piwem tak samo poganiają polskich piłkarzy. Ale tak samo też się cieszą z ich sukcesów. I tak samo wyśmiewają słabych graczy.

Napisz do autora: tomasz.staskiewicz@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...