Fryzjer z Gdyni stworzył sprzęt, który kupują komandosi na całym świecie. A w Polsce? Nikt nie zwraca na niego uwagi

facebook.com/Mariusz Szymański
Kilka lat temu Mariusz Szymański strzygł żołnierzy w swoim gdyńskim zakładzie na Oksywiu. Dzisiaj z płetw, które skonstruował we własnym garażu, korzystają jednostki specjalne w Polsce, Izraelu, Korei, Japonii czy Australii.

– Jestem mistrzem fryzjerstwa damsko-męskiego – przedstawia się Mariusz Szymański. Wykształcenia technicznego – nie stwierdzono.
Punkt wyjścia dość nietypowy jak na osobę, która stworzyła płetwy testowane dzisiaj przez liczące się na świecie armie. Wynalazek Polaka trafił do jednostek specjalnych w Polsce, Australii, Japonii, Korei, Niemczech i Grecji.



Po chwili mężczyzna dodaje jednak, że na koncie ma również 4 specjalizacje nurka technicznego. To jego wieloletnia pasja. – Zakład fryzjerski przejąłem od swojego ojca. Pasowało mi to, bo chciałem mieć czas wolny na rozwijanie swoich zainteresowań – doprecyzowuje. Do zakładu Szymańskiego zaglądało wielu ludzi. Głównie wojskowi z okolicznej jednostki nurków. A że w trakcie ścinania włosów każdy lubi sobie pogadać, od słowa do słowa, okazało się, że nietypowe zainteresowanie mężczyzny może mieć swoje praktyczne zastosowanie.

– Ktoś komuś coś szepnął, zrobiłem kilka projektów podwodnych – mówi skromnie.
Polak odbudował m.in. jednoosobowy pojazd podwodny Błotniak. Kupił dostępne części prototypowej jednostki, która nigdy nie została wdrożona do użytku i przez trzy lata doszlifowywał projekt w swoim garażu. Okazało się, że Błotniak nagle zaczął działać zgodnie z oczekiwaniami. Posypały się zaproszenia na naukowo-badawcze konferencje i branżowe eventy. Wtedy właśnie Szymański wpadł na pomysł budowy składanych płetw. Takich, które zmieszczą się nawet w niewielkim Błotniaku.

– Idea powstała w zakładzie fryzjerskim. Skoro nożyczki mogą się składać i rozkładać, dlaczego tego samego mechanizmu nie użyć w płetwach? – pyta retorycznie. Szybko wrócił do warsztatu, gdzie metodą prób i błędów urzeczywistnił swój pomysł. W 2014 roku powstaje firma Exofin.
Płetwy Szymańskiego rzeczywiście w sposobie działania przypominają nożyczki. Po złożeniu mają rozmiar pompki do roweru. Dla komandosów to istotne usprawnienie, sprzęt nie może przecież wisieć im przy pasku w trakcie biegania. Do tego jest wyjątkowo lekki – waga jednej pary to około 1,5 kg.

– Składają się ze 122 elementów. Każdą z nich można wymienić, dzięki czemu model możemy spersonalizować pod kątem pojedynczego żołnierza. Tytan, aluminium, stal nierdzewna i olejo-gazo-ognioodporna błona – opowiada Szymański. Jak twierdzi, poziom skomplikowania konstrukcji jest tak duży, że czasami sami nurkowie nie wiedzą, o czym do nich mówi.

Mężczyzna wraz z Tomaszem Krause („nasz główny motor technologiczny”) i Krzysztofem Papadisem zaczął snuć plany komercjalizacji. Przedsiębiorcy byli częstymi gośćmi na targach, odwiedzili m.in. Kielce, Dusseldorf i Las Vegas. Oszczędności wystarczyły na patent podstawowy. – Żona była na mnie wściekła, nie otynkowałem domu – wszystko co miałem, wkładałem w płetwy – opowiada Szymański.

Polakom nie udało się pozyskać środków unijnych, na szczęście pomocną dłoń wyciągnęła państwowa firma IGB Mazovia, która kupiła patent na produkcję. Niedługo później poprzez jednego z dystrybutorów udało się sprzedać ponad 120 par do Kanady.
Obecnie Exofin ma kilkunastu dystrybutorów. Produkowane przez Polaków płetwy testują jednostki specjalne z całego świata, na skonsumowanie sukcesu przyjdzie jednak jeszcze trochę poczekać. Wszystko przez wojskowe procedury. Od rozpoczęcia testów do podpisania kontraktu mogą upłynąć nawet dwa lata.

– Gdybym wiedział, że tak będzie, to najpierw wziąłbym się za płetwy cywilne – śmieje się Szymański. Jego zdaniem, globalne zakupy w Exofin to kwestia czasu. – Potem zamówienia mogą iść w tysiące. Tylko w Polsce jest 3,5 tys. certyfikowanych nurków. Dwie dywizje nurków w Korei liczą 1600 osób – wylicza.

Dziwi go brak zainteresowania ze strony polskiego rządu. Choć jak podkreśla, żadnej pomocy nie oczekuje. – Mój znajomy z Niemiec, komandos, opowiadał, że gdybym wymyślił je w Niemczech, to następnego dnia pojawiliby się ludzie w czarnych garniturach i złożyli ofertę odkupienia patentu. My musimy się przebijać przez gąszcz procedur – narzeka.

Już teraz Polacy szykują jednak skok na sektor cywilny. Projekty są już gotowe, brakuje jeszcze inwestora. Kolejna partia płetw ma być zrobiona z tańszych materiałów, ale zachowa mechanizm „nożyczek”, który przyniósł Exofin tak duży rozgłos. Zamiast 1,5 tys. zł (wersja dla wojska) kosztować mają docelowo około 300-500 zł. – Tratwy ratunkowe na statkach pasażerskich, nurkowie-amatorzy, centra nurkowe, ratownicy na plażach. Na tym się wybijemy – rozmarza się Szymański.

Napisz do autora: adam.sienko@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...