Nie uwierzysz, jak mało zarabiają dziś w Polsce prawnicy. Uciekają z zawodu, gdzie pieprz rośnie

Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie
Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie Jakub Orzechowski/Agencja Gazeta
15 lat temu wystarczyło otworzyć kancelarię, wywiesić szyld, dać ogłoszenie w prasie i można było liczyć na sensowne zarobki, znacznie powyżej średniej krajowej. Dziś indywidualny adwokat, który nie pracuje w korporacyjnej części rynku, nie ma zleceń i musi radzić sobie na bardzo różne sposoby.

Dwaj znani adwokaci, Przemysław Rosati i Michał Szpakowski, wyliczyli, że prawnik, jeżeli nie wykonuje zawodu w ramach większego organizmu – kancelarii sieciowej czy dużego gracza na rynku w Polsce, zarabia średnio... 2410 zł na rękę. – Ale są i takie sytuacje, że ktoś zarabia o wiele mniej, albo nawet „jedzie na minusie”. Mówimy u ludziach, którzy skończyli studia, ukończyli aplikację, zdali egzamin i otworzyli kancelarię. Czyli mają pełne instrumenty do wykonywania zawodu adwokata – mówi Przemysław Rosati, Zastępca Rzecznika Dyscyplinarnego Naczelnej Rady Adwokackiej. Ci, którzy są w trakcie aplikacji, często muszą się zadowolić kwotą 1500 zł na rękę. 



– Te 2410 zł prawnik jest w stanie zarobić, jeśli założymy naprawdę minimalne koszty: jeśli prowadzi biuro w domu, opłaca składkę na ubezpieczenie, OC, składkę samorządową, minimalne podatki, znaczki i dostęp do Lexa. W rzeczywistości koszty będą znacznie wyższe, jeżeli weźmiemy pod uwagę wynajem biura, leasing sprzętu, a może nawet luksus w postaci asystentki lub nawet aplikanta. Prawnik musi więc zarobić tak naprawdę nawet 3000-4000 zł więcej, czyli ponad 8 tys. zł miesięcznie – dodaje Michał Szpakowski, członek Okręgowej Rady Adwokackiej.

Dziś bywa tak, że adwokat nie dostaje nawet żadnej nowej sprawy w miesiącu.

– Znam adwokata, który całymi miesiącami nie ma żadnych nowych spraw. Ma coraz mniej urzędówek, bo im więcej adwokatów, tym mniejszy tort do podziału. Są adwokaci, którzy mają jedną, dwie urzędówki w roku, bo takie jest zapotrzebowanie. Za termin takiej rozprawy można dostać 84 zł, podstawa 420 albo 360 zł. Za cztery terminy wyjdzie więc nie więcej niż 672 zł. A jedna urzędówka potrafi trwać półtora roku – wylicza Rosati.

– W kontekście finansowym, dobrym pomysłem jest pójście do kancelarii sieciowej po zdaniu egzaminu wstępnego na aplikację. Ale potem jest problem z budowaniem własnej kancelarii, jeśli nie ma dla niego pracy w korporacji. Drugi model to praca aplikanta dla mniejszej kancelarii, gdzie ma większą szansę na zostanie wspólnikiem takiej kancelarii po kilku latach pracy. Trzeci – najlepszy moim zdaniem – model to współpraca z kilkoma kancelariami, w której świadczy zastępstwo substytucyjne w stosunku do innych adwokatów na terminach rozpraw, ale ma kontakt z klientem i sądem. Taki adwokat ma moim zdaniem większe szanse na założenie własnej kancelarii i odnalezienie się na rynku. Sam w tym modelu działałem i to się w moim przypadku sprawdziło – radzi Przemysław Rosati.
Adwokaci często uciekają dziś do sądów. Pracują jako sędziowie albo prokuratorzy. – To z jednej strony prestiż, z drugiej gwarancja stałego dochodu, przynajmniej 6-7 tys. zł, jako sędzia sądu rejonowego. Adwokat nigdy nie ma takiej pewności. Inni znajdują pracę w firmach ubezpieczeniowych czy odszkodowawczych. Wykształcenie prawnicze pozwala bowiem wykonywać różne zawody w Polsce – tłumaczy Rosati.

Kiedyś był to naprawdę prestiżowy zawód. Dziś dla klientów liczy się to, żeby nie było lepiej, tylko taniej. – Przestają postrzegać adwokata jako profesjonalistę. Klienci, którzy korzystają z usług nieprofesjonalnych podmiotów często przegrywają sprawy. Otwarcie zawodu rzeczywiście doprowadziło do obniżki cen, ale kosztem jakości usług. To również powoduje, że adwokaci muszą brać na siebie większą liczbę spraw, żeby utrzymać się na rynku – dodaje Rosati.

– Z drugiej strony to, że zawód adwokata wciąż postrzegany jest jako prestiżowy, cieszy. To najpiękniejszy zawód na świecie, nie wyobrażam sobie wykonywać innego. Prowadzę masę spraw pro bono, bo mam czas i jeżeli widzę, że komuś dzieje się krzywda, to mogę mu po prostu pomóc – mówi. Dlaczego jest tak źle? W 2005 roku ustawodawca otworzył zawód adwokata i dziś może wykonywać go praktycznie każdy. Doprowadziło to do nasycenia rynku.

– Ustawodawca zapomniał, że jest problem z pracą dla adeptów tego zawodu. Po dekadzie widzimy, że zawód adwokata jest mało atrakcyjny pod względem możliwości znalezienia pracy. Duże kancelarie sobie radzą, ale nowe? Ich właściciele albo biorą kredyty albo dostają pomoc finansową od rodziny. A potem czekają trzy czy cztery lata na to, że ewentualnie wyjdą na swoje. To zbyt duże ryzyko. Często nie wytrzymują konkurencji na rynku i rezygnują – mówi Rosati.
Problem też w tym, że ustawodawca pozwala wykonywać zawód podmiotom nieprofesjonalnym. Dziś każdy kto chce może być prawnikiem. Wystarczy zwykła działalność gospodarcza i podpisana umowa zlecenie z klientem, by zostać pełnomocnikiem procesowym i występować przed sądem. To tak jakby pozwolić każdemu zostać lekarzem.

– Nie tylko w interesie prawników jest ograniczenie możliwości świadczenia usług adwokackich przez podmioty nieprofesjonalne. Przede wszystkim w interesie klientów. Podmioty nieprofesjonalne nie są związane tajemnicą adwokacką, nie mają ubezpieczenia OC, nie obowiązują ich zasady etyki. A więc w przypadku błędów nie na wypłaty odszkodowania dla klientów. Panuje wolnoamerykanka. Adwokaci na co dzień występują w sądach, więc mają praktykę. Mają za sobą obowiązkowe szkolenie. Tego wszystkiego nie mają nieprofesjonalne podmioty, jakich dziś na rynku mnóstwo – zauważa Przemysław Rosati. Do tego dochodzi odpowiedzialność dyscyplinarna, którą ponosi adwokat, który wykonuje usługę w sposób nieetyczny. Podmiot nieprofesjonalny jej nie ponosi.

Co trzeba zrobić, by było lepiej? Już niebawem obaj adwokaci, z którymi rozmawialiśmy, opublikują artykuł na ten temat. – Chodzi o to, by przywrócić usługom prawniczym profesjonalną rangę. Bardzo duża część rynku została opanowana przez podmioty, które nie należą do korporacji, np. kancelarie odszkodowawcze czy windykacyjne. Często działają bardzo nieetycznie. Nękają telefonami, czy bardzo ofensywnymi listami, np. zapowiedzią przyjścia detektywa, który będzie oglądał i wyceniał nasz majątek, co nie ma żadnej podstawy prawnej i wywołuje lęk u potencjalnych dłużników – kończy Michał Szpakowski.

Napisz do autora: rafal.badowski@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...