Grupa naTemat

"Gospodarka runie jak domek z kart", mówi ekspert. Jeśli nie zdarzy się cud, czeka nas gwałtowne hamowanie

Droga w okolicach Wasilkowa, zbudowana dzięki funduszom unijnym.
Droga w okolicach Wasilkowa, zbudowana dzięki funduszom unijnym. Agnieszka Sadowska/Agencja Gazeta
Kilka najbliższych lat może zdecydować o kondycji polskiej gospodarki w kolejnych kilku dekadach. Zdaniem Piotra Kuczyńskiego, analityka funduszu Xelion, Polska jest uzależniona od funduszy unijnych i wraz z końcem bieżącej perspektywy budżetowej UE – o ile nie przejdzie raptownego odwyku – jej gospodarka runie, jak domek z kart. O ile nie zrobi tego wcześniej, bowiem już dziś poziom wykorzystania środków z Brukseli jest dalece poniżej oczekiwań, do tego stopnia, że ze strony rządzących słychać wręcz oskarżenia o sabotaż.

– Polska jest potwornie uzależniona od środków unijnych – mówi w rozmowie z INN:Poland Piotr Kuczyński, główny ekonomista funduszu Xelion. – To może podnosić włos na głowie, bo jeżeli nie uda się jej od tego uzależnienia odzwyczaić, do czego – teoretycznie – zmierza wicepremier Mateusz Morawiecki ze swoim planem, to w 2020 roku, najdalej w 2022 roku, nasza gospodarka zawali się z hukiem – kwituje ekspert.

Dwuletnie „widełki” nie mają tu większego znaczenia, bowiem czynnik uruchamiający załamanie jest ten sam: koniec bieżącej perspektywy budżetowej Unii Europejskiej. Proces gwałtownego hamowania może się opóźnić do 2022 roku ze względu na dwuletni termin rozliczenia projektów finansowanych z unijnych funduszy. – Z tego samego powodu jeszcze w 2015 roku mieliśmy wzrost gospodarczy – podkreśla Kuczyński. Jeżeli po 2022 roku nie odczepimy się od unijnej pępowiny, nie przestaniemy żyć wyłącznie licząc na unijne środki, to nasza gospodarka się nie usamodzielni. Sześć lat, jakie nam maksymalnie zostało, to bardzo mało czasu. Gdy miną, będą nas czekały ciężkie, bardzo ciężkie czasy – dodaje.
W ramach środków z perspektywy budżetowej na lata 2014-2020 na potrzeby Polski przeznaczono około 82,3 mld euro – to mniej więcej równowartość przyszłorocznego budżetu naszego kraju. Lwia część tych środków – według PARP chodzi o 76,8 mld euro – miałaby zostać rozdysponowana w ramach programów operacyjnych z przeznaczeniem na zwiększanie innowacyjności i konkurencyjności gospodarki, poprawę spójności społecznej i terytorialnej, podnoszenie sprawności i efektywności państwa. To rzeka pieniędzy, na którą liczą rząd, samorządy, biznes i środowiska naukowe. I wydaje się, że wszyscy zainteresowani w tym oczekiwaniu właśnie zastygli.

Unijne koło ratunkowe
– W Ministerstwie Rozwoju istnieją trzy makroekonomiczne modele rozwoju polskiej gospodarki. Wśród nich model bazowy, który odzwierciedla dynamikę wzrostu naszej gospodarki przy wykorzystaniu środków unijnych. Według wszystkich wspomnianych modelów, fundusze unijne odpowiadają za wzrost gospodarczy odpowiadający mniej więcej 1-1,4 proc. PKB – tłumaczy w rozmowie z INN:Poland Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.

A zatem, jeżeli wzrost gospodarczy Polski wyniesie w 2016 roku 3 proc., to – gdyby ziścił się scenariusz Pawła Kuczyńskiego – w 2020 r. wskaźnik ten spadnie do 1,6-2 proc.? – Niekoniecznie, proszę zwrócić uwagę, że w spadek w dynamiki wzrostu III kwartale br. [do 2,5 proc.], miał miejsce właśnie w sytuacji wyhamowania wykorzystania środków unijnych. Gdyby one do nas trafiły, być może wzrost gospodarczy dorównywałby temu z I kwartału br., czyli około 3 proc. – mówi Jankowiak.
Choć to nieco bardziej optymistyczny scenariusz niż „zawalenie się gospodarki z hukiem”, to ekonomista Polskiej Rady Biznesu również jest przekonany, że cały system będzie musiał przejść przymusowy „odwyk” od środków unijnych, zwłaszcza tych bezzwrotnych, które dziś stanowią olbrzymią większość puli. – Już ta perspektywa przygotowuje nas do zasilania gospodarki środkami, które trzeba będzie zwracać – podkreśla Jankowiak. – Choć wciąż koszt takiego finansowania jest nieporównywalnie niższy niż gdybyśmy chcieli finansować rozwój środkami pożyczanymi na normalnych, komercyjnych zasadach – kwituje.

Zresztą, nawet gdyby doszło do zawalenia się gospodarki po 2020 roku, Unia Europejska zapewne nie zostawiłaby nas całkowicie na lodzie. – Fundusze UE były kołem zamachowym polskiej gospodarki, ale o tym, że strumień środków unijnych będzie się zmniejszać, wiedzieliśmy przecież od lat – zastrzega Jacek Piechota, były minister gospodarki i prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej. – Jednak proszę pamiętać, że cała polityka spójności Unii opiera się na tym, że środki kieruje się tam, gdzie jest niższy poziom rozwoju i niski wzrost PKB – dodaje. Co oznacza, że w ostateczności Bruksela mogłaby nam rzucić koło ratunkowe.

Samorządowi sabotażyści
Ale z kół ratunkowych też trzeba umieć korzystać. Zarówno eksperci, jak i urzędnicy zakładali znacznie wcześniej, że ten rok będzie słaby. Nie tylko dlatego, że tak naprawdę korzystanie ze środków unijnych na lata 2014-2020 dopiero ruszyło. – W służbie cywilnej zmieniło się tak wielu ludzi, zajmujących się wykorzystaniem środków, że tak naprawdę proces ustał – kwituje Piotr Kuczyński. Nie zmienił tego plan przyspieszenia przyjęty przez gabinet Beaty Szydło czy pakiet naprawczy zaproponowany w październiku instytucjom zarządzającym regionalnymi programami operacyjnymi: realne wyniki alokacji i kontraktacji projektów unijnych są daleko poniżej oczekiwanych.
Z opublikowanych do tej pory danych resortu rozwoju wynika, że do tej pory złożono 35 tysięcy wniosków o dofinansowanie, z czego podpisano około 8 tysięcy umów. Do inwestycji nie kwapią się w szczególności polskie samorządy, przez które ma przejść olbrzymia część pieniędzy przeznaczonych dla Polski – około 100 miliardów złotych. – W komentarzach ministerstwa rozwoju pojawiają się zarzuty dotyczące niemalże sabotowania politycznego przez samorządy, jeśli chodzi o środki unijne – cytuje Portal Samorządowy wypowiedź wieloletniego samorządowca i dyrektora Biura Związku Miast Polskich, Andrzeja Porowskiego.

– Taka interpretacja to bzdura, być może echo wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego na temat przedsiębiorców, którzy wstrzymują się z inwestycjami, by zaszkodzić rządowi – mówi Jankowiak. – Na pewno nie jest intencją samorządowców, nawet jeżeli większość z nich jest z partii opozycyjnych, by podcinać gałąź, na której się siedzi. To kwestia atmosfery i wysokiego stanu zadłużenia – kwituje. Atmosferę opisuje nam z kolei Piotr Kuczyński. – Samorządowcy boją się, że będą ścigani za domniemane środki przestępcze. Jeżeli „na dzień dobry” wysłano CBA do urzędów marszałkowskich, to wysłano tym samym wyraźny sygnał „jeden fałszywy krok i...” – twierdzi. – Gdybym był samorządowcem, też niechętnie wdawałbym się w inwestycje – ucina.

– Chcemy się odzwyczajać od funduszy unijnych, to świetnie – kwituje ekspert, który poprosił nas o anonimowość. – Jednak nie mamy nawet czym ich zastąpić. Dla mnie najważniejszym zagrożeniem jest to demonstracyjne odwracanie się bokiem do kapitału zagranicznego. I te demonstracyjne repolonizacje. Po co się pakować w odkup PKO czy projekt państwowego samochodu elektrycznego? To niebywale kosztowne projekty, które pochłoną miliardy złotych, a nie wpłyną w jakimkolwiek znaczącym stopniu na kondycję polskiej gospodarki – ucina. Wygląda zatem na to, że nawet jeżeli wizja Piotra Kuczyńskiego jest literacko apokaliptyczna, to robimy wszystko, by stała się jak najbardziej realna.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
PKBGospodarka
Skomentuj