Nad Wisłą wyrasta raj dla... kelnerów. „Młody człowiek, tuż po szkole, może zarobić 5 tys. na rękę, pracując 15 dni”

Im więcej restauracji, tym większe zapotrzebowanie na profesjonalistów. I tym większe zarobki - twierdzą restauratorzy.
Im więcej restauracji, tym większe zapotrzebowanie na profesjonalistów. I tym większe zarobki - twierdzą restauratorzy. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Restauratorzy i eksperci z branży gastronomicznej prześcigają się w daleko idących opiniach o sytuacji w swojej branży. Ponieważ gastronomia rozkwita, a lokali przybywa, zarobki w branży idą w górę – twierdzą. W przypadku dobrze wykształconych i wykwalifikowanych pracowników praca w gastronomii może być równie dobrze płatna, jak na stanowiskach specjalistycznych w przemyśle czy na rynku IT.

- Płace w porównaniu z innymi sektorami są astronomiczne, jeśli porównamy to z możliwościami adeptów innych dziedzin: budowlanki czy nawet elektroniki – opowiada portalowi Puls HR restaurator Krzysztof Janiszewski. - Mało jest dziedzin, w których młody człowiek, tuż po szkole może zarobić 5 tysięcy złotych na rękę, pracując 15 dni w miesiącu, bo przeważnie jest to wysiłek jednodniowy, rekompensowany dniem wolnym – twierdzi.


- W dużej mierze jest to też zarobek, który nie poedlega opodatkowaniu, bo napiwki w gotówce trudno rozliczyć przez urzędy skarbowe, choć pewnie by tego chciały – dodaje.

Cóż, nie sposób dyskutować z argumentem, że wykształcenie dobrego specjalisty – od kucharza po sommeliera – to proces czasochłonny i kosztowny. Dlatego też zarobki osób, które uzyskały takie kwalifikacje, powinny odpowiadać – przynajmniej w teorii – wysiłkowi i środkom włożonym w proces kształcenia.

Problem jednak w tym, że nad Wisłą o dobre szkoły gastronomiczne trudno. Prywatni inwestorzy nie dostrzegli, jak do tej pory, w polskiej gastronomii takiego potencjału, by opłacało się tworzyć ofertę dla potencjalnych chętnych, a szkoły państwowe na takich kierunkach oszczędzają, na czym tylko mogą. Nauczanie zaś powierzają osobom pospiesznie „przekwalifikowanym” z innych specjalizacji, czasem skrajnie odmiennych od gastronomii. W końcu lepienie pierogów czy zagotowanie makaronu nie jest sztuką, prawda?

Zdobywanie praktycznej wiedzy w restauracjach też nie wchodzi w grę. Szefowie kuchni nie mają w zwyczaju dopuszczać młodych do tajników zawodu – zarówno z powodu ich niewielkich, wyniesionych ze szkoły kwalifikacji, ale też z uwagi na fakt, że młodych adeptów zawodu traktuje się jako personel funkcjonujący przejściowo, a może też jako potencjalną przyszłą konkurencję.

Zdaniem Janiszewskiego, ta luka zostanie jednak zapełniona: wraz z rozwojem rynku usług gastronomicznych, będzie rosło zapotrzebowanie na personel. Wraz z rosnącą grupą pracowników gastronomii i rosnącymi stawkami płac, pojawią się chętni na to, by rozwijać się w pełni profesjonalnie, w oparciu o prywatne szkoły gastronomiczne.

Ta prognoza brzmi jednak bardzo optymistycznie, jeżeli porównamy ją z tym, o czym piszą czytelnicy INN:Poland. - Osobiście posiadam wykształcenie gastronomiczne i wieloletnie doświadczenie przy obsłudze klienta, jak i sprzedaży bezpośredniej – pisze do nas pan Adam. - Z mojej perspektywy wygląda to trochę tak, iż nowo powstałe restauracje wcale nie chcą zatrudniać doświadczonych kelnerów czy kucharzy, tylko takich, których można wszystkiego nauczyć albo nauczyć tego, co potrzebne w danej restauracji, a poza tym łatwiej nimi sterować i wykorzystywać – dowodzi.

Według niego, to się potem mści na pracodawcach. - Poszukuję pracy już od dłuższego czasu i efektów brak, chociaż doświadczenie, wiedzę i sznyt kelnerski posiadam. Myślę, że może za duże i w tym jest problem, bo wielu obecnych – nazwijmy ich: restauratorami – restauratorów posiada lokal gastronomiczny. I na tym ich wiedza się kończy – kwituje.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...