Biedronka pogrąża się jeszcze bardziej. Jej odpowiedź na zarzuty pracowników zdumiewa

Z opowieści pracowników Biedronek, które dostała nasza redakcja, można by napisać cały reportaż. Biedronka starając się wyjść obronną ręką z wizerunkowego kryzysu, pogrążyła się jeszcze bardziej
Z opowieści pracowników Biedronek, które dostała nasza redakcja, można by napisać cały reportaż. Biedronka starając się wyjść obronną ręką z wizerunkowego kryzysu, pogrążyła się jeszcze bardziej Marcin Stępień/Agencja Gazeta
Wśród wszystkich sieci handlowych, które chwaliły się w ostatnim czasie podwyżkami dla pracowników, najaktywniejsza była Biedronka. I to właśnie jej dostało się najbardziej za mydlenie oczu opinii publicznej.

Podwyżki? Dobre sobie. – W rzeczywistości jedyną grupą, która realnie je odczuje, są zastępcy kierowników – tłumaczył w rozmowie z INN:Poland Piotr Adamczak, przewodniczący Solidarności w Biedronce. Związkowiec wyjaśnił, że dodatkowe pieniądze dostaną tylko pracownicy ze 100 proc. frekwencją. Sieć postanowiła na ten zarzut natychmiast odpowiedzieć. I nie chciałbym być złośliwy, ale...


– Od 1 kwietnia br. najniższe wynagrodzenie pracownika rozpoczynającego pracę w Biedronce na pełen etat na stanowisku sprzedawca-kasjer wynosi 2450 złotych brutto. Kwota ta uwzględnia część uwarunkowaną brakiem nieplanowanych nieobecności w danym miesiącu, która w wyniku podwyżki wzrosła do 350 zł brutto – broni się Biedronka.

Powtarza więc w ten sposób dokładnie to, co wcześniej zauważył przewodniczący Solidarności. Najniższe wynagrodzenie obejmuje premię wypłacaną po spełnieniu określonych warunków. A jeżeli jeden dzień w miesiącu wypadnie nam z bliżej nieokreślonej przyczyny? Wtedy najniższe wynagrodzenie stanie się jeszcze niższe? Absurd.
Dalej jest jednak jeszcze ciekawiej.

– Bonus za brak nieplanowanych nieobecności został wprowadzony rok temu w odpowiedzi na rosnący problem nieplanowanych absencji – czytamy w komunikacie.

Biedronka wystrzeliła. Zdawałoby się, że w kierunku swoich niesubordynowanych pracowników. Problem w tym, że tak naprawdę trafiła we własne kolano. „Nieplanowane absencje” nie dziwią bowiem Mateusza, pracownika jednego ze stołecznych Biedronek. Mężczyzna opowiada, że liczba pracowników przypadających na sklep jest maksymalnie wyśrubowana, co oznacza, że urlop na żądanie nawet jednego z nich urasta od razu do rangi ogromnego problemu. Zaczyna się wówczas żonglowanie kadrą między placówkami.

– Podczas jednej z takich wizyt byłem bezustannie besztany przez kierowniczkę. Do systemu nie były bowiem wpisane wszystkie promocje, przez co regularnie trzeba było zatrzymywać obsługę klientów. Przełożona wydzierała się za to na mnie przy ludziach, twierdziła, że ma mnóstwo pracy, a ja tylko zawracam jej głowę. Potem zorientowałem się, że braki kadrowe wynikały z tego, że nowo przyjęci pracownicy nie stawiali się w robocie – opowiada.

Częste wypowiedzenia nie dziwią również pana Marka, który pracuje w jednej z Biedronek w województwie zachodniopomorskim. – Pracownik jest traktowany przez Biedronkę jak największe zło. Ma tylko ciężko pracować i cierpliwie znosić szykany ze strony klientów – narzeka. Zasada „nasz klient- nasz pan” zostaje w ten sposób doprowadzona do absurdu.
– Zdarzyło nam się kiedyś, że klient zbluzgał koleżankę siedzącą na kasie, bo zirytowało go długie oczekiwanie w kolejce. Podszedłem do niego i poprosiłem żeby się uspokoił. Moim przełożonym się to nie spodobało, zostałem wezwany na dywanik – opowiada.

Dla równowagi przytacza również "pozytywną" historię. – Któregoś lata temperatura w sklepie była nie do wytrzymania. Zamontowali nam więc klimatyzację – mówi. Po chwili dodaje, że interwencja z góry nastąpiła dopiero, gdy kierowniczka postraszyła przełożonych Państwową Inspekcją Pracy.

Równie nieprzyjemna historia przytrafiła się pani Marzenie, która w portugalskiej sieci nie pracuje już od kilku lat. Słuchając jej opowieści, ciężko się temu dziwić.

– W trakcie zimy przez problemy z ogrzewaniem temperatura w sklepie spadła na jeden dzień do 6 stopni Celsjusza. Do dyspozycji mieliśmy tylko 2 kamizelki i jedną kurtkę. Siedziałam 8 godzin na kasie. Palce mi zamarzały i miałam problemy z wydawaniem reszty klientom – opowiada.

Pani Marzena dodaje również, że warunki pracy się od tego czasu zbytnio nie zmieniły. – W tym roku spotkałam się z jednym z moich byłych kierowników. Skarżył się, że ma problemy zdrowotne, a jego pracownice są odbierane z pracy przez karetkę. Jedna zasłabła podczas wykładania dostawy. Innej biodra nie wytrzymało i od paru miesięcy leży nieruchomo w łóżku – opowiada.

Z opowieści pracowników Biedronek, które dostała nasza redakcja, można by napisać cały reportaż. Dyskont starając się wyjść obronną ręką z wizerunkowego kryzysu, pogrążył się jeszcze bardziej.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...