TVP ogłosiła, że żyjemy w gospodarczym raju. Ekonomiści pukają się w głowę

Wicepremier Mateusz Morawiecki.
Wicepremier Mateusz Morawiecki. Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Deficyt budżetowy na rekordowo niskim poziomie, pojawiła się inflacja – ale jest na zdrowym poziomie, nastroje w przemyśle doskonałe, dodatkowo – to był dobry rok dla Giełdy Papierów Wartościowych. A przede wszystkim, wiele wskazuje na to, że w IV kwartale wzrost PKB podskoczył. Na takie komunikaty można się było natknąć, przeglądając strony gazet i słuchając serwisów informacyjnych w mediach publicznych w pierwszych dniach po Nowym Roku. Cóż, wygląda na to, że poprawa nastrojów ominęła ekonomistów.

„Nasza robocza prognoza wskazuje, że tempo wzrostu PKB w czwartym kwartale – po odsezonowaniu – mogło przyspieszyć nawet do 1-1,5 proc. w porównaniu z trzecim kwartałem” – komentował na łamach dzisiejszego wydania „Pulsu Biznesu” wiceminister finansów Leszek Skiba. „Jeśli się uda, wynik będzie imponujący na tle poprzednich kwartałów” – dorzuciła od siebie gazeta.

W III kwartale 2016 r. dynamika wzrostu PKB spadła do 2,7 proc., co eksperci przyjęli lamentem nad losem wyhamowującej polskiej gospodarki. Rząd już wówczas zapowiadał, że koniunktura poprawi się w kolejnym kwartale. Jeszcze nie wiemy, czy słowo ciałem się stało, ale z powyższych wypowiedzi wynika, że rząd zachowuje w tej sprawie optymizm. Nieco inaczej patrzą analitycy. – Zgodziłbym się, że dołek koniunktury może być już za nami, albo zaraz będzie. Raczej nie wierzyłbym jednak we wzrost o 1-1,5 proc. tego wskaźnika. A nawet, gdyby rzeczywiście tak było, obawiam się, że byłby to jakiś jednorazowy efekt – mówi INN:Poland Marcin Luziński z BZ WBK.

Każdemu wskaźnik na miarę potrzeb
Luziński szacuje, że dane na temat IV kwartału (których powinniśmy się doczekać pod koniec stycznia) będą znacznie mniej optymistyczne. – Wzrost gospodarczy w ostatnim kwartale ubiegłego roku był zapewne bliski 2 proc. To byłby najniższy poziom od co najmniej kilku lat – kwituje.
W wiadomościach TVP pojawiła się ważna informacja o wskaźniku PMI, czyli badaniach nastrojów kadry menedżerskiej. PMI podskoczył do poziomu nienotowanego od półtora roku – podkreślili autorzy krótkiego felietonu. Luziński podkreśla jednak, że PMI jest jednym z wielu wskaźników. – Od lat najlepsze są wskaźniki dotyczące koniunktury konsumenckiej. A te są naprawdę dobre, głównie ze względu na to, że sytuacja na rynku pracy jest bardzo dobra: mamy najniższe w historii bezrobocie – wskazuje. Jednocześnie zastrzega, że rynek pracy to ten obszar gospodarki, który reaguje ze sporym opóźnieniem na cykle gospodarcze. – Skoro mieliśmy w 2015 roku szybki wzrost w gospodarce, to będzie pchało w górę rynek pracy jeszcze przez jakieś dwa lata – dorzuca. Nawet 500+, które miało nakręcić konsumpcję, okazało się w III kwartale nie tak istotnym czynnikiem: analitycy oczekiwali, że konsumpcja wzrośnie bardziej.

– Natomiast inne indeksy koniunktury nie są już takie rewelacyjne – zastrzega analityk BZ WBK. – Podstawowe to indeksy koniunktury GUS, tworzone m.in. dla przetwórstwa przemysłowego, budownictwa, handlu detalicznego, transportu. Wszędzie te wskaźniki są na co najwyżej średnich poziomach – dodaje.

Na nastroje może wpływać fakt, że w otoczeniu administracyjno-prawnym polskich firm zmieniło się zaskakująco niewiele. W przeciwieństwie do telewizyjnych przebitek pokazujących dynamiczne prace w halach montażowych i tłumy w sklepach, eksperci wskazują, że cały 2016 rok trzeba będzie w sporej mierze spisać na straty. – W ostatnim roku nie zmieniono nic na lepsze w otoczeniu przedsiębiorców. Po tym, jak poprzedni rząd przygotował listę kilkunastu tysięcy najbardziej szkodliwych przepisów... w niczym się ona nie zmieniła, nie zniknął ani jeden punkt. I to mimo faktu, że straty polskich przedsiębiorców z tego powodu szacowane są na około 70 miliardów złotych rocznie – podkreśla w rozmowie z INN:Poland Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha.
Przypływ miłości do Czech
Przez lata przyzwyczailiśmy się do tego inflacja to coś złego. Ba, inflacja sprawiała, że z miesiąca na miesiąc wydawaliśmy na ten sam koszyk produktów coraz więcej – była więc zła nie tylko dla gospodarki. Po dwóch latach deflacji – ceny większości towarów od 2014 r. statystycznie spadły – w IV kwartale ub. r. miała się pojawić inflacja. Niewielka – na poziomie 0,8 proc. – nazywana też „zdrową”. Definicja, która nie przypada do gustu Sadowskiemu. – Inflacja jest zawsze dobra, ale dla rządu – protestuje szef Centrum im. Adama Smitha. – Dzięki temu ściąga od nas więcej środków. To taki niewidzialny podatek pozakonstytucyjny nakładany na obywateli – ucina.

– Powiedzmy, że ekonomiści mają na ten temat różne opinie. Najlepiej, żeby inflacja była niska, taka jak teraz: 0,8 proc. – mówi Luziński. W serwisie informacyjnym TVP połączono informację o inflacji z komentarzem, że inflacja towarzyszy ożywieniu gospodarczemu. Jest coś na rzeczy? – Tak, tylko ta inflacja, z którą mamy do czynienia, nie wynika z ożywienia lecz wzrostu cen paliw. Czyli czynnika zewnętrznego niezależnego od koniunktury w naszym kraju – tłumaczy ekspert BZ WBK. W innych kategoriach ceny wciąż spadają lub się wahają. Choć w 2017 r. niewątpliwie skoczą, zwłaszcza, że podrożeją media – w szczególności energia elektryczna, ale i usługi pocztowe, paliwa, część żywności. Inflacja nie tylko się zatem pojawiła, ale zapewne pojawiła się na dobre.

Sadowski bardziej niż na wskaźniki narzeka na brzemię biurokracji oraz sprzeczne sygnały dotyczące polityki rządu. – Pan wicepremier zapowiadał zmiany: choćby oszczędności na czasie, który przedsiębiorcy muszą zmarnować, żeby przebrnąć przez rozmaite procedury. Ale wszystko zostało po staremu, można porównać rankingi: w krajach bałtyckich rozliczenie podatków zajmuje sto kilkadziesiąt godzin, a w Polsce niezmiennie – dwieście kilkadziesiąt – punktuje. – Przedsiębiorcy z dużą ostrożnością podchodzą do sygnałów wysyłanych do nich w zeszłym roku. Stąd ten przypływ miłości do Czech i zakładania tam firm. Bezsprzeczny efekt wystąpień kilku ministrów tego rządu – dodaje z sarkastyczną nutą.
Jasnym punktem w bilansie gospodarczym Polski pozostaje, rzecz jasna, deficyt budżetowy. W tym roku jest bardzo niski. Jak tłumaczy Luziński, dzięki temu, że 2016 rok sprzyjał wpływom podatkowym – konsumpcja skoczyła, więc wzrosły wpływy z VAT, a ze względu na dobrą sytuacje na rynku pracy, doszły rekordowo wysokie wpływy z PIT. – Budżet został też zasilony dużymi, jednorazowymi wpłatami: 8 miliardów zysku, jaki wypracował NBP, oraz 9 miliardów z aukcji częstotliwości LTE. Dodatkowo w sektorze finansów publicznych wyhamowały inwestycje – kwituje.

Wypełznąć z dołka
– W obecnej sytuacji nic dziwnego, że wszyscy modlą się tylko o koniunkturę – ironizuje Sadowski. – A ona jest konsekwencją procesów zagranicznych. Gdyby w Polsce zmieniono sytuację biznesu, koniunktura miałaby znaczenie trzeciorzędne. Tylko gdy nic się nie zmienia, jakaś magiczna koniunktura może faktycznie sprawić, że zamówienia w polskich firmach wzrosną – dorzuca.

Może nie będzie źle. Analitycy BZ WBK spodziewają się pewnej poprawy wyników gospodarczych, stopniowego choć niezbyt dynamicznego przyspieszenia. – W całym 2017 roku spodziewamy się wzrostu gospodarczego na poziomie 2,7 proc. PKB. Głównym czynnikiem pozostanie konsumpcja prywatna. Wydaje nam się, że inwestycje też powinny odbić w tym roku, choć raczej w drugiej połowie. Ministerstwo rozwoju daje sygnały, że ruszyła konsumpcja środków unijnych, choć zanim wnioski staną się faktycznymi inwestycjami, minie kilka kwartałów, może nawet lat. Inwestycje drgną, ale o 2, maksymalnie 5 procent: ciężko to nazwać boomem – kwituje. Polska zatem wyjdzie z dołka, ale będzie to raczej pełzanie niż wybicie się.

Napisz do autora: marusz.janik@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...