Ta sieć handlowa to królowa polskiej prowincji. Kiedy inni upadają, oni planują najgorętszy debiut roku na giełdzie

Dino jest w pierwszej lidze sieci handlowych w Polsce.
Dino jest w pierwszej lidze sieci handlowych w Polsce. Fot. Kamila Kotusz / Agencja Gazeta
– To będzie największe IPO na Giełdzie Papierów Wartościowych w 2017 roku i prawdopodobnie jedno z największych w ostatnich latach – oświadczył prezes sieci marketów Dino, Szymon Piduch. Eksperci mają mieszane uczucia: jedni wytykają, że IPO sieci będzie „największe”, bo mało kto w tym roku ma zamiar pchać się na parkiet. Inni jednak wskazują na wyjątkowo dynamiczny rozwój sieci w ciągu ostatnich kilku lat. Wątpliwości nie ulega jedno: niepostrzeżenie Dino wyrosła na królową polskiej prowincji.

– To będzie pierwsza połowa roku, chcemy zrobić to możliwie szybko, pewnie w II kwartale – odpowiadał na pytania o termin potencjalnego debiutu giełdowego Piduch podczas niedawnej konferencji prasowej w Krotoszynie, gdzie mieści się siedziba spółki. Dla niego – oraz właściciela sieci, Tomasza Biernackiego – debiut ma być odskocznią do jeszcze dynamiczniejszego wzrostu.


A tego ostatniego mogłaby Dino pozazdrościć każda firma nad Wisłą. W skład sieci wchodziło w grudniu ubiegłego roku niemal 630 marketów, z czego 117 zostało otwartych tylko w 2016 roku. – W tym roku nie będzie mniej – dowodzi Piduch. Trudno się dziwić, już we wrześniu 2015 roku nieoficjalnie spekulowano, że sklep Dino może powstać w każdej gminie, przynajmniej w określonych województwach. Gdyby przełożyć to na całą Polskę, dawałoby to 2,5 tysiąca placówek: plan na dobrą dekadę. Chyba, że dzięki pieniądzom inwestorów dociśnie się nieco pedał gazu i załatwi sprawę np. w kilka lat.
– Nasze plany zakładają kontynuację strategii wzrostu przez rozwój organiczny sieci sklepów – prezentował bieżące plany firmy Piduch. – Docelowo dotrzemy do wszystkich województw – dodawał. Połowa nowych sklepów ma powstać w regionach, w których Dino już jest obecne, a pozostałe tam, gdzie sieć jeszcze nie dotarła – w województwach warmińsko-mazurskim, podlaskim, lubelskim i na Podkarpaciu. Zapleczem są trzy centra logistyczne: w Krotoszynie, Jastrowiu i Piotrkowie Trybunalskim. Z zapowiedzi menedżerów firmy wynika, że docelowo każde z nich ma obsługiwać 300-400 marketów. A w ciągu roku, najdalej dwóch, ma powstać jeszcze jedno takie centrum. To ilustruje tempo, w jakim sieć chce rozwijać w najbliższym czasie.

Sieć do szpiku kości polska
– Biorąc pod uwagę takie czynniki, jak niewielka ogólna liczba planowanych IPO w 2017 r., wysokość przychodów Dino oraz fakt, że większość dużych polskich przedsiębiorstw jest już notowanych na GPW, więc głośnych wejść na parkiet jest stosunkowo niewiele, to tak, może to być największe IPO w tym roku – komentował dla Portalu Spożywczego Bartosz Bolecki, analityk firmy PMR.
Wbrew nucie sceptycyzmu („debiut największy, bo ci duzi już na giełdzie są”) i temu, że mieszkańcy dużych miast mogą sklepów tej sieci nie kojarzyć, Dino nie jest graczem, którego można zlekceważyć. Przeciętna powierzchnia tzw. sali sprzedaży w marketach Dino to aż 400 metrów kwadratowych. Sieć jest też właścicielem gruntów i nieruchomości, w których są zlokalizowane sklepy – mowa zatem o sześciuset lokalizacjach już zagospodarowanych oraz „kilkuset”, jakie firma miała zabezpieczyć na poczet ekspansji w najbliższych miesiącach. Mało tego, do Dino Polska należą też Zakłady Mięsne Agro-Rydzyna.

Firma jest dużym graczem na rynku pracy w miejscowościach, w których otwiera sklepy (w sumie w Dino pracuje niemal 11 tysięcy ludzi – niemal cztery razy więcej niż w IKEA, dwa razy więcej niż w sieci Netto, zaledwie cztery tysiące osób mniej niż w Lidlu). Jest też potężnym partnerem dla polskich producentów – jak się szacuje, aż 95 proc. oferty Dino to produkty polskie. Co więcej, firma „robi” na tych towarach obroty rzędu 2,58 mld złotych (w 2015 r.) i zysk rzędu 34,4 mln złotych.

– Czy ta sieć może być najgorętszym tegorocznym debiutem na GPW? – zastanawia się w rozmowie z INN:Poland Tomasz Starzyk z firmy Bisnode. – Mam nadzieję, że tak. To jest sieć, która rośnie wyjątkowo dynamicznie, w styczniu została nawet uhonorowana specjalną nagrodą magazynu „Forbes” dla najdynamiczniej rozwijającej się firmy w Polsce. Na dodatek Polacy mają spore doświadczenie w rozwijaniu sieci handlowych, czego najlepszym przykładem są sieci Biedronka czy Żabka – dorzuca.

Rozwinąć i pod młotek?
Trudno się nie zgodzić, chociaż do 2010 roku, kiedy do firmy wszedł międzynarodowy inwestor (objął mniejszościowy pakiet udziałów), Enterprise Investors, firma nie rozwijała się w takim tempie. Przez pierwszą dekadę – od powstania w 1999 roku do 2010 r. – sieć obejmowała „zaledwie” 97 placówek, choć i to był już świetny wynik. Jak podkreśla Tomasz Starzyk, Dino było jednak potęgą bardzo lokalną: firma działała przede wszystkim w Wielkopolsce, mateczniku założyciela, Tomasz Biernackiego.
Skok nastąpił zatem wraz z wejściem inwestora. – Potwierdzają to twarde dane liczbowe – mówi nam Starzyk. – Według Bisnode jeszcze pod koniec 2010 r. firma zatrudniała 1,7 tys. pracowników. W 2008 r. wykazała 17,6 mln zł przychodów, przy 44 tysiącach złotych zysku – wylicza. I... poszło. – Na przestrzeni ostatnich lat wartość firmy wzrosła o 37 proc., licząc na podstawie danych jednostkowych z lat 2013-2015. Oznacza to, że spółka w ocenie Bisnode jest wiarygodna, w dobrej kondycji finansowej, ma wysoką płynność bieżącą i nie zalega z płatnościami. W historii jej działalności nie odnotowano negatywnych zdarzeń prawnych, jak wnioski o upadłość i likwidację – kwituje.

Szacując na naszą prośbę dane finansowe, Starzyk uznaje, że Dino zajmuje najprawdopodobniej 15. pozycję na polskim rynku marketów – zarówno pod względem wysokości przychodów, jak i liczby sklepów. – W pierwszym, jak i w drugim przypadku liderem na polskim rynku pozostaje Biedronka – ucina ekspert.

Porównanie nieprzypadkowe. Te polskie sieci handlowe, które odniosły największy sukces – jak Żabka, czy właśnie Biedronka – po okresie gwałtownego rozwoju były przez polskich właścicieli rychło odsprzedawane zagranicznym inwestorom. – Filozofią tych przedsiębiorstw jest rozwój, a później odsprzedaż z zyskiem. Z Dino też tak może być, choć czy będzie, tego nie wiemy – ucina Starzyk. Na razie jednak w firmie umocnić się mogą polscy właściciele – z informacji firmy wynika bowiem, że do sprzedaży na giełdzie trafią wyłącznie udziały z portfela Enterprise Investors.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...