Unijne przepisy miały raz na zawsze skończyć z opieszałymi przetargami. Polscy urzędnicy jednak się nie dali

Krzysztof Globisz wcielający się w rolę polskiego urzędnika
Krzysztof Globisz wcielający się w rolę polskiego urzędnika Jakub Ociepa/Agencja Gazeta
Unijne przepisy o zamówieniach publicznych miały oszczędzić polskim przedsiębiorcom i urzędnikom dużo papierkowej roboty. Zamiast jednego prostego oświadczenia urzędy oczekują jednak stosu dokumentów. – To przejaw nadgorliwości. Zamiast odbiurokratyzować zamówienia publiczne, zbiurokratyzowaliśmy je jeszcze bardziej – komentuje dla INN:Poland Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Polscy urzędnicy zupełnie jak egzaltowane nastolatki, kochają zapach papieru i świeżo wydrukowanej farby. Do tego stopnia, że ignorują ducha znowelizowanej kilka miesięcy temu ustawy i domagają się od uczestników państwowych przetargów dodatkowych dokumentów.



W lipcu 2016 roku w życie weszła nowelizacja prawa zamówień publicznych. Wprowadziła ona do postępowań nowy formularz opracowany przez Komisję Europejską – jednolity europejski dokument zamówienia (JEDZ). Wszystko po to, by dostosować polskie prawo do unijnych regulacji. Jego idea była nadzwyczaj prosta – uczestnik przetargu zamiast stosu dokumentów (ZUS, US, KRK, koncesje, referencje) miał przedstawić jeden, zestandaryzowany formularz.

– Sama implementacja została przeprowadzona prawidłowo. Ustawodawca wywiązał się ze swoich obowiązków. Kłopot pojawia się jednak po stronie urzędników. Są mocno nadgorliwi – piekli się Kowalski.
W teorii wystarczyłoby, gdyby urzędnicy oczekiwali od zainteresowanych tylko oświadczeń z części IV JEDZ, która mówi o wypełnieniu kryteriów kwalifikacji do wzięcia udziału w postępowaniu. Urzędnicy nagminnie domagają się jednak od startujących w przetargach całych oświadczeń. Z 5 stron robi się więc 17. Ale to nie koniec.

– Dodatkowo wymaga się, by JEDZ składał nie tylko oferent, ale również jego kooperanci. Czyli tak jak dawniej o zaświadczenia z ZUS, US, KRK itd. występować muszą wszystkie podmioty biorące udział w przetargu, a jest to jednoznacznie niezgodne z intencją Ustawodawcy w zakresie JEDZ – punktuje przewodniczący FPP.

Wydawać by się mogło, że w ten sposób wracamy do punktu wyjścia. Unia chciała nam pomóc, ale nie wyszło. Niestety, nie do końca. Po wprowadzeniu JEDZ ilość „papierkologii” w polskich urzędach znacznie bowiem wzrosła. Dotychczas oferent, musiał przygotować do przetargu jeden zestaw dokumentów. Po wdrożeniu nowego prawa, zamawiający żądają dokumentów nawet trzy razy!

– Najpierw JEDZ, potem informacje dotyczące swoich kooperantów, a następnie zaświadczenia. W dodatku zdarza się, że musi występować o nie dwukrotnie, tak by były one aktualne zarówno na dzień składania ofert, jak i na dzień wskazany w wezwaniu przez zamawiającego – zauważa Marek Kowalski.
Zdaniem przewodniczącego FPP taka interpretacja przepisów zaczyna być w polskich urzędach powszechna. Kowalski twierdzi, że z rynku dociera do niego wiele sygnałów od zniecierpliwionych przedsiębiorców.

Nic dziwnego. Czas, który trzeba poświęcić na przygotowanie tylu dokumentów znacznie wydłuża przygotowanie do procedury przetargowej. Według szacunków Kowalskiego może to po stronie firm zwiększać koszty wzięcia udziału w przetargu nawet o kilkanaście procent.

– O ile europejski ustawodawca miał dobre intencje, o tyle praktyczne wdrożenie JEDZ do polskiego systemu prawnego w dużym stopniu nie spełniło oczekiwań podmiotów, które miały na nim zyskać, tj. małych i średnich przedsiębiorstw – podsumowuje.

Napisz do autora: adam.sienko@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...