Coaching poziom pro. Ten Polak pisze poezję motywacyjną dla... 3-latków. "Zauważyłem, jak często dzieci się poddają"

"Słuchacze są tak zachwyceni, że przesyłają listy, mam ich setki. Wiele razy dostałem taką porcję emocji, że siedziałem z żoną i płakałem po nocach, czytając je"
"Słuchacze są tak zachwyceni, że przesyłają listy, mam ich setki. Wiele razy dostałem taką porcję emocji, że siedziałem z żoną i płakałem po nocach, czytając je" Materiały prasowe
"Dzień dobry. Wszyscy zginiemy" - tak kilka dni temu przywitał się z czytelnikami jeden z popularnych fanpage'y na Facebooku: "Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty". Wpis został przyozdobiony odesłaniem na stronę książki Michała Zawadki, z "poezją motywacyjną dla dzieci w wieku 3+". Nagła sława przyjęła postać lawiny kąśliwych komentarzy. Zawadka nie traci jednak rezonu i z motywowania dzieci nie ma zamiaru rezygnować.

„Dzień dobry. Wszyscy zginiemy” - ten post na fanpage'u "Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty" zilustrowano okładką pańskiej książki „Zarządzanie marzeniami. Poezja motywacyjna dla dzieci wiek 3+”.

Wiem, pewnie dlatego pan dzwoni. Cóż, od dawna nie miałem tak dużego zainteresowania: ponad 2500 odwiedzin na stronie. A że autor posta podpiął link do sklepu, miałem kilkadziesiąt transakcji i kilka telefonów podobnych do pańskiego. Więc bardzo miło.

Czyli mocny impuls rozwojowy pan dostał.

Synergia wręcz. Nie widzę w swojej twórczości żadnej kontrowersji. Tytuł może niektórych bulwersować, ale tylko tych, którym słowo „zarządzanie” kojarzy się z czymś złym. Ja z przyjemnością dzielę się swoim doświadczeniem, obserwacjami i wszystkim, co dzieje się w moim życiu w ostatnich pięciu latach.

To po kolei? Czym się pan zajmował w czasach przed pisaniem wierszy dla dzieci?

Czternaście lat zawodowo spędziłem na scenie teatralnej. Miałem przyjemność zagrać półtora tysiąca spektakli, począwszy od Metra w 1999 roku. Z teatru wzięła moja pasja słowa.

Ale mówca motywacyjny? Rozumiem, że to może mieć coś wspólnego z aktorstwem, ale...
Nie, nie chodzi o teatr i aktorstwo. Kiedy kilka lat temu moja córka miała trzy lata, a drugie dziecko było w drodze, napisałem pierwszą książkę – odpowiedź na pytania mojej małej córki. Dzieci w tym wieku pytają „dlaczego?”, „po co?”. Stąd wzięła się książka „Mądrość z natury”. Nie chciałem opowiadać o siedmiogłowych smokach i rzeczach niestworzonych. Po wizycie w zoo napisałem bajki o zwierzakach, które widzieliśmy: opisując je na bazie wiedzy encyklopedycznej. Tak powstała m.in. bajka o tolerancji czy przeczytana przez Piotra Adamczyka bajka „Dom” – o tym, żeby troszczyć się o to, co nas otacza. Nie tylko o ten mały dom, ale też Polskę, dom w naszych granicach. Były też bajki o umiarze, roztropności, przyjaźni i podstawowych relacjach społecznych.

I...

Do tego zrealizowałem płytę i zrodził się duży produkt, odpowiadający na marzenia małej dziewczynki. To było dla mnie bardzo emocjonalne. Tak mnie to zaabsorbowało, że tuż przed premierą zrezygnowałem z teatru, nie byłem już w stanie godzić jednego i drugiego. Po czternastu latach na deskach stwierdziłem: dobrze, wchodzę na drogę książek.

I...

I kiedy na pierwsze spotkanie autorskie zaprosił mnie Empik Junior na Marszałkowskiej, spotkałem się z dziećmi, które po 15 minutach słuchania „a jak pan napisał bajki”, zaczęły przysłowiowo dłubać w nosie. Pomyślałem: nie, nie pozwolę, żeby tak się nudziły. Powiedziałem im: dobra, pobawimy się w życie. Łącząc moją wyobraźnię teatralną, pasję do słowa – bo i dziennikarstwo miałem przyjemność studiować i polonistykę podyplomowo – poprowadziłem to i kolejne spotkania.

Przez dwa lata pracowałem z najmłodszymi od 4. do 10. roku życia. Tematyka społeczna, savoir vivre, jak nie nadepnąć światu na odcisk, do tego doszły warsztaty dla dzieci, gdzie łącząc pasję słowa z zabawą uczyłem je języka, opowiadania. A sztuka wypowiedzi jest bardzo ważna, widzę to tym bardziej, że mam za sobą rozmowy z setkami nauczycieli: do tej pory odbyłem pół tysiąca spotkań z dziećmi. Zrealizowałem warsztat, podczas którego uczę je dbać o język i ładnie opowiadać, a nie „nazywać” – bo też w czasie rozmów z moim mentorem, Jerzym Bralczykiem, doszliśmy do wniosku, że one nazywają rzeczy, a nie o nich opowiadają.

Spodobało się?

Szło coraz wyżej. Nauczyciele zaczęli pytać: czy może nas pan tego nauczyć? Na jakich metodach pan pracuje? Ja na to: na metodzie wyobraźni, na obserwacjach tysięcy dzieci, odpowiadając na to, co zaobserwowałem. To wtedy powstały te tytuły, które teraz „wywołano do tablicy”. Łącznie w warsztatach uczestniczyło 25 tysięcy młodych ludzi.

Zauważałem, jak często dzieci się poddają, nie potrafią budować relacji, nawet w pierwszych klasach podstawówki. Połączyłem to z tym, co widziałem w domu – bo oprócz tego, że zajmuję się rozwojem osobistym, jestem przede wszystkim empirystą: doświadczam i pasjonuję się rozwojem, podglądając, jak działają moje dzieci.
Tak powstało „Zarządzanie marzeniami...”?

Wszedłem do pokoju syna i zobaczyłem, że ma wokół siebie przysłowiowy milion klocków. Mówię: „Makary, posprzątaj pokój i za 15 minut czytamy bajkę”. Bo każdego wieczora staram się poświęcić czas na czytanie książek, one kształtują wyobraźnię. Makary powiedział: „tata, nie dam rady, bałagan jest za duży”. Tego wieczora napisałem wiersz, który otwiera „Zarządzanie marzeniami” dla młodszych dzieci. Przeczytałem Makaremu tekst o słoniu: prosty, kilka strof – o tym, że mały słoń boi się wejść na górę, bo jest za duża, a na nią uciekł mu balon. I pojawia się wróbel, który mówi: idź krok po kroku, nic więcej. „Oto wróbla rada prosta, żeby złapać swe marzenia: jeśli droga cię przerasta, to wymaga podzielenia”.

Stąd...

...ten rozbuchany atak na moje coachowanie dzieci. A ja to przeczytałem Makaremu i mówię: „zobacz, bałagan jest duży jak góra, słoń zrobił jeden krok, możesz wrzucić jeden klocek do pudełka, potem zrobić drugi krok...”. Zostawiłem go z tym i po 10 minutach Makary siedział z ostatnim klockiem w ręku i powiedział: „tata, wszystkie jeden”. Sprzątnął wszystkie, bo zrozumiał, że bałagan składa się z małych klocków. Zrobiłem coś strasznego? Odebrałem mu dzieciństwo? Nie sądzę. Potem – gdy nie chciał zjeść zupy czy bał się wejść po schodach – wystarczało przypomnieć mu historię słonia.

Doszły kolejne wiersze: o mrówce, proszącej mamę o pomoc w dźwiganiu, a mama – zamiast jej pomagać – opowiada historię o motylu: poczwarka prosiła o pomoc przy wydostaniu się z kokonu, ale usłyszała „mogę ci pomóc, ale jeżeli nie wydostaniesz się sama, twoje skrzydła nie będą na tyle silne, żebyś mogła polecieć”. Chodzi o rodzicielskie wsparcie, a nie coaching od razu. Tak samo miałem ze starszą córką Matyldą: martwiła się, gdy coś jej nie wyszło, więc napisałem dla niej bajkę na kanwie anegdoty o Edisonie, który popełnił wiele błędów, zanim wynalazł żarówkę. Pytany, dlaczego się uważa za naukowca po tylu błędach, odpowiadał: „nie popełniłem błędu, wynalazłem tysiące sposobów na to, jak żarówka nie działała”. Błąd to nic złego, to lekcja.

To nowość?

Skoro na moich warsztatach dzieci mówią, że nie podejmują wyzwań, bo boją się być oceniane, widać – tak. Uruchomiłem zatem taki program, gdzie podglądamy z dziećmi naukowców poprzez pryzmat dokonywania odkryć. Udowadniam, że droga jest trudna, często się pomylicie, nie wyjdzie. Ale warto próbować. Czasem możesz coś odkryć, nie szukając. Z kolei, gdy masz problem, szukaj rozwiązania, jeśli nie tej drogi – to innej. Kiedyś tego uczyło – na szczęście, odradzające się – harcerstwo. Ale i tak nauczyciele zaczęli pytać: a może się pan spotkać z szóstą klasą? A gimnazjum? A że lubię się bawić słowem, jestem też copyrighterem, powstał temat warsztatowy dla starszych: „Chcę być kimś, czyli jak osiągać cele w czasach, gdy wszyscy dokoła mają wywalone”.

I książka.

I zachwyceni słuchacze. Tak zachwyceni, że przesyłają listy, mam ich setki. Wiele razy dostałem taką porcję emocji, że siedziałem z żoną i płakałem po nocach, czytając je. Z tego powstała ta książka, z potrzeby bardziej. Bo to nie jest tak, że sobie coś wymyśliłem „o, mam produkt”. Na co dzień zajmuję się rozwojem osobistym, łącząc teatr i przemawianie, jestem trenerem przemówień publicznych, zawodowym mówcą. Ale przemawiam, żeby ludzi motywować, dawać im energię. Bo taki jestem. Nawet na wizytówce mam napisane: optymista, mówca, autor.

Wracając do „Chcę być kimś”...

Napisałem tę książkę, bo zbyt wielu cudownych młodych ludzi uwierzyło, że jest do niczego i nie ma przyszłości. Teraz ludzie pytają mnie coraz częściej: czy pan jest po psychologii? Nie, szkoły aktorskiej też nie skończyłem, a zagrałem półtora tysiąca spektakli. Ale grałem z mistrzami słowa i sceny: Gajosem, Jandą, Zborowskim. I od nich też się uczyłem. Dotąd obcowałem z 25 tysiącami młodych ludzi i po prostu z nimi rozmawiałem – to poziom takiej komunikacji emocjonalnej.

Wskazuje drogę, ale wielokrotnie – co parę stron – podkreślam: jeśli nie weźmiecie za siebie odpowiedzialności i nie włożycie ciężkiej pracy, nic z tego nie będzie. Nie mówię, że każdy może być himalaistą, który wejdzie na Mount Everest. Nawet dziś opowiadałem o człowieku, który od lat sprząta w moim bloku i jest dla mniej autorytetem w dziedzinie podejścia do życia. Pokazuje, że można być szczęśliwym, będąc sprzątaczem czy piekarzem. Bez porównywania się, tworzenia jakiejś wirtualnej rzeczywistości, w której ocena będzie wyższa niż w realnym życiu.

I...

Dzięki tym doświadczeniom powstała też „Galeria bajek”: 11 bajek o kompetencjach miękkich zilustrowanych przez Rafała Olbińskiego – jednego z najlepszych na świecie plakacistów, z którego Polska wiele razy była dumna. Wysłałem ją przed premierą do Anglii, do profesora Tony'ego Buzana – światowego autorytetu w dziedzinie badań nad mózgiem, nominowanego do Nobla – który zdecydował się otworzyć ją swoją przedmową.

Zrobiłem przez to coś dla zabieganych rodziców. Nie każdy ma wyobraźnię: ja nie wiem, jak programować komputer czy sterować koparką, ktoś może nie wiedzieć, jak wesprzeć dziecko w działaniu. Dlatego po bajkach napisałem kilkadziesiąt scenariuszy zabaw, które tłumaczą jak zamienić przekaz bajek w zabawę. Bajki – choćby o tym, jak mała kropla, nie wierząca w siebie, została wyrzucona przez rzekę, bo wydawała się niepotrzebna w nurcie. Za chwilę jednak rzeka wysycha i rozumie, że składa się z kropel. A mała kropla uczy się, że choć nie widać jej w rzece, to powinna wierzyć w siebie, bo w tej całości ma znaczenie. Rzeką może być podwórko, rodzina, klasa.
Można się też bawić w wybieranie mentora – w to, kogo warto w życiu słuchać. Bo jeżeli pójdziemy za kimś, kto jest szemranym nauczycielem, kolorowym pawiem, który krzyczy dokoła – okaże się, że jest problem. Wiele razy, chcąc być dobrze ocenianymi, dopasowujemy swoje działania do opinii innych. Ktoś mówi dzieciakom: jesteś brzydki, niski, masz brzydkie ciuchy... i dziecko wraca do domu, wierząc w to. Trzeba budować wiarę w siebie, w oparciu o poczucie własnej wartości. A nie da się tego zrobić, jeśli nie będziemy wiedzieć, że jest z nami dobrze tak, jak jest. To wymaga pracy, odpowiedzialności i nie widzę w tym żadnej indoktrynacji.

Brzmi jak misja.

Z misji powstała przy wydawnictwie fundacja, zarejestrowana pół roku temu. Przygotowujemy różne eventy dla domów dziecka, trudnej młodzieży. To jest dopiero problem: przekonać ich, że jutro może być inne. Tam nikt nie da rady ściemniać: oni widzą świat zero-jedynkowo, w podobny sposób jak więźniowie, dla których też miałem przyjemność występować. Dlatego moje książki i działania fundacji nie są wyssane z palca, to żywa relacja warsztatowa z dziećmi. Tak jak byśmy rozmawiali przy trzepaku na podwórku.

Poezja motywacyjna powstaje pod wpływem weny czy jest wykuwana, jak w pracy przy biurku? Jak to wygląda technicznie?

Technicznie to ja się lubię bawić słowem. Jeżeli zaobserwowałem jakiś problem w domu czy na warsztatach, odpowiadałem na to w takiej formie. Gdy się przekonuję, że to działa, idę dalej. Aktor poza tym lubi mówić do wielu ludzi, a jako mówca motywacyjny i trener wystąpień publicznych wciąż do nich mówię. Książki też pozwalają zostać wysłuchanym i dzielić się radami. Dziś niektórzy nazywają mnie nauczycielem, choć studiów pedagogicznych nie mam. Wartością jest, gdy widzę, kiedy słuchacze nie tylko odsłuchają, co mam do powiedzenia, ale też to przyjmą. A gdy przyjmą, to będą mogli sobie wyobrazić, a jak sobie wyobrażą – to poczują. I jak poczują, to zaczną działać. Jeśli tego nie zrobią, to po prostu przeczytają tekst, zapomną i wrócą do starych nawyków. I nic z tego nie będzie. A ja chcę być efektywny.

Stąd pomysł na te tytuły?

Dzieci żyją bardzo intensywnie i łatwo zapominają, nawet o rzeczach ważnych dla siebie, widzę to po własnych dzieciach. Do swoich wierszy dostawiam więc puste strony, z podpisem „narysuj swoje małe marzenia”, albo „narysuj swoje duże marzenia”, to pozwala im o nich pamiętać; dlatego dostawiam tabele dostosowaną do psychoruchowego rozwoju dziecka, konsultowaną z psychologiem dziecięcym. Dostosowałem też aforyzmy na zakładkach, bo dzieci uwielbiają takie gadżety. To wszystko oparte jest o uśmiech, bo kiedy się uśmiechasz, nawet najtrudniejsze rzeczy stają się łatwiejsze.

Z tego wszystkiego wziął się tytuł. Wiem, że na słowo „zarządzanie” niektórzy dostają dziś gęsiej skórki, ale czymże innym jest efektywne planowanie? Zachęcam, żeby na kartach marzeń malować rzeczy niematerialne – dzień z rodzicem, wspólna zabawa, gra w planszówkę? Chodzi o to, żeby budować relacje. I po prostu „zarządzanie marzeniami, poezja motywacyjna”, to i marketingowo fajnie brzmi. Wiele osób się do tego uśmiechnęło. Kilka dodruków już zrobiłem.

Czyli ile pan sprzedał do tej pory książek?

Wszystkich tytułów, we wszystkich edycjach – około 150 tysięcy egzemplarzy. Niektóre zostały przetłumaczone na język angielski, szykuje się przekład na chiński i wietnamski. Książki – wiadomo – kupuje rodzic, więc tytuł ma też i do niego trafić.

„Zarządzanie marzeniami” w wersji dla młodszych i starszych trafiło do?...

Kilkunastu tysięcy kupujących, to książki, które są na rynku już od dwóch lat. Z części interaktywnej zrobiliśmy potem taki zeszyt ćwiczeń. Tak się kształtowało wydawnictwo: od warsztatów z dziećmi, przez spotkania z nauczycielami „Pasjo nie gaśnij” i odbudowywaniu siebie po kilkunastu latach pracy w zawodzie nauczyciela, po pracę nad rolą kompetencji miękkich w edukacji. Mnóstwo tego jest, zachodzą wciąż zmiany, ale jeżeli w coś wchodzę – to realizuję to jak najlepiej, kształcę się w tym kierunku. Jeżdżę, pytam, rozmawiam.

To jeszcze z perspektywy poezji. Czego brakuje wierszom dla dzieci Tuwima czy Brzechwy?

Nie powiedziałem, że czegoś im brakuje, albo trzeba coś do nich dopisywać. Tuwima, Brzechwę, La Fontaine'a czy braci Grimm mam w domu i moje dzieci je znają. Czytamy teraz Grzegorza Kasdepke czy przyrodniczo Martynę Wojciechowską, a także wznowienia serii „Poczytaj mi mamo”, czy klasycznie – Calineczkę.

W dzisiejszym świecie rodzice wpadają w pętlę, w relacji pojawiają się „zajęcia na macie”: mata i grajta. Często brak czasu na rozmowę o bajkach, o życiu, a skoro nie rozmawiamy o bajkach, to nie umiemy rozmawiać o emocjach. Stare bajki jak Kopciuszek są po prostu dobre, ale dlaczego nie pisać nowych? Ja chciałem być pisarzem, a zostałem poetą, a potem autorem poradnikowych książek pisanych z doświadczenia. Dopiero teraz planuję – i nie mogę się już doczekać – napisanie dwunastu ksiąg baśni o relacjach społecznych dla dzieci.
Każdy z bohaterów będzie uczył swoją historią jakiejś innej zależności społecznej. krasnal Buduś-Majstruś nauczy, że w budowaniu najważniejsze jest odbudowywanie – jeśli pokłócisz się z kolegą odbudowanie tej relacji może być cenniejszą rzeczą niż poszukiwanie nowej. Ostruś-Pazurek cieszy się, robiąc wszystkim psikusy, ale nauczy, że sytuacja dobra dla obydwu stron to taka, w której nie tylko ty się śmiejesz. Niezapominajka mieszka w domku bez adresu, bo boi się, że zapomni, gdzie mieszka. Ale też uczy całą krainę wybaczać. A kropla Rosy nauczy wyrażać swoje emocje. To seria na kolejne minimum dwa czy trzy lata.

Będzie czym, hm, zarządzać.

Takim językiem wyobraźni docieram do moich odbiorców i mam zamiar to kontynuować, niezależnie od wszystkiego. Co by kto nie mówił, ile niejako złego tym wyrządzam, tytułując książkę „zarządzanie marzeniami”. Niech taki pójdzie do młodego człowieka z rozbitego domu, który ciął się już kilka razy, nie widział nic innego w życiu. A który po spotkaniu ze mną przychodzi i mówi: „mogę się przytulić?”. I zaczyna wierzyć, że sam cokolwiek znaczy. To dla mnie najcenniejsze, co wydarzyło się po tych książkach i tej wartości żaden hejter mi nie odbierze.

Od razu hejter...

Ostatnio to się coraz częściej dzieje. Nie rozmawialibyśmy pewnie, gdyby nie to. Zasięg zatem rośnie. Są też powody, o których trzeba rozmawiać: pracując na rynku rozwoju osobistego sam widzę wielu szarlatanów. Zgadzam się, że należy zadbać o to, żeby ci, którzy przyprawiają gębę branży rozwoju osobistego, przysłowiowo wyginęli jak mamuty, żeby zniknęli z rynku, a ludzie, którzy szukają drogi w rozwoju osobistym, wiedzieli, kogo unikać. To pewnie za ich pośrednictwem ludzie nie analizują tego, co czytają, tylko udostępniają w bardzo wulgarny sposób, np. nie zaglądając nawet do środka książki.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...