Dotarliśmy na koniec polskiego internetu. A tam... Glitch Art. Internauci pokochali brzydotę

Autor artykułu przed i po "popsuciu".
Autor artykułu przed i po "popsuciu".
Prosimy nie regulować odbiorników. Powyższy obrazek to nie wynik błędu, tylko celowego działania. Glitch Art, bo tak nazywa się ten nurt, to celowe psucie, dłubanie w kodzie i rozwalanie zdjęć, obrazów, gier i muzyki – słowem, niszczenie kultury. To kolejny trend, obok brutalizmu, który przeciwstawia się stockowym fotografiom i do obrzydliwości wypieszczonym reklamom.

Trudno dokładnie określić, kiedy narodziła się sztuka błędu. Historycy sztuki datują jej początek XX wieku, kiedy moderniści i futuryści dawali upust fascynacji szumem miasta w swoich dziełach. Dokładnie wykrystalizowanie się glitch artu nastąpiło później, bo jakieś sto lat później.



Główną popularyzatorką tego nurtu została Rosa Menkman – holenderska kuratorka i artystka, która popularyzuje nurt na całym świecie. Do Polski również dotarł, chociaż z pewnym opóźnieniem.

Glitch Art audiowizualny

W 2015 roku Zoe Stawska oraz Aleksnadra Pieńkosz zorganizowały w Krakowie międzynarodową wystawę pod tytułem Glitch Art is Dead, która zbierała w jednym miejscu prace polskich i zagranicznych artystów.
Akcja spotkała się z na tyle dużym odzewem, że w 2017 roku planowana jest kolejna edycja, a jesienią tego roku odbędzie się premiera książki, będącą połączeniem zdjęć prac i esejów na temat przyszłości nurtu.
Piotr „Puldzian” Płucienniczak, który razem z organizatorkami ekspozycji zajmuje się redakcją zbioru, w rozmowie z INN:Poland tłumaczy, dlaczego jego nazwa sugeruje śmierć tego nurtu.

– Glitch Art jako koncepcja jest częściowa martwa, powiedziałbym nawet że to rodzaj żywego trupa – uważa. – Rosa Menkman w swoich pracach sprzed kilku lat opisywała ją jako rewolucję w estetyce i designie, co sam również podjąłem we własnych esejach. Ale jego potencjał polityczny i ideologiczny okazał się niewystarczający i został stosunkowo szybko wchłonięty przez mainstream. Przykładowo, Kanye West się nim inspirował. Podobnie jak brutalizm, stał się szerszym trendem sztuki postinternetowej – był niszowy, trochę się wybił, potem znowu zejdzie do podziemia. To wszystko jest teraz płynne – tłumaczy.
Trudno się z tym nie zgodzić. Na AppStorze i Android Markecie bez problemu można znaleźć aplikacje do edytowania swoich zdjęć w tej estetyce. Firmy odzieżowe, działające głównie on-line, również oferują koszulki i bluzy utrzymane w tej estetyce.

Co takiego przyciąga ludzi do brzydoty? Zdaniem Płucienniczaka, ten nurt odzwierciedla chaos i entropię współczesnego świata, ale również tkwiące w ludziach wewnętrzne impulsy.

Niszczenie wyzwala w nas dziecięcą kreatywność – twierdzi. - Ludziom przejadły się wykadrowane zdjęcia ze znakiem wodnym, chcą zobaczyć, jaka brzydota się za nimi kryje. To jak z rozkręcaniem pralki – sprawdzamy, z czego się składa. W glitch arcie nie chodzi o potrzeby estetyczne, ale również o chęć wyżycia się, wyładowania – podkreśla.
Brzydota fascynuje, nie tylko w przestrzeni wirtualnej, ale również w rzeczywistości. Fanpejdż na Facebooku, Błędy Systemu w Miejscach Publicznych publikuje przykładowo zdjęcia, gdzie zestawienie komunikatów o konieczności zrestartowania komputera na monitorach komunikacji miejskiej lub sklepowych witryn tworzy surrealistyczną mieszankę.
Czy glitch art zatem umrze? Podobnie jak trendy pokroju Vaporwave (i jego polskiego odpowiednika ZUSwave) oraz Brutalizmu będzie żył krótko w świadomości szerokiego grona internautów i wróci do swojej niszy mało popularnych stron, blogów oraz wystaw w muzeach sztuki współczesnej.

Napisz do autora: grzegorz.burtan@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...