Próbowałem porysować, zepsuć, zawiesić. Ja poległem, telefon – nie. Xiaomi Redmi 4A kosztuje grosze, a daje czadu

Xiaomi Redmi 4A
Xiaomi Redmi 4A Fot. Stefan Ronisz
Wiele osób sądzi, że chiński smartfon powinien być zbijany gwoździami, wyglądać jak seicento po dachowaniu i mieć menu pełne niezrozumiałych znaczków. Dlatego, gdy do ich dłoni trafi Redmi 4A, nie wierzą, że trzymają telefon zaprojektowany i wykonany w Państwie Środka. A gdy słyszą cenę, z niesmakiem patrzą na swoje trzykrotnie droższe smartfony.

Sam pamiętam pierwszy chiński smartfon, jaki miałem w rękach. To było chyba w 2011 roku. Był wielki, ciężki, jakość wykonania była taka, jakby ktoś obrabiał go siekierą. Zrobienie zdjęcia trwało minutę, wysłanie maila kwadrans, GPS określał położenie z dokładnością co do dzielnicy, a baterii wystarczało mi mniej więcej do godziny 16.



Po wzięciu w rękę Xiaomi (czyta się to „śaomi”) przeżyłem lekki szok. Na co dzień używam nieco już przestarzałej Xperii M4A, głównie dlatego, że jest jednym z niewielu budżetowych telefonów odpornych na wodę. Do tej pory byłem z niej całkiem zadowolony, teraz mam ochotę wyrzucić ją przez okno.

Jeśli chodzi o smartfony, jestem laikiem. Nie obchodzą mnie procesory, taktowanie i techniczne bajeczki. Telefon ma być szybki, wydajny, łatwy w obsłudze, mieć dużo pamięci i robić dobre zdjęcia. Na dodatek ma nie kosztować majątku. Wydawanie 2 czy 3 tysięcy na telefon uważam za lekką przesadę. To moje narzędzie pracy, a nie fundament, o który opiera się moje ego.
Wygląd Xiaomi nie powala. Ale powiedzmy sobie uczciwie, większość smartfonów wygląda dziś co najmniej podobnie. Ten nie jest brzydszy od przeciętnych Samsungów czy LG. Może i przegrywa z iPhone’ami czy nową Xperią, ale one są kilka razy droższe.

Telefon, który dostałem do rąk, nie jest akurat zbyt ładny, chyba dlatego, że ma biały front i różowy tył. Chciałbym móc powiedzieć, że jest to kolor łososiowy, ale nawet moja dziewczyna orzekła krytycznie, że to po prostu „pudrowy róż”. Co ciekawe, w oficjalnej wersji ten kolor jest określany jako różowy złoty, do wyboru jest jeszcze złoty. W sieci krążą zdjęcia telefonów z czarną obudową, ale u nas ponoć nie są dostępne. Szkoda, bo moim zdaniem to jedyny sensowny wybór.

Telefon w dłoni leży dobrze, nie ślizga się za bardzo, przyciski są umieszczone rozsądnie. Na dodatek są tylko dwa. Jeden robi głośniej / ciszej i jest większy, drugi służy do włączania. Nie sposób ich pomylić nawet, jak się ma głowę pod poduszką. Za to bardzo mi brakowało dedykowanego przycisku do robienia zdjęć. Bardzo się do niego przyzwyczaiłem i uważam jego obecność za coś normalnego.

Obudowa jest z plastiku i przez dwa tygodnie nie udało mi się jej zarysować. Telefon podróżował na ogół głęboko w kieszeni albo torbie. Jest różowy, więc nie wyciągałem go za często. Obijał się o ładowarkę, monety, nawet klucze. Nic mu nie zaszkodziło. Niby plastik, ale całkiem niezły. Na dłuższą metę kupiłbym jednak jakąś gumową okładkę.

Nie podoba mi się patent z tacką na karty. Do telefonu jest dołączony wihajster, który trzeba wcisnąć w dziurkę w obudowie, żeby wyskoczyła tacka. Oczywiście od razu zgubiłem to ustrojstwo. Do tacki można załadować kartę SIM w wersji micro i kartę micro SD. Mam kartę nano SIM, która chyba jest już standardem. Można ją wsadzić, ale wtedy nie dodasz karty micro SD. Ale możesz umieścić kartę micro SIM i nano SIM. W takim przypadku nie masz dwóch telefonów w jednym – jedna karta ma służyć od rozmowy, drugą można na przykład ciągnąć internet. Kompletnie tego nie rozumiem.
Niemożność wsadzenia karty nano SIM i micro SD jednocześnie może być rozpatrywana jako pewna niedogodność, a nie wielka wada. W końcu większość ludzi wkłada je do telefonu raz czy dwa na parę lat.

Dobra, już wiemy, co mi w tym telefonie nie pasuje. A za co go polubiłem? Ma 2 giga ramu i 16 giga wbudowanej pamięci. Czyli pewien rozsądny standard. Podczas normalnego używania nic się nie wiesza, nie przycina, ekran jest odpowiednio czuły i używa się go przyjemnie. To po prostu kawał dobrego telefonu. Interfejs jest dobrze przetłumaczony, nigdzie nie natknąłem się na chińskie znaczki czy niezrozumiałe błędy.
Czymś absolutnie genialnym jest funkcja pilota to telewizora czy innego urządzenia sterowanego podczerwienią. Wyobraź sobie, że siedzisz na kanapie, pilot leży na stole i nie chce ci się ruszać tyłka. Bierzesz telefon w garść i przerzucasz kanały za jego pomocą. To jest po prostu boskie. Sprawdziłem na telewizorach wszystkich znajomych, działa na każdej marce. Na dodatek przy pomocy telefonu można sterować innymi urządzeniami – nie potrzebujesz pilota do klimatyzacji, wieży, projektora, kablówki. Wszystko załatwisz przy pomocy jednego chińskiego telefonu. Zakochałem się w tej funkcji.

Rewelacyjna jest druga tożsamość. W systemie możesz sobie ustawić drugi profil dla innej osoby. Czyli możesz przełączyć telefon w tryb dla dziecka, znajomego, dla małżonka czy małżonki albo dla swojego alter ego. Może więc korzystać ze swojego Facebooka, Twittera czy Insta bez mozolnego przepisywania haseł.

Zaimponował mi preinstalowany program do czyszczenia pamięci telefonu. Przypadłością systemu Android jest to, że zawala pamięć telefonu różnymi śmieciami. Redmi 4A ma od razu zainstalowaną bardzo prostą i skuteczną aplikację do czyszczenia tego całego androidowego badziewia. Przepraszam za słownictwo, ale wkurza mnie to, że po kilku dniach w telefonie znajduje się kilkaset megabajtów śmieci. Celują w tym apki Google'a. Nie wiem skąd biorą te gargantuiczne ilości danych.

Podoba mi się tryb czytania, który ogranicza emisję niebieskiego światła, a więc mniej męczy oczy podczas czytania na przykład w nocy. Przydatny trik. Fajna jest wielokolorowa dioda umieszczona nietypowo pod ekranem. Jak bateria się rozładowuje, to świeci na czerwono, jak się ładuje – na zielono, powiadomienia migają na niebiesko. Mała rzecz, a cieszy.

Dochodzimy do zdjęć. Do tej pory uważałem, że moja stara Xperia (13 megapikseli i jakiś specjalny przetwornik) robi niezłe fotki. I tak jest. Na pierwszy rzut oka Xiaomi robi podobne i trudno się doszukiwać jakichś wielkich różnic w ich jakości, też ma 13 MP. Ale robi te zdjęcia dużo szybciej. A to ma cholernie duże znaczenie. Dodajmy do tego tryb HDR i możliwość strzelenia serii 10 fotek, a dostaniemy przyzwoity sprzęt. Do artystycznej fotografii się nie nadaje, ale nie po to został stworzony.

Jeśli nie jesteś zawodowym politykiem albo dziennikarzem, to bateria wytrzyma spokojnie dwa dni normalnego użytkowania. Ma ponoć 3,1 mAh. Pewnym mankamentem jest to, że w komplecie z telefonem nie dostajemy słuchawek, choć jakość muzyki jest przyzwoita. Moim zdaniem powinien być to standard, choć w tym przypadku ich brak można tłumaczyć niską ceną urządzenia.
I w ten sposób dochodzimy do kwestii kluczowej. Ten telefon kosztuje... poniżej 600 złotych (!), czyli zgrubnie licząc dwa razy mniej niż podobne smartfony lepszych marek. I wcale nie oferuje mniej. Nie udaje lepszego niż jest. Do paru rzeczy można się przyczepić, ale to tak, jakby wypominać Cindy Crawford, że ma pieprzyk na buzi. A jak sobie pomyślę, że moja Xperia kosztowała dużo więcej, to czuję się lekko wykorzystany. Bo okazuje się, że można zrobić dobry i tani telefon. A jak ktoś chce go ściągać z Chin, to zapłaci połowę tej kwoty.

Do wyboru są jeszcze dwie inne wersje Xiaomi Redmi – 4 i 4 Prime, z czytnikiem linii papilarnych, lepszą baterią i odpowiednio 32 i 64 gigabajtami pamięci. I dostępne w kolorze szarym.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...