Dailyfruits trafili w dziesiątkę. Robią kokosy na owocach, na potęgę sprzedają je korporacjom

Na owocach można zrobić niezły biznes.
Na owocach można zrobić niezły biznes. Facebook / Daily Fruits
Kiedy w redakcji grupy natemat.pl przeprowadziliśmy ankietę dotyczącą tego, co by sprawiło, aby nasza praca była przyjemniejsza, zaskoczył nas jeden wynik. Tuż za nowym ekspresem do kawy (oczywista oczywistość) pojawiła się kategoria „świeże owoce w biurze”. Wyprzedziły one m.in. karty sportowe i wiele innych, zadawałoby się popularniejszych, benefitów.



– Z Jackiem (Kwietniem, współzałożycielem firmy – przyp. red.) pracowaliśmy w dziale sprzedaży średniej firmy. W przerwach chodziliśmy na kanapki, ale marzył nam się zdrowszy catering. Śmialiśmy się, że najlepiej jakby jeszcze pracodawca za to płacił – opowiada INN:Poland Bartosz Krudysz o tym, jak z kolegą z pracy założyli Dailfruits, firmę, która dostarcza owoce do biur. – Kiedy zaczynaliśmy, nie mieliśmy żadnych twardych danych na temat tego rynku. Były tylko nasze przeczucia, które opieraliśmy na tym, że w Polsce nie było tego typu usług – dodaje.


Wiedzieli za to, że takie firmy funkcjonują w Stanach Zjednoczonych, Niemczech, a nawet w Czechach. W samym Londynie dostawców owoców do biur jest kilkunastu. Był rok 2011. Z jednej strony rozwijała się w Polsce moda na zdrowy styl życia, z drugiej zaś, wciąż jeszcze trwał kryzys. Postanowili zaryzykować i zaoszczędzone pieniądze zainwestowali w wynajęcie magazynu i zakup używanego Fiata Ducato. Kilkuletni samochód odkupili od piekarni. I zaczęli pukać ze swoją ofertą do kolejnych drzwi.

– Najpierw skupiliśmy się na najbardziej poszukiwanych pracodawcach w Krakowie, w którym mieszkaliśmy. Wiedzieliśmy, że firmy, które dbają o markę pracodawcy, szukają sposobów na to, by jakoś podnieść standard biura – tłumaczy Krudysz. – Po 2-3 miesiącach mieliśmy już 10 klientów. Ale to było wciąż za mało, żeby biznes się sam utrzymał. Przez te pierwsze miesiące baliśmy się, czy dobrze zrobiliśmy, zaczynając w kryzysie. Firmy wtedy cięły wszystkie niepotrzebne wydatki – opowiada.

Przez pierwszy rok firma rosła powoli, liniowo. Cena za koszyk z dowozem wynosi 45-55 złotych, w zależności od składu. To daje od złotówki do półtorej za porcję owoców dla pracownika. Zazwyczaj w takim koszu jest miks jabłek, bananów i owoców sezonowych. Polskie owoce kupują bezpośrednio od zaufanych producentów, którzy są w stanie spełnić wyśrubowane normy – na przykład średnica jabłka musi mieć pomiędzy 75 a 85 milimetrów, a owoc ważyć średnio 200 gramów.

– Marża jest niezła, bo my tak naprawdę dostarczamy usługę, a nie tylko owoce. Ale koszty przygotowania produktu, selekcjonowania owoców i dostaw są wysokie. Dopiero osiągnięcie skali pozwala na lepsze wykorzystanie logistyki i powierzchni magazynu. – Bartosz Krudysz tłumaczy na czym polega jego biznes. – Ale przełom związany ze skalą przyszedł dopiero wtedy, gdy kilka dużych firm zaczęło zamawiać owoce do swoich biur w całym kraju, chcąc zapewnić podobny poziom każdemu pracownikowi – dodaje.

Wtedy nadszedł też czas na przeprowadzkę do Warszawy, gdzie wiele fiem ma swoje centrale. To pozwoliło na zbudowanie sieci obsługi w kilku miastach. A dla firmy oznaczało lawinowy przyrost klientów. W Krakowie cieszyli się, jeśli dostali trzy zapytania w miesiącu. Teraz w analogicznym okresie mają po 40-50 potencjalnych klientów, którzy sami się do nich zgłaszają. Ale zasługa w tym nie tylko stolicy, czy skali działania, ale przede wszystkim zmian na rynku pracy.

– Teraz jest rynek pracownika. Firmy prześcigają się w tym, żeby przyciągnąć do siebie wartościowych pracowników. I o ile, na przykład, z kart sportowych korzysta się głównie na początku po ich wprowadzeniu, to owoce ludzie jedzą non-stop – Krudysz opowiada o tym jak to funkcjonuje w firmach. – Na przykład jeden z większych producentów AGD zamawia od nas tonę jabłek do swojej fabryki. Codziennie! – dodaje.

Wśród 800 klientów firmy są wielkie międzynarodowe korporacje, jak i małe, kilkunastoosobowe zakłady pracy. Tam jedna, dwie skrzynki wystarczają na tydzień.

– Tylko dwa razy spotkaliśmy się z odmową. Po miesiącu testowym dostaliśmy informację, że ludzie w firmie nie jedli owoców. Do tej pory nie wiem, z czego to wynikało – zauważa ze zdziwieniem założyciel Daily Fruits. – A dostarczamy wszędzie. Mamy nawet klientów, który zamawiają kosze do kontenerów na placach budów – dodaje.

W tej chwili w firmie pracuje ponad 40 osób, magazyny są w pięciu miastach, a w kilku innych mają partnerów, którzy mogą zrealizować zamówienie. Flota nie liczy już jednego używanego dostawczaka, ale 20 nowych samochodów wziętych w leasing. Pojawiły się za to inne problemy. Przy dużych klientach, sporej skali zamówień i długich terminach płatności w korporacjach, panowie musieli do perfekcji opanować zarządzanie płynnością finansową. W towarze, który dostarczają do klienta, mają zamrożone ogromne pieniądze.

– W zasadzie, to ciągle inwestujemy, rozwijamy się. Nie przejadamy zysków. Zaczęliśmy w idealnym momencie. Bo jeśli daliśmy sobie radę w kryzysie, to teraz może być tylko łatwiej – kończy z entuzjazmem.

Napisz do autora: tomasz.staskiewicz@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...