Łódzka Da Grasso zrobiła coś, czego Włosi nienawidzą. To dlatego zostawiła daleko w tyle Pizzę Hut i Telepizzę

Prezes Da Grasso, Magdalena Piróg
Prezes Da Grasso, Magdalena Piróg Fot. mat. prasowe
– Nie przypisywałabym sobie, że to my wymyśliliśmy dodawanie sosu czosnkowego do pizzy. Ale na pewno to my zaczęliśmy go stosować jako pierwsi na szeroką skalę i serwować w zestawach. Dzięki temu sos czosnkowy stał się kultowy i hitowy – mówi w rozmowie z INN:Poland Magdalena Piróg, szefująca największej w Polsce sieci pizzerii. A w ojczyźnie pizzy uznanoby ten brawurowy czyn za kulinarne świętokradztwo.

Największa sieć pizzerii w Polsce nie przyszła do nas z zachodu. Powstała w Łodzi 21 lat temu i szybko zostawiła w tyle pod względem liczby pizzerii. takich potentatów jak Telepizza (około 120 pizzerii) czy Pizza Hut (poniżej 60 pizzerii). Dziś Da Grasso to 176 pizzerii w całym kraju.

Sos czosnkowy to nie jedyny eksperyment Da Grasso. Bo w tej sieci narodziły się również pizze owocowe, jako jedyna pozycjonowała część swoich produktów jako wegańskie. Te produkty nie cieszyły się jednak zbyt wielkim powodzeniem, pizz z owocami już nie ma, ostały się jeno wegetariańskie, które bez problemu można zamówić w wersji bez sera, czyli de facto wegańskie.

W zasadzie każda pizzeria czy sieć chwali się tym, że jej ciasto jest świeże, a składniki przepyszne. Dlaczego więc jednym – jak Da Grasso – podbój rynku się udał, a innym nie?



– Nie jest to typowo włoska pizza, tylko dobrze skomponowany produkt trafiający w polskie upodobania. To jest po prostu pomysł na pizzę. Kuchnia polska jest pyszna, pizza też jest pyszna, więc pokochaliśmy coś, co jest zawsze dobre. To jest też pierwszy produkt na polskim rynku, który już w czasach przemian, w latach 90. można było sobie zamówić do domu – tłumaczy Magdalena Piróg.

Sama sieć powstała w Łodzi 21 lat temu. Ciągle się rozwija i to praktycznie wyłącznie w formacie franczyzowym. W rękach sieci znajduje się bowiem cała jedna pizzeria w łódzkiej Manufakturze. Cała reszta – czyli 175 placówek – jest w rękach franczyzobiorców. Da Grasso – spółka – matka jest więc firmą administrującą całą siecią. Na dodatek własna pizzeria w Łodzi nie jest nawet lokalem wzorcowym – jej kuchnia jest za mała, by realizować dostawy.

A właśnie dostawy są dla pizzerii jednym z najważniejszych źródeł zarobku. Jak mówi nam Magdalena Piróg, w Da Grasso stanowią one połowę obrotu. Tajemnica leży w tym, że pizza jako jedno z niewielu dań nadaje się do transportu i nie traci zbyt wiele na jakości.

– Na początku to była może trochę kwestia luksusu, że można było – tak po amerykańsku, jak na filmach – zamówić pizzę do domu. I jak się pojawiły przemiany, to była to u nas zupełna nowość. Natomiast pizza to danie, które bardzo dobrze znosi dowóz. Wiele produktów, dań, podczas dowozu traci na jakości. Tymczasem pizza znosi to bezbłędnie – wyjaśnia Magdalena Piróg.
Skąd wziął się fenomen Da Grasso? Firma na początku nie miała ambicji podboju rynku. – Cel, którzy przyświecał założycielom, to było serwowanie dobrej pizzy. Nikt wtedy nie miał planów rozwoju i budowania sieci franczyzowej. Wyzwaniem dla nich było sprostanie zapotrzebowaniu na pizzę. Wtedy w Łodzi nie było zbyt wiele pizzerii, więc ludzie przychodzili, zamawiali stolik lub pizzę i szli załatwić sprawy na mieście, wracali na umówioną godzinę – mówi nam prezes Da Grasso.

Z grupy przyjaciół, która zakładała pierwszą pizzerię w Łodzi, została jedynie Karolina Rozwandowicz, obecna wiceprezes. Za sukcesem ekonomicznym sieci stoi model franczyzowy.

– Nie mieliśmy kapitału na uruchomienie własnej sieci, wybranie modelu franczyzowego jako metody współpracy gospodarczej pozwoliło na ekspansję i uruchamianie dodatkowych lokali, wzrost rozpoznawalności marki. Oczywiście powodem sukcesu jest też sam produkt, bo po prostu trafiliśmy w smak Polaków – tłumaczy Magdalena Piróg. Ona sama do firmy dołączyła stosunkowo niedawno, w 2007 roku.
Co ciekawe, na przestrzeni ostatnich dwóch lat świadomie wyhamowała ona rozwój sieci. Uznała, że ważniejsze jest poprawienie jakości produktów i odświeżenie wizerunku firmy, niż otwieranie kolejnych lokali. W sumie racja, bo pod tym względem zachodni i krajowi konkurenci pozostają daleko w tyle. Najbardziej znane na świecie sieci pizzerii – jak Telepizza czy działająca od 1992 roku Pizza Hut – mają w Polsce odpowiednio ok. 120 i poniżej 60 restauracji.

Na rynku działa już na tyle długo, że – jak twierdzi Magdalena Piróg – są już franczyzobiorcy, którzy otworzyli po pięć lokali a część restauracji została przejęta przez kolejne pokolenie przedsiębiorców.

– Mamy takich partnerów, których rodziny uruchomiły kolejne lokale, pojawiają się już sukcesje rodzinne – kiedy dzieci są wprowadzane do biznesu albo już przejmują restauracje – mówi.

Co poza pizzą?
– Kilka lat temu zdecydowaliśmy się utrzymywać ofertę dań dodatkowych, ale to pizzę promujemy, pizzę ustawiamy w centrum komunikacji marketingowej. Z dań dodatkowych dużą popularnością cieszą się u nas makarony. Pasty sprzedają się bardzo dobrze, ale oczywiście nie dorównują pizzy, z naszego punktu widzenia są to dania uzupełniające – twierdzi szefowa konceptu.

W zeszłym roku zęby na Da Grasso ostrzył sobie potentat rynku gastronomicznego, Sylwester Cacek. Właściciel m.in. sieci Sphinx chciał włączyć sieć pizzerii do swojego portfolio. Negocjacje okazały się fiaskiem, z nieoficjalnych informacji wiemy, że cena, jaką zaproponował, była na tyle nieatrakcyjna, że właścicielki firmy nie chciały już z nim rozmawiać.

Napisz do autora: konrad.baginski@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...