Lukratywna luka: start-upy dopiero debiutują w tej branży, a fundusze inwestycyjne już zastawiają na nich sidła

Piotr Litewka, motocyklista z Katowic, który poszukiwał świadków swojego wypadku.
Piotr Litewka, motocyklista z Katowic, który poszukiwał świadków swojego wypadku. Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Wygląda na to, że specjaliści od znajdowania nowych perspektyw biznesowych natrafili na żyłę złota. Określa się ją wywodzącym się z angielszczyzny terminem „insurtech” i można by ją opisać jako szybko rosnący rynek alternatywnych ubezpieczeń. Projekty z tego obszaru są coraz atrakcyjniejsze: raz, że stawki ubezpieczeń poszybowały ostatnio w górę, a start-upowcy usilnie próbują znajdować sposoby, by usługa była tańsza. Dwa, że Polacy są coraz bardziej świadomi tego, że trzeba i warto się ubezpieczyć.

„Kundi” – słowo-klucz i to w trzech językach: w suahili to „grupa”, na Filipinach tak określa się „kumpla”, zaś Finowie w ten sposób mówią „oszczędzać”. Trudno się zatem dziwić, że Wojciech Kamiński i jego współpracownicy z Grupy ANG wybrali właśnie to słowo na nazwę swojego nowego projektu. – Tradycyjny biznes ubezpieczeniowy wygląda trochę tak, że wszyscy chcieliby zarobić jak najwięcej kosztem klienta. My z kolei bardzo dobrze znamy naszych klientów i chcielibyśmy świadczyć dla nich trochę inne usługi niż wszyscy dokoła – mówi Kamiński w rozmowie z INN:Poland.

Pomysł pojawił się naturalnie: Kundi był spin-offem z Grupy ANG, 4. pod względem wielkości gracza na rynku pośrednictwa kredytowego w Polsce, wyspecjalizowanego przede wszystkim w kredytach hipotecznych. Kundi miało być rozszerzeniem działalności na rynek pośrednictwa w sprzedaży ubezpieczeń, a także jeszcze jednym eksperymentem ze spółdzielczością (Grupa ANG również ma formę spółdzielni).

– Chcielibyśmy ubezpieczać ludzi w grupach, ale nie sprzedawać ubezpieczenia grupowe. Ubezpieczam się, zapłaciłem składkę, zakładam grupę, zapraszam znajomych do ubezpieczenia – opowiada Kamiński. – Naszym celem jest stworzenie sytuacji, w której klient płaci tyle, co na tradycyjnym rynku ubezpieczeniowym, ale my dzielimy składkę na dwie części: pierwsza trafi do tradycyjnego towarzystwa ubezpieczeniowego, druga znajdzie się w tzw. „puli grupy”. Taka pula to pieniądze, które członkowie mogą odzyskać, albo przenieść na następny rok. Jednak jeżeli pojawia się jakaś szkoda w grupie, w pierwszej kolejności sięgamy do puli. To poduszka na małe szkody i dopiero, gdy zabraknie w niej pieniędzy, sięgamy do drugiej części składki – tłumaczy.
Na Zachodzie uznano taki społecznościowy model ubezpieczeń za idealny – uczestnicy schematu znają się lepiej niż jakikolwiek ubezpieczyciel swoich klientów. Znają się, darzą się zaufaniem i mają znacznie niższą skłonność do oszustw ubezpieczeniowych czy prób wyłudzania dodatkowych pieniędzy. Statystycznie w takim modelu jest nawet o 30 proc. mniej szkód, jak podkreśla Kamiński. – Dlatego chcielibyśmy, żeby grupy w Kundi były małe: od pięciu do piętnastu osób. Żeby relacje były silne i budowały barierę moralną dla fraudów – kwituje.

Długi cień raczkujących start-upów
Projekty takie jak Kundi dziś mogą być przedsięwzięciami firmowanymi przez grupki zapaleńców, eksperymentujących z nowymi technologiami, ale w opinii ekspertów, rzucają już długi cień na rynek klasycznych ubezpieczeń. – Branża ubezpieczeniowa nie jest innowacyjna – twierdzi Michał Pluta z firmy Sollers Consulting. – Ubezpieczyciele muszą jednak patrzeć na rynek. Zmieniają się potrzeby klientów i sposób, w jaki technologia wpływa na zachowania ich klientów, więc muszą też być różne produkty ubezpieczeniowe. Ubezpieczyciele muszą się do tego dostosowywać – podkreślał.

Gra toczy się o gigantyczne niezagospodarowane przestrzenie mienia, życia, zdrowia i innych dóbr, jakie warto ubezpieczyć (szacuje się, że tylko 2 proc. rynku na świecie jest ubezpieczone). Ale też toczy się o przetrwanie – zgodnie z raportem PwC „Jak ubezpieczeniowe firmy technologiczne zmieniają branżę”, aż 90 proc. działających na rynku firm ubezpieczeniowych żyje z myślą, że któregoś dnia może ich wyrugować z biznesu jakiś ubezpieczeniowy AirBNB czy Uber. Dlatego zawczasu tradycyjni ubezpieczyciele zaczynają inwestować w insurtech: nakłady na takie inwestycje w trzy lata wzrosły pięciokrotnie, od 2010 r. na tego typu eksperymenty poszło już 3,4 mld dolarów w skali całego globu. Wydawało je dwie trzecie firm ubezpieczeniowych na świecie.

Mało tego, nie chodzi wyłącznie o to, jak skonstruować polisę czy jak sprzedać ją w innowacyjny sposób. Towarzystwa ubezpieczeniowe wiążą też olbrzymie nadzieje z dziesiątkami, może setkami pomysłów spod znaku Internet of Things – mieszkania, pojazdy i inne urządzenia naszpikowane czujnikami, pokazującymi, jak je użytkujemy i ostrzegającymi przed potencjalnymi awariami, to kolejna z żył złota, których szukają ubezpieczyciele. Przykładów nie trzeba daleko szukać, nawet nad Wisłą – chodzi choćby o aplikację Yanosik, której używają tysiące polskich kierowców i która zaczęła jakiś czas temu współpracować z towarzystwami ubezpieczeniowymi.
- Innowacje widzimy w wielu ubezpieczeniowych start-upach technologicznych. Przykładem mogą być ubezpieczenia typu peer-to-peer, ubezpieczenia krótkoterminowe, ubezpieczenia płatne według uzycia i sposobu, w jaki np. kierowca prowadzi samochód – podsumowuje Marcin Pluta. – Ubezpieczyciele muszą zdecydować, które z tych rozwiązań chcą wdrożyć, które mogą wdrożyć przy współpracy z partnerami, a które nie sprawdzą się w przyszłości – dorzuca.

To nie znaczy, że to bogactwo form i treści rozkwita już w Polsce. – Tu insurtech-y zaczynają się dopiero kształtować – twierdzi Arkadiusz Kramza, wicedyrektor w zespole ds. ubezpieczeń PwC. – Choć widać pierwsze oznaki obecności insurtech-ów, np. w obszarach wykorzystania telematyki czy zakupów grupowych lub na żądanie, na ten moment mają one raczej charakter nowinki technologicznej, nie są jeszcze kluczowym elementem strategii rozwoju zakładów ubezpieczeń. To powoduje, że na razie na polskim rynku brak istotnych strategicznych partnerstw pomiędzy ubezpieczycielami, a start-upami technologicznymi, co mogłoby stanowić istotną dźwignię rozwoju tego rynku – kwituje. Filozofię łączenia starego z nowym, można by podsumować lapidarnym „w kupie siła”: tradycyjne towarzystwa mogłyby wnieść do start-upów finansowy rozmach, możliwości, udział w rynku. Start-upowcy mogli by dać klasycznym TU odświeżony wizerunek produktów ubezpieczeniowych, nowe kanały dotarcia do klientów, możliwość obniżenia stawek i lepszego szacowania ryzyka.

Wzrost o rząd wartości
– Zgadzam się, że polski rynek dopiero raczkuje: w branży jest niewiele firm, a aktywność ubezpieczeniowa w polskim internecie dopiero raczkuje – sekunduje menedżerowi PwC Michał Wrzołek z funduszu MCI Capital S.A. – Natomiast potencjał ma znaczny. Wystarczy wziąć pod uwagę, że udział internetu w operacjach ubezpieczeniowych jest w innych krajach europejskich znacznie wyższy niż nad Wisłą, i do tego poziomu będziemy w następnych latach równać – prognozuje w rozmowie z INN:Poland.
MCI Capital S.A. tę prognozę mógłby podbudować własnym doświadczeniem: fundusz zainwestował 6 mln złotych w mfind – porównywarkę ubezpieczeń, narzędzie pozwalające optymalizować budżet ubezpieczeniowy klientów. Dziś porównywarki tego typu odpowiadają za 1 procent sprzedaży ubezpieczeń komunikacyjnych, w Wielkiej Brytanii czy na Węgrzech to 60 proc. – Wierzymy, że mfind będzie jedną z naszych wielkich inwestycji, będzie na nim wielki zwrot. Spółka rośnie bardzo szybko, to kwestia czasu, kiedy będzie numerem jeden. Do tego dochodzi łatwość skalowania za granicę – tłumaczy Wrzołek.

– Po stronie inwestorów widać ogromne ruchy: na rynek trafiło bardzo dużo pieniędzy, praktycznie wszystkie znaczące fundusze ukierunkowały się właśnie na insurtech lub fintech – podkreśla z kolei Bartłomiej Roszkowski z mfind w rozmowie z INN:Poland. – Tyle, że niewiele się pisze o takich start-upach, bo to nie są zwykle super-medialne rozwiązania: to bardzo fajne, innowacyjne rozwiązania dla firm ubezpieczeniowych, banków, ale nie dla przeciętnego konsumenta – dodaje.

Niektóre z nich Roszkowski mógł zresztą poznać bliżej, jako mentor w akceleratorze Hugething: Kundi, Videobot, Snowsurance, Bonsai. Paradoksalnie, dla inwestorów nie jest to taki łatwy łup. – Wiemy, co zrobić, żeby zacząć rozmowy z inwestorami. Na razie jednak finansujemy się z własnych środków. Korzystamy też z zasobów dostępnych w naszej grupie: oddziału deweloperskiego, marketingowego, wsparcia projektowego. Zanim jednak podejdziemy do etapu inwestycji, chcielibyśmy rozpocząć sprzedaż – opowiada Wojciech Kamiński. A jak dobrze pójdzie, to na pierwszy rynek pójdzie rynek w Polsce, a potem w Niemczech, Holandii, Wielkiej Brytanii – państwach, w których kultura ubezpieczeniowa jest znacznie bardziej rozwinięta niż nad Wisłą.

– Potencjał takich firm i tego rynku w ciągu kilku lat się zwielokrotni. I to będzie wzrost o rząd wielkości – nie ma wątpliwości Wrzołek. – Insurtech to żyła złota: nie w tym sensie, żeby już dziś dało się w nim robić wielkie pieniądze, ale ten rynek ma potencjał, który zmaterializuje się w kilka lat. Jestem tego pewien – zapewnia.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...