Sposób na smog jest bardzo prosty. Polskie miasta wybrały jednak spychologię

Protest Polskiego Alarmu Smogowego we Wrocławiu
Protest Polskiego Alarmu Smogowego we Wrocławiu Tomasz Pietrzyk/Agencja Gazeta
Ponad połowa miast z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem w Unii leży nad Wisłą. Ich włodarze problem dostrzegli już lata temu, ale próby jego rozwiązania okazują się całkowicie nieskuteczne. Zamiast działań, czyli np. kategorycznego zakazu używania pieców węglowych, mamy debaty, konferencje i ospałe zachęcanie mieszkańców do wymiany pieców. A skutecznego prawa antysmogowego jak nie było, tak nie ma.

Wbrew popularnej opinii o szkodliwym wpływie samochodów na stan powietrza, za jego zanieczyszczenie w głównej mierze odpowiadają piece węglowe. Badania przeprowadzane przez przez Instytut ISPRA z Włoch, wykazały, że 55 do 70 proc. cząsteczek pyłu zebranego na stacjach pomiarowych w Krakowie pochodzi ze spalania węgla w małych kotłach i piecach grzewczych. Nie mniejszym problemem jest to czym w nich palimy. A z badań przeprowadzanych w ramach kampanii „Nie rób dymu” wynika, że co piąty Polak nie widzi niczego złego w spalaniu śmieci.

Co na to polskie miasta? Cóż, ciężko powiedzieć, że problemu nie widzą. Sposób w jaki zabierają się za jego rozwiązanie jest jednak dość ospały. Podczas gdy Warszawa niknie w szarym dymie, w harmonogramie działań antysmogowych z 2016 roku, który dostaliśmy z ratusza, dominują uchwały, zarządzenia i prezentacje. Miasto chwali się stopniową wymiana taboru, apelem do władz Mazowsza o „podjęcie prac” (czyt. do zakończenia droga jest jeszcze bardzo długa) nad lokalną uchwałą „antysmogową” i kampanią dotyczącą dopłat do wymiany kotłów.

Na te ostatnie działanie akcent kładą zresztą wszystkie miasta. Tylko, że nie przynosi one spodziewanych rezultatów. W rozmowie z INN:Poland Ewa Lutomska z Krakowskiego Alarmu Smogowego podaje przykład swojego miasta. – Podczas gdy miasto wydawało pieniądze, pod Krakowem powstawały nowe źródła niskiej emisji - opowiada. Podmiejskie gminny cały czas się bowiem rozbudowują, a 70 proc. wszystkich kotłów sprzedawanych Polsce nie spełnia żadnych wymogów. To tzw. „kopciuchy”.

I dlatego zdaniem Lutomskiej to właśnie była stolica Polski ma rzeczywistą szansę na znaczne zmniejszenie zanieczyszczenia powietrza. – Konferencje na temat jakości powietrza i same zachęty dla mieszkańców, nie rozwiązują problemu. Konieczne są regulacje na poziomie centralnym i wojewódzkim, wprowadzające normy jakości paliw i standardy emisyjne dla kotłów – przekonuje.
Takie regulacje są wprowadzane jednak wyjątkowo oszczędnie. W ubiegłym roku Andrzej Duda podpisał tzw. ustawę antysmogową, dzięki której miasta mogą decydować czym mieszkańcy mogą ogrzewać swoje domy. Z możliwość wprowadzenia zakazu stosowania paliwa stałych, czyli węgla i drewna, skorzystał jednak tylko Kraków (od września 2019 roku). Reszta miast (m.in. Wrocław) wciąż asekuruje się dopłatami do wymiany pieców.

Nadzieją może okazać się przygotowywany w Ministerstwie Rozwoju projekt ustawy, który wprowadzi obowiązek sprzedaży tylko takich kotłów, które spełniają wyśrubowane normy emisyjne. Obecnie w sklepach możemy bowiem kupić wszystko, co może ogrzać nasz dom. Polska to jedyny obok Rumunii kraj UE, który prowadzi pod tym względem tak liberalną politykę. Z problemem mierzy się również Ministerstwo Energii, które chce zakazać palenia w domowych piecach najtańszym paliwem.

Najzabawniejsze w tym całym smogowym zamieszaniu jest jednak to, że według badań stan powietrza np. w Warszawie, się poprawia. – Od 2007 roku stopniowo poprawia się jakość powietrza w Warszawie. Po raz pierwszy stężenia średnioroczne pyłów PM 2,5 są poniżej poziomów dopuszczalnych. Podobnie spadły stężenia pyłów PM 10 – chwali się warszawski ratusz. Klapki wreszcie spadły nam więc z oczu.

Napisz do autora: adam.sienko@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...