Grupa naTemat

Popularny sklep internetowy bez skrupułów go okradł. Polak zebrał grupę takich jak on i chce ukarać oszusta

Marcin Perłowski, jeden z poszkodowanych przez Decomanię.
Marcin Perłowski, jeden z poszkodowanych przez Decomanię.
Czy to możliwe, że znany sklep internetowy, który dobrze prosperował przez ponad pięć lat, masowo oszukał swoich klientów? Negatywne opinie były wcześniej absolutną rzadkością, sklep zbierał świetne oceny za świadczenie usług. To się nagle skończyło. Osób, które wpłaciły pieniądze, zamówiły towar i go nie otrzymały, jest co najmniej kilkadziesiąt.

Według naszej wiedzy, którą przekazał nam jeden z poszkodowanych, Marcin Perłowski, kwoty zobowiązań Decomanii wynoszą od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Jak wynika z danych Centralnej Ewidencji Informacji o Działalności Gospodarczej, właścicielem Decomanii (siedziba w Warszawie) jest Jacek Bieliński.

– W mojej ocenie Decomania działała całkiem normalnie do września tego roku. Od tego czasu przestała wysyłać towary, za które zapłacili klienci – mówi Marcin Perłowski w rozmowie z INN:Poland. Wynika to także z opinii klientów na portalu ceneo.pl.

Perłowski kupił we wrześniu w Decomanii płyty betonowe za ponad 4 tys. zł. – Zrobili wtedy tzw. „wielką wyprzedaż”. Obniżki cen miały być nawet 30-procentowe, okazało się potem, że żadnego upustu nie było. Kupowaliśmy towar w cenach, w jakich moglibyśmy go dostać bezpośrednio u producenta, z racji tego, że było nam bliżej do warszawskiej siedziby Decomanii – opowiada.
Perłowski wysłał pieniądze i dostał potwierdzenie, że są zaksięgowane. Następnie otrzymał od firmy maila, w którym napisała, że nie jest w stanie zrealizować tego zamówienia w umówionym terminie 28 dni roboczych. – Proponowali 7-procentowy rabat, mówiąc, że dostawa będzie później. Kiedy zacząłem drążyć, co to znaczy „później”, dostałem kolejnego maila, że mogę zrezygnować z dostawy, a oni zwrócą pieniądze po dwóch tygodniach. Nie spodobało mi się to, bo mieli moje pieniądze już blisko miesiąc – mówi Perłowski.

Wypłata po obiecanych dwóch tygodniach nie nastąpiła. Przestała się odzywać osoba z Decomanii, która opiekowała się jego sprawą. – Nie odpowiadał żaden telefon i żaden pracownik mailowo. W końcu jeden z nich powiedział mi, że firma ma problemy finansowe, ale oni i tak się sumiennie ze wszystkiego wywiążą. Zauważyłem też, że „sprzedawali” produkty firm, których nie miały one na stanie. Czyli z pełną świadomością wciskali klientom rzeczy, które nie istniały. Kontakt się oczywiście urywał – opowiada.

Jeden z pracowników Decomanii powiedział anonimowo Perłowskiemu, że właściciel w pewnym momencie próbował ratować sytuację poprzez wzięcie dwóch kredytów w bankach, ale bezskutecznie. Według niego obecnie Bieliński próbuje sprzedać swój biznes.

Perłowski bez problemu dotarł na Facebooku do kolejnych poszkodowanych osób. Pisały one do firmy na jej oficjalnym profilu. Niestety, profil został zlikwidowany. Ze strony internetowej sklepu zniknęły kontakty do pracowników, a telefony firmy nie odpowiadały. Ponadto na stronie internetowej Decomanii co tydzień była odświeżana informacja, że sklep nie będzie działał w określonych dniach. Ten termin był co tydzień przesuwany w kolejnych dniach.

Marcin Perłowski próbował korespondować z pracownikami firmy, ale otrzymywał od nich informacje, że rozstają się z firmą, a kontakt przekierowywali do samego właściciela. Perłowski raz się do niego dodzwonił, Bieliński poprosił u numer zamówienia i powiedział, że zajmie się sprawą, ale od tamtej pory już nie odebrał telefonu. I tu koło się zamyka, bo Bieliński, jak mówi nam Perłowski, nie odbiera telefonów, ani nie odpowiada na maile.
Marcin Perłowski zaangażował się w zebranie grupy poszkodowanych osób na Facebooku, widząc w tym szansę jeśli nie na odzyskanie pieniędzy, to ukaranie właściciela Decomanii. Grupa nieustannie rośnie i liczy obecnie około 48 osób. „Kolejnych 200 jest na wyciągnięcie ręki” - pisze Perłowski w grupie poszkodowanych.

Historie innych poszkodowanych osób, do których dotarliśmy, są bliźniaczo podobne. Kobieta o inicjałach I.T. nie chce podać publicznie nazwiska ani nazwy średniej wielkości miasta, w którym mieszka, bo, jak mówi, wiele osób ją zna, a dla niej to, że dała się oszukać w taki sposób, jest upokorzeniem. – Jestem nieszczęsną klientką Decomanii i czuję się z tym fatalnie, jak ofiara przestępstwa domowego. Wstydzę się o tym mówić – opowiada.

Kobieta jest oburzona, bo to nie pierwsza rzecz, którą kupuje online i nigdy wcześniej nie miała problemów. – Decomanię na wszelki wypadek sprawdziłam. W wielu miejscach w internecie – np. w portalu Ceneo, byli bardzo wysoko oceniani. Miałam więc zaufanie. Niestety zostało ono zawiedzione w najgorszy możliwy sposób – mówi nam I.T.

I.T. złożyła zamówienie w połowie października. Zapłaciła za kanapę 1600 zł i, jak mówi, „może się już pożegnać z pieniędzmi, ale chciałaby, żeby właściciel Decomanii został ukarany”. Także w jej przypadku obowiązywał termin 28 dni. Po dwóch dniach zaniepokoiło ją to, że nie dostała z Decomanii żadnej informacji zwrotnej. Przesłała maila z zapytaniem. Odpowiedziano jej, że pieniądze zostały zaksięgowane.

Kolejne wiadomości od firmy, że „wszystko jest ok” i „zamówienie jest realizowane”, również to potwierdzały. Nic się jednak nie działo. W połowie listopada zaniepokojona próbowała skontaktować się z firmą telefonicznie. Nikt nie odbierał.

Zdenerwowana I.T. słała więc do Decomanii setki maili. Odpowiedziała jedynie była pracowniczka, że od 7 listopada już nie pracuje i poprosiła o pisanie na firmowy numer kontaktowy.

I.T. próbowała, jak Perłowski, skontaktować się z właścicielem Decomanii. Wysyłała mu na Facebooku prośby o zwrot pieniędzy. Efektem było to, że zablokował jej dostęp do swojego profilu. Termin 28 dni roboczych minął pod koniec listopada. Zamówionej kanapy kobieta nie dostała do dziś.

Kolejna poszkodowana osoba, z którą rozmawiała redakcja INN:Poland, to Magdalena Białka. – 4 października zamówiłam lampę, zapłaciłam z góry przelewem 192 zł. Obowiązywało maksymalnie 28 dni roboczych na wysyłkę. Po dwóch tygodniach zapytałam pracownicę Decomanii, kiedy będzie przesyłka, dostałam odpowiedź potwierdzającą, że będzie w terminie – opowiada Białka.

Dalej historia się powtarza: maile i żadnych odpowiedzi. – Skontaktowałam się z dziewczyną z grupy poszkodowanych na Facebooku, która poradziła mi, żeby ich spamować mailami, to może to przynieść skutek. Poszłam za jej przykładem i zarzucałam Decomanię mailami. Otrzymałam fakturę korygującą, ale zwrotu pieniędzy – ani śladu – mówi.

Jednej z poszkodowanych osób udało się jednak odzyskać pieniądze. Pisze w grupie, że po wysłaniu około 100 maili jednego dnia – a słała je co 30 sekund – odzyskała pieniądze. Było to 800 zł.

Według naszych informatorów w Decomanii zostało zwolnionych około 90 proc. pracowników i wypowiedzenie umów nie miało nic wspólnego z oceną ich pracy lecz nastąpiło z przyczyn ekonomicznych. Następnie odeszli pozostali, dlatego, że nie otrzymali wynagrodzenia. Rozmawialiśmy z jednym z nich. Chce zachować anonimowość. – W moim przypadku chodzi o zaległe wynagrodzenie. Wolontariuszem nie jestem. Nic więcej nie powiem, bo boję się konsekwencji ze strony pana Bielińskiego – opowiada w rozmowie z INN:Poland. Relację może potwierdzać wpis internauty na portalu wykop.pl, w którym opisuje, że pracownicy Decomanii nie dostali pensji.

Skontaktowaliśmy się z Jackiem Bielińskim w piątek 2 grudnia. Odpowiedział po około godzinie. Zapytał „na jaki temat Pan pisze artykuł?” Natychmiast wysłaliśmy mu pytania, m.in. o to czy zaległości wobec klientów i pracowników Decomanii zostaną uregulowane, czy firma jest w stanie upadłości, dlaczego ze strony zniknęły kontakty do pracowników firmy, itd. Do dziś nie dostaliśmy na nie odpowiedzi.

Jak poszkodowani klienci mogą walczyć o swoje prawa?

Wyjaśnia Małgorzata Regulska-Cieślak, prowadząca w Warszawie indywidualną praktykę radcowską.

Gdy poszkodowanych jest co najmniej kilku, mylnie sądzi się, że możliwe jest, w każdym przypadku, wniesienie pozwu grupowego. Postępowanie grupowe jest dopuszczalne tylko wtedy, gdy wysokość roszczenia każdego członka grupy została ujednolicona przy uwzględnieniu wspólnych okoliczności sprawy. Ujednolicenie wysokości roszczeń może nastąpić w podgrupach, liczących co najmniej 2 osoby. Ujednolicenie roszczeń to jedna z największych przeszkód w stosowaniu tej procedury.

W tym celu należałoby stworzyć podgrupy, w których roszczenie byłoby jednolite, a to wymaga znajomości pozostałych poszkodowanych i wysokości poniesionej przez nich szkody. Musi być też ustanowiony reprezentant grupy. Te i inne okoliczności związane z postępowaniem grupowym sprawiają, ze wciąż trudno z jego stosowaniem w praktyce.

Drugą opcją jest dochodzenie roszczeń w postępowaniu cywilnym. Jeśli roszczenie nie przekracza 10 tys. zł, można to zrobić w trybie postępowania uproszczonego. W postępowaniu tym można bowiem dochodzić roszczeń wynikających z umów. Pozew (na urzędowym formularzu) można złożyć do sądu miejsca niewykonania umowy.

Można przyjąć, że niewykonanie umowy nastąpiło już w siedzibie firmy pozwanego, bowiem nie nadał on zamówionego towaru.

W pozwie dobrze wskazać NIP pozwanego. Można go znaleźć w wyszukiwarce podmiotów CEIDG. Gdy sąd uzna roszczenie za udowodnione i zasadne, wyda nakaz zapłaty, w którym zasądzona zostanie kwota o równowartości należności wpłaconej za towar, który nigdy nie został wysłany do klienta. Pozew podlega opłacie w wysokości określonej ustawowo.

Mniej sformalizowane jest dochodzenie roszczeń w postępowaniu karnym, czyli zawiadomienie policji o dokonaniu przestępstwa oszustwa. I to jest prostsza opcja, bo składa się tylko jedno zawiadomienie na policję, w którym wskazuje się listę poszkodowanych osób. Potem dopiero organ uprawniony może sporządzić akt oskarżenia i wnieść go do sądu. Postępowanie to może jednak okazać się długotrwałe.



Oszukano Cię? Spotkałeś się z nieuczciwymi praktykami?

Napisz do nas na: kontakt@innpoland.pl

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
E-commerceInternet
Skomentuj