Nawet się nie spodziewasz, ile Uber dopłaca do każdego kursu. Chce wykosić całą konkurencję

Polscy partnerzy Ubera nie są zadowoleni - narzekają na niskie zarobki i zapowiadają strajk.
Polscy partnerzy Ubera nie są zadowoleni - narzekają na niskie zarobki i zapowiadają strajk. Fot. Agencja Gazeta
W tym tygodniu wyciekły poufne dokumenty Ubera, jakie firma przygotowała dla inwestorów w zeszłym roku. Okazuje się, że gigant traci pieniądze w takim tempie, jakby ładował je szuflą do pieca. Tymczasem polscy kierowcy narzekają na niskie zarobki i wychodzą strajkować.

Jesteście zachwyceni, że tak mało płacicie za przejazdy? Nic dziwnego – to tylko 40 proc. rzeczywistej ceny przejazdu. Resztę dokłada Uber. Dokumenty Ubera pokazują niebywałą skalę wzrostu przychodów firmy. Problem w tym, że równie szybko rosną straty. Jak to możliwe? Czy Uber jest wydmuszką, która pęknie w najbliższym czasie?



Zacznijmy od tego, co Uber robi dobrze. Dokumenty pokazują, że w pierwszej połowie 2105 roku rezerwacje brutto (przed wypłaceniem prowizji dla kierowców) przyniosły 6,63 mld dolarów. Cały wcześniejszy rok zamknął się kwotą 2,93 mld dol., więc wzrost jest świetny. Jeśli II połowa zeszłego roku poszła im równie dobrze, to firma podwoiła swoje przychody.
Można przyjąć, że Uber notuje stabilne i silne wzrosty, sięgające 40 proc. kwartalnie. Rosnąca liczba zamówień nie przekłada się na podobny wzrost przychodów netto. Strata firmy wyniosła ok. 2 mld dolarów. Uber nie dość, że nie zarabia na przewozach, on do nich dopłaca. Okazuje się, że rachunek klienta pokrywa jedynie 40 proc. rzeczywistych kosztów przejazdu. W zasadzie jest to działalność charytatywna.

Rodzi się też pytanie – na co Uber wydaje tak olbrzymie sumy? Przecież koszt przejazdu powinien być stosunkowo niski – kierowca nie musi mieć licencji, kasy fiskalnej, koguta i oznaczeń. Auto nie musi być rejestrowane jak taksówka, ma więc normalne ubezpieczenie i nie traci tak na wartości.

– Uber nie jest spółką giełdową więc nie musi prezentować szczegółowych wyników. Ale nie jest żadną tajemnicą, że firma bardzo inwestuje w rozwój. Chodzi tu zarówno o rozwój geograficzny, jak i poszerzanie portfolio produktów. Pamiętajmy o tym, że Polska jest trzecim rynkiem dla Ubera w Europie pod względem wielkości biznesu – po Wielkiej Brytanii i Francji. Każdego miesiąca ponad 40 tys. osób pobiera aplikację Ubera. W zeszłym miesiącu było to ponad 70 tys. Liczba przejazdów każdego miesiąca rośnie o ok. 20 proc. – informuje INN:Poland biuro prasowe firmy. – Uber wydaje bardzo duże pieniądze na przyciągnięcie nowych klientów. Vouchery, rabaty, bezpłatne przejazdy dla osób, które poleciły komuś usługę. To jest bardzo duży program subsydiowania przejazdów i budowania bazy klientów – twierdzi Lech Kaniuk, dyrektor operacyjny iTaxi.

– Vouchery działają na pewnym segmencie klientów – niezbyt lojalnych. Kiedy inna korporacja zrobi promocje, to taki klient ucieka. Na takim użytkowniku nikt na dłuższą metę nie zarobi. Dodatkowo wiemy od znajomych kierowców, że przy takiej kampanii, klienci biorą taksówkę przy bardzo krótkich kursach. To się kierowcom nie opłaca, bo nawet przy zwrocie pieniędzy za kurs, tracą z powodu tak zwanych dolotów. Muszą podjechać np. 4 km, żeby zrealizować kurs o długości 1 km – więcej stracą, niż zarobią – dodaje.

Uber – usługa i aplikacja – jest dostępny w Polsce od dwóch lat (wystartował jesienią 2014). Obecnie działa w największych miastach – Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu, Trójmieście, Łodzi i na Śląsku.

Nie sposób nie zauważyć, że nad polskim Uberem zbierają się właśnie czarne chmury. Powód jest dość zaskakujący – rosnące niezadowolenie kierowców, czyli partnerów firmy. Zauważają to również klienci. Rynkowe plotki mówią przede wszystkim o dużej rotacji kierowców, wśród których znajduje się coraz większa liczba Ukraińców. – Ukraińcy są w porządku, ale kiedy po raz kolejny podjeżdża do ciebie Wowa albo Dima, który praktycznie nie mówi po polsku, to jest trochę dziwne – mówi nam jeden ze stałych klientów firmy.

Doszło do tego, że na najbliższy poniedziałek (12 grudnia 2016) kierowcy (partnerzy) Ubera zapowiadają strajk. Zamierzają nie jeździć przez cały dzień i karać łamistrajków. Domagają się obniżenia prowizji Ubera o co najmniej 10 proc., powrotu do „starego” cennika (wzrosły bowiem koszty OC/AC oraz paliwa) i ustalenia nowych, bardziej korzystnych dla nich opłat. Problemem jest też według nich kolejkowanie zleceń – dość często kurs dostaje kierowca, który wcale nie jest najbliżej klienta.

Strajk partnerów Ubera każe nieco poddać w wątpliwość poziom zarobków, jakie – według firmy – osiągają. Osoby jeżdżące ponad 40 godzin tygodniowo mogą wyciągnąć 7,5 – 8,5 tys. zł brutto, Praca od 20 do 40 godzin tygodniowo powinno zapewnić 4,3 – 5 tys. zł przychodu, weekendowe dorabianie – od 1,6 do 1,8 tys. Tymczasem kierowcy (organizatorzy strajku) narzekają, że obecne cenniki „nie gwarantują nawet zwrotów kosztów amortyzacji samochodu, nie mówiąc już o ZUS, podatkach czy odwróconym podatku VAT który, my kierowcy, musimy zapłacić za prowizję jaką pobiera Uber”.

Napisz do autora: konrad.baginski@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...