Polacy wystrzelą z Pacyfiku prywatnego satelitę. "Chcielibyśmy kiedyś przerosnąć Elona Muska"

Grzegorz Zwoliński i Radosław Łapczyński, współzałożyciele SatRevolution, z modelem Światowida.
Grzegorz Zwoliński i Radosław Łapczyński, współzałożyciele SatRevolution, z modelem Światowida. Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
Polska technologia kosmiczna, która utoruje nam drogę w kosmos? Nie, nie chodzi o studentów ani rządową agencję. Za projektem Światowid stoją wyjadacze z branży gier komputerowych, założyciele potentata na tym rynku, firmy T-Bull. Idą jak burza: w czerwcu rejestrowali firmę SatRevolution S.A., już produkują swojego satelitę i podpisują pierwsze kontrakty. Na początku 2018 roku chcą mieć już swoje urządzenie na orbicie. O tym, jak ta inwestycja ma się zwrócić, opowiada nam jeden ze współzałożycieli SatRevolution.

W kosmicznej skali Światowid to maleństwo: 10 x 10 x 20 centymetrów. A jednocześnie to wystarczająco wiele, by mierzyć zmiany pola magnetycznego i grawitacji Ziemi. Co więcej, urządzenie polskiego start-upu posiada wszystkie cechy charakterystyczne dla współczesnej technologii: nanosatelita jest drukowany na drukarkach 3D, dzięki czemu ma niewielką wagę, wysoki stopień trwałości czy idealną charakterystykę elementów składowych. W razie awarii z łatwością można zastąpić zarówno poszczególne elementy urządzenia, jak i wynieść na orbitę nowe.

– Chcemy użyć do budowy naszych satelitów specjalnego materiału drukowanego, wymyślonego w laboratoriach Airbusa – mówi INN:Poland Grzegorz Zwoliński, współzałożyciel T-Bull i SatRevolution. – Scalmalloy to specjalny stop skandu, aluminium i magnezu. Jest dwukrotnie bardziej wytrzymały niż aluminium, a jednocześnie równie lekki. Z kolei dzięki drukowi trójwymiarowemu możemy stworzyć obiekt, który w normalnych warunkach trudno byłoby stworzyć bez spawania czy innych, dodatkowych zabiegów, które osłabiałyby jego budowę – dodaje.

Rzeczywiście, Airbus zademonstrował już możliwości Scalmalloy, prezentując późną wiosną motocykl wyprodukowany w całości z tego stopu. Stop jednak ma się równie dobrze sprawdzać w kosmosie. – Poza tym jest tani i ma doskonałe właściwości przy wstrząsach, czyli jest to dla nas optymalna technologia – podkreśla Zwoliński. SatRevolution drukuje swoje nanosatelity w Niemczech – gdzie zresztą trafiają praktycznie wszystkie co bardziej wyrafinowane zlecenia polskiego przemysłu na druk 3D. – Nie znaleźliśmy takiego wykonawcy w Polsce, który byłby w stanie wykonać to tak, jak chcemy – tłumaczy nasz rozmówca. Zresztą niemieckie drukarki też trzeba było przystosować do tego zlecenia – w tej chwili przechodzą one procedurę akredytacji Europejskiej Agencji Kosmicznej.
To zresztą w przemyśle kosmicznym ogólnoświatowy trend. – Widać to również w projektach Elona Muska – mówi Zwoliński. – Jakiś czas temu przedstawił on choćby taką kapsułę, która ma docelowo łączyć się ze stacją kosmiczną. Ona ma dostosowane w 3D silniki wielokrotnego użytku, można ich użyć dobre dziesięć razy. Nie ma zatem wątpliwości, że ta technologia idzie mocno do przodu, w niedalekiej przyszłości większość rozwiązań w tym przemyśle będzie bazować na 3D – dorzuca.

Satelita zamiast ręki sterowanej myślami
O ironio, dla pokolenia dzisiejszych czterdziesto- czy pięćdziesięciolatków podbój kosmosu jest znacznie bardziej witalną ideą niż dla o dekadę czy dwie młodszych generacji. Elon Musk czy Jeff Bezos nie tylko tworzą wymyślne kosmiczne projekty, ale też myślą o nich pragmatycznie. Nie inaczej ma być w SatRevolution. – Od czasów, jak człowiek poleciał na Księżyc, ludzie patrzą w niebo i wiedzą, że możemy tam być. Jak byłem mały i oglądałem takiego „Star Treka”, wyobrażałem sobie, że przyszłość jest tuż przed nami – mówi Grzegorz Zwoliński.

W ostatnich latach okazało się jednak, że przyszłość jest znacznie dalej niż bliżej. Pod naporem kryzysów finansowych z ambitnych planów rezygnowały stopniowo Stany Zjednoczone, Rosja czy Chiny. Jednocześnie jednak do gry włączali się mniejsi gracze, wysyłając na okołoziemską orbitę kolejne satelity – dziś robi to nie tylko Polska, ale też – wydawałoby się, biedniejsze – kraje afrykańskie czy azjatyckie.

Do gry weszli wreszcie wspomniani gracze z sektora prywatnego. W Polsce takim graczem chcą być założyciele SatRevolution. – W ramach T-Bull stworzyliśmy dział R&D, który miał się zajmować stworzeniem nowego rodzaju kontroli nad naszymi grami. Myśleliśmy o sterowaniu myślami, powstał nawet model ręki, którą można było sterować w ten sposób. Chcieliśmy to rozwijać, ale po analizie rynku doszliśmy w końcu do wniosku, że nie znajdziemy odbiorcy na tę technologię – opowiada Zwoliński. Projekt trafił do szuflady, jednak założyciele T-Bull byli zdeterminowani, by poza segmentem gier znaleźć też własną niszę na rynku hardware – coś, co by ich „kręciło”.
– I doszliśmy do wniosku, że to powinno być coś związanego z kosmosem. Bo po pierwsze, to nasze marzenia z dzieciństwa, a po drugie, właśnie teraz jest „ten czas”: miniaturyzacja, tanie podzespoły, możliwość wynoszenia na orbitę za relatywnie niewielkie pieniądze – podsumowuje polski biznesmen. Pieniądze zebrali w tydzień, dołożyli też własne fundusze. Szybko poszło? – Chcielibyśmy szybciej, ale wynajęcie rakiety trwa – śmieje się Zwoliński. – A pieniądze?... Mamy w T-Bull grupę inwestorów, która jest z nami od początku. Uwierzyli w T-Bull, teraz zawierzyli nam w dziedzinie podboju kosmosu, nie zawahali się podjąć ryzyka – kwituje.

Szykuje się nerwowy dzień
Wynajęcie rakiety trwa może dłużej niż chcieliby szefowie SatRevolution, ale – bez przesady. W połowie października firma doniosła, że ma już kontrakt na wyniesienie całego pakietu swoich satelitów na okołoziemską orbitę. Ma się tym zająć amerykańska firma Interorbital Systems, operująca z platformy pływającej po Pacyfiku. Kalifornijczycy upakują trzy satelity SatRevolution – oprócz Światowida polecą też nanosatelity PhoneSat – do rakiety Neptune N3 i wystrzelą je na wysokość 310 km nad powierzchnią Ziemi.

PhoneSat to urządzenia pracujące na bazie systemu Android i wykorzystujące podzespoły elektroniczne stosowane w telefonach komórkowych. Firma chce sprawdzić, jak wytrzymają one warunki kosmiczne.

Formalności zostały więc dopełnione, tymczasem trzeba będzie poczekać około trzech miesięcy na samo urządzenie. SatRevolution chce je zaprezentować na specjalnej konferencji prasowej, mniej więcej w połowie stycznia. Potem przyjdzie czas na testy na Ziemi, przejście wszystkich formalności pozwalających na wyniesienie urządzeń na orbitę. Wreszcie, w pierwszym kwartale 2018 roku ma nastąpić wyniesienie Światowida w kosmos. Szykuje się nerwowy dzień. – Wyniesienie potrwa około dziewięciu godzin, później będzie trzeba nawiązać łączność i poprowadzić satelitę – zapowiada Grzegorz Zwoliński. – A później... - urywa.

No właśnie. Gdyby w tym projekcie chodziło wyłącznie o użycie nowatorskich stopów lub ambicję umieszczenia czegoś własnego kilkaset kilometrów nad Ziemią, mógłby to być projekt rządowy lub naukowy. SatRevolution jest jednak inwestycją i ma się zwrócić. – To jest dopiero jeden z przystanków w drodze, chcemy stworzyć usługę globalną – ostrożnie odpowiada na nasze pytania współzałożyciel firmy. – Mamy pomysł na stworzenie całkowicie nowego segmentu usług, które będziemy dostarczać. Nie będę zdradzać, co to ma być, ale chcemy stworzyć usługi, których jeszcze nie ma, skierowane do naukowców, hobbystów, ludzi, dla których kosmos był do tej pory terytorium poza zasięgiem – mówi.
Być może chodzi o sprowadzenie „pod strzechy” technologii dostępnych do tej pory wyłącznie dla megakorporacji czy rządów. Może też o dostarczanie informacji, które byłyby użyteczne dla biznesu: dwa lata temu firma Orbital oferowała zaskakującą usługę – liczyła auta na parkingach sklepowych, przekładając to na prognozy zysków tych placówek. W grę wchodzi jednak wiele usług. – Światowid to nasz pierwszy obserwacyjny satelita, który będzie robić zdjęcia świata widzialnego. Będziemy udostępniać nasze dane kilku firmom, z którymi akurat rozmawiamy. Oprócz tego mamy PhoneSaty, one są częścią całej układanki – tłumaczy Grzegorz Zwoliński.

Na pierwszy ogień pójdą potencjalni klienci w krajach rozwiniętych: USA, Australia, Europa Zachodnia. Ale w dalszej perspektywie usługi mogą objąć praktycznie cały świat – wszędzie, gdzie znajdą się odbiorcy na relatywnie tanią usługę. Jako odbiorców nasz rozmówca wymienia zarówno uczelnie, sektor rolniczy, firmy związane z planowaniem upraw, jak firmy, zajmujące się tworzeniem oprogramowania dla przemysłu kosmicznego. – Ich wielkim problemem jest to, że nie mają wielu danych na temat rozwiązań takich, jak PhoneSat. Jak tworzą środowiska testowe, potrzebują dużo danych, żeby je ulepszać – opisuje Zwoliński. No i wreszcie jest wojsko – „rynek” opanowany przez wielkie koncerny, więc wiadomo, że będzie trudniej. – Wiadomo, z tą instytucją trzeba inaczej rozmawiać. Przemysł wojskowy wymaga dużego zaufania, a więc wykonania olbrzymiej pracy, by je pozyskać. Dlatego to nie jest takie proste – podsumowuje.

Chciałbym kiedyś przerosnąć tego pana
Grzegorz Zwoliński liczy jednak na to, że krok po kroku da się zrealizować i te ambicje. Pierwsze umowy na dostarczanie danych z firmowej nanosatelity powinny zostać dopięte jeszcze w tym roku. Kolejne – w 2017 roku, a więc jeszcze przed startem Światowida.

– Moim zdaniem, boom na takie usługi dopiero się zacznie. USA, Chiny, i powoli Rosja, zaczynają znowu myśleć o locie na Marsa. Niedawno Elon Musk opowiadał o swoim projekcie lotu na Czerwoną Planetę. Później z podobnym komunikatem wystąpił prezes Boeinga. Blue Origin Jeffa Bezosa też się przygotowuje do takich projektów. Rosjanie stworzyli nową linię rakiet, których zasięg pozwala dotrzeć na Marsa. Ostatnio czytałem nawet, że prezes T-Mobile myśli o podboju kosmosu – wylicza Grzegorz Zwoliński. – Popyt na usługi kosmiczne dopiero się zacznie, choć i tak, już dziś jest to duży rynek. Pieniądze, które są zaangażowane w przemysł kosmiczny, to 330 miliardów dolarów rocznie. Jest to więc spory tort – kwituje.

Czy SatRevolution wykroi sobie z tego jakiś kawałek? Niewykluczone, założyciele firmy już w T-Bull udowodnili, że mają nosa do interesów: gry tej firmy pobrano już prawie 170 mln razy – co oznacza, że gra w nie mniej więcej co dwunasty użytkownik smartfona na świecie. Czy to oznacza, że Grzegorz Zwoliński może uchodzić za „polskiego Elona Muska”? Chwila ciszy. – Chciałbym kiedyś przerosnąć tego pana – słyszymy. – Ale na razie nie dorastamy mu do pięt.

Na razie.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...