"Naprawię czy nie, 50 zł się należy". Fachowcy łupią Polaków, bo... mogą

Na termin u dobrego fachowca trzeba czekać nawet od trzech do sześciu miesięcy.
Na termin u dobrego fachowca trzeba czekać nawet od trzech do sześciu miesięcy. Fot. Pixabay
Przez lata „do łopaty” odsyłano najmniej zdolnych i najbardziej leniwych. Dziś okazuje się, że to był świetny wybór. Fachowcy zarabiają znacznie lepiej niż znaczna część tak zwanych „profesjonalistów” czy „intelektualistów”, z którymi zwykliśmy kojarzyć klasę średnią. Rynek pracy i intratnych zleceń stoi dla nich otworem.

Basię Sowę – jedną z popularnych Majsterek – złapaliśmy przy malowaniu. – Dziś mój dzień zaczął się od wizyty w markecie. Kupiłam sobie wałek, szpachelkę, dwie folie, taśmę malarską, kijek teleskopowy i kuwetę – zaczyna opowiadać. – Całość kosztowała mnie jakieś 40 złotych, plus farba jakieś 30 złotych. I to jest całkowity koszt mojego remontu, jeżeli nie liczyć mojej pracy. Podejrzewam, że gdybym chciała zaangażować do tego fachowca, byłoby to od trzech do pięciu razy więcej. Plus nerwy, które zżera nadzorowanie takiej usługi – dodaje.



No właśnie. Kilka lat wcześniej Basia chciała wyremontować kuchnię: znalazła „majstra”, a ten wycenił robotę. Tyle że w ostatniej chwili podniósł stawkę, w zamian za tę „niedogodność” oferując posiadany, nowy zlew. – Przy odbiorze pan pokazuje zlew. Z jednej strony dziura na kran, po przeciwnej stronie – jakaś inna dziura. Pytam, co to za dziura. A on mówi: „ja nie mam, ale jest taki specjalny pojemnik na mydło, który się do takiej dziury wkłada, trzeba dokupić”. Zielona wtedy byłam, wydawało mi się, że i tak może być – śmieje się dziś „Majsterka”.

Zlew był najpewniej pozostałością po jakimś innym remoncie, ponieważ nie dało się go odwrócić, „fachowiec” wywiercił nową dziurę, a już istniejącą „zalegendował”. Potem wystarczyło przestać odbierać telefony.

16 tysięcy złotych
Z opublikowanych właśnie badań firmy Work Service wynika, że przedsiębiorcy z sektora budowlanego właśnie ruszyli łowić pracowników. 66 proc. szuka klientów (rzecz naturalna), ale 56 proc. zapowiada zwiększenie zatrudnienia (a to już, wydawałoby się, nowość). Rekrutowani będą nie tylko wykwalifikowani pracownicy techniczni (w 41 proc.), ale też pracownicy „niższego szczebla” (44 proc.).
Ten boom na zatrudnianie ma wynikać przede wszystkim z konieczności dokończenia bieżących zleceń. To dla branży ważniejsze niż gonienie za nowymi zleceniami – tych, najwyraźniej, brakować nie będzie. Co ciekawe, firmy budowlane chętnie poszukują pracowników w internecie (45 proc.) niż w urzędach pracy (36 proc.).

Z drugiej strony, to naturalny wybór. Na platformach ogłoszeniowych, w serwisach aukcyjnych czy na portalach społecznościowych aż roi się od ogłoszeń adresowanych do rzemieślników. Najlepsze są dla tych co bardziej otrzaskanych ze światem. „Szukam dekarzy, elektromonterów, stolarzy, hydraulików, z dobrą znajomością niemieckiego. Zarobki od 16 tys. złotych na rękę” – proponuje na swoim prywatnym profilu jeden z przedsiębiorców, działających w Niemczech.

„Polak zatrudniony za naszą zachodnią granicą może liczyć nawet na 12,95 euro (około 55 złotych) za godzinę pracy” – wyceniał z kolei, już ponad dwa lata temu, fanpage „Praca i życie w Niemczech” na Facebooku. Stawka się nie zmieniła. Jeszcze w czerwcu za taką stawkę szukała chętnych Agencja Pośrednictwa Pracy Top Job, uwzględniając hydraulików i elektryków budowlanych.

Pięć dych za trzaśnięcie
Ale fachowcy, którzy nie liznęli języków obcych lub nie podjęli decyzji o wyjeździe za granicę, też nie mają na co narzekać, zwłaszcza w dużych polskich miastach. 50 złotych musi zapłacić klient, który chce przywrócić do życia w „punkcie napraw” swój odtwarzacz dvd, sprzęt stereo czy laptopa. Opłata może być wliczona w koszt naprawy, jeżeli klient zaakceptuje wycenę. Jeżeli zrezygnuje z naprawy, bo jej koszt się nie kalkuluje, opłata pozostaje w mocy. Za fatygę.
Podobną zasadę – przypominają „osiem złotych za trzaśnięcie drzwiami taksówki” – stosują też inni fachowcy – np. hydraulicy. Jedna z warszawskich firm, zajmujących się strzyżeniem trawników oraz innymi pracami ogrodowymi zastrzega na swoich stronach internetowych, że minimalna suma zlecenia to 80 złotych. Przy czym strzyżenie trawnika to wyższa szkoła jazdy: koszenie powierzchni do 100 m kw. to koszt 150 złotych, bez względu na to, czy chodzi o skrawek zieleni przed drzwiami do bloku, czy całkiem spory ogródek.

Inna sprawa, że fachowiec potrafi „wpaść do mieszkania, sprawdzić, czy jest na wypasie, i jeśli tak, szybko podbić stawkę” – jak skarżą się niektórzy klienci. Tak bywa choćby na warszawskim „lemingowie”, nowoczesnych osiedlach na granicach Ursynowa i Powsina. Tam koszt koszenia ogródka może skoczyć do 2000 złotych, proste prace typu malowanie balkonu wyceniane są na kilkaset złotych, a montaż rolet czy moskitier w kilkupokojowym mieszkaniu potrafi kosztować, w porywach, i pięć tysięcy złotych.

Ryzyk-fizyk. Zamawiający stoi dziś przed dramatycznym wyborem. – Można pójść do pana Rysia, który nie wyjmując papierosa z zębów powie: kierowniczko, pięć stówek, dwa dni i po robocie. Tyle, że potem zostawi podniszczone meble, zamazane futryny, niedociągnięte podłogi – mówi Basia Sowa. Można też postawić na uznanych, rekomendowanych fachowców, za większe pieniądze. – Ale z tymi trudno jest się umówić, bo oni terminy mają pozajmowane z góry na trzy miesiące, albo i pół roku – dodaje Majsterka.

Komfortowa przyszłość
„Wykształcenie wyższe i minimum 3-letnie doświadczenie w obszarze techniczno-gospodarczym lub administracyjnym” – tak zaczyna się lista wymagań stawianych kandydatom do stanowiska naczelnika Urzędu Patentowego. Pozostałe to „znajomość ustawy Prawo zamówień publicznych, Ustawy o finansach publicznych, znajomość przepisów prawa pracy, BHP i ppoż, znajomość przepisów prawa budowlanego, umiejętność zarządzania zespołem, komunikatywność, kreatywność”. Ba, „umiejętność obsługi komputera”. Te kompetencje Urząd wycenia na 4500 złotych brutto.
Przepaść między wynagrodzeniami rzemieślników, a klasy średniej nieubłaganie rośnie. Wynagrodzenia nauczycielskie czy pensje pielęgniarek to jedynie najbardziej nośne społecznie przykłady, nie bez wpływu na średnią krajową. W widełkach między 3 a 4 tysiące złotych zarabiają choćby urzędnicy miejscy w dużych miastach: Poznaniu (średnia pensja na poziomie 3640 zł), Katowicach (3582 zł) czy Gdyni (3729 zł). Na tym tle Warszawa to wręcz Eldorado – tu średnia zarobków urzędników miejskich nieco przebija 6000 złotych. Starcza więc przynajmniej na rolety.

Taki stan utrzymuje się nie od dziś. Z badań przeprowadzanych w Polsce wynika, że lokalne rynki pracy nie potrafią poradzić sobie z nadmiarem pedagogów czy fryzjerek, ale praktycznie nigdzie nie występuje nadmiar pracowników budowlanych – zarówno z kwalifikacjami, jak i bez – czy specjalistów takich, jak hydraulicy, elektrycy czy spawacze. Łopata nie oznacza dziś porażki, łopata to przyszłość, całkiem komfortowa.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...