Twórca Budki Suflera będzie odcinał kupony od sławy. Dosłownie zaleje Polskę alkoholem

Romuald Lipko
Romuald Lipko Jakub Orzechowski/Agencja Gazeta
Przez kilkadziesiąt lat był motorem Budki Suflera, płyta „Nic nie boli tak, jak życie” sprzedała się w astronomicznym, milionowym nakładzie. „Jolka, Jolka pamiętasz” to jeden z hymnów lat 80., ale „Dmuchawce latawce wiatr” Urszuli, „Nic nie może wiecznie trwać” Anny Jantar czy „Jeszcze kochasz mnie” Ireny Santor to piosenki Romualda Lipko. Dziś 67-letni multiinstrumentalista i kompozytor debiutuje na innej scenie: biznesowej. Zaczął produkować luksusowe wódki i chciałby nimi zalać, nomen omen, rynek. Na pierwszy ogień pójdzie brand „Jolka, Jolka pamiętasz”. Lipko opowiada INN:Poland, dlaczego Polacy mieliby po tę wódkę sięgnąć.

Późno pan debiutuje, na dodatek w mocno konkurencyjnej branży.


Kocham Jolkę i chcę jej życie przedłużyć [śmiech]. Może w jakimś jednak sensie zamieniam karierę muzyczną na biznesową. Na całym świecie są jednak biznesy budowane w oparciu o skojarzenie ze znanymi nazwiskami. W branży alkoholowej wódkę Sobieski firmował swoją twarzą Bruce Willis. Jest wiele innych przykładów, kiedy artyści mają swój udział w podpieraniu czy umacnianiu jakiegoś legendarnego brandu. Podręcznikowym jest Whisky Jack Daniels, która miała mnóstwo takich „podpórek” w świecie artystów, zwłaszcza amerykańskich muzyków. W efekcie wszystkim się wydaje, że jak się napiją Danielsa to cudownie zaśpiewają i zagrają. Niestety, to tak nie działa, ale jest to – uważam – świetny pomysł na biznes.

Hm, zapytam zatem wprost: czemu nie zostać przy muzyce? Nic nie może wiecznie trwać?

Kiedyś artysta utrzymywał się ze sprzedaży płyt, teraz taka sprzedaż drastycznie maleje. Na dodatek Polska jest stosunkowo niewielkim z punktu widzenia artysty krajem – może tych, którzy nagrywają i sprzedają płyty anglojęzyczne ten spadek sprzedaży płyt tak nie dotknął. Dziś są to jednak śladowe ilości, które budzą głęboki niepokój starszego pana o przyszłość artystów. Bo z samych koncertów w Polsce nie idzie wyżyć. Zatem, jeżeli los pozwoli jeszcze trochę pożyć, to chciałbym mieć jakieś biznesowe zabezpieczenie.
Zabezpieczenie, albo ból głowy. Właduje pan w Muzyczne Alkohole milion złotych. Tyle pan zarobił na piosenkach?

A skądże! Musiałem posiłkować się kredytem, z niewielkiego spółdzielczego banku zresztą. Ale akurat ten bank rozumie moje potrzeby i jest bardzo miły, bardzo mi pomogli. Oczywiście, włożyłem w to również swoje oszczędności, pewnie jedną trzecią tej sumy. Całości jednak nie dałbym rady pociągnąć z własnych pieniędzy.

W sile wieku skacze pan na głęboką wodę, powiedziałbym. Ryzykowny krok.

Zawsze żyłem według zasady „do odważnych świat należy”. Może też z racji wieku, bo mam już bliżej niż dalej. Ale mam też małżonkę, syna, dla których warto to ryzyko podjąć. I wierzę w popularność muzyki, którą tworzyłem, piosenek, które pisałem. Ludzie tworzą różne biznesplany, ja stawiam na miłość do naszej muzyki.

Idealna byłaby tematyczna trasa Budki Suflera towarzysząca wydarzeniu.

Budka Suflera definitywnie przestała istnieć w 2014 roku. Cugowski dziś koncertuje z synami, ma plany artystyczne i je realizuje. Tomek Zeliszewski też miał fajny projekt. Ja mam z kolei Romuald Lipko Band – zespół, który odtwarza moje największe przeboje. Prezentujemy je w gronie żyjących artystów, którzy je śpiewali, jak Felek Andrzejczak czy Izabela Trojanowska, a młodzież odtwarza piosenki tych wykonawców, którzy już niestety odeszli – jak Anna Jantar.

Muzyka to moja miłość. Teraz chcielibyśmy przełożyć to jeszcze na biznes. I żeby było jasne: nikogo nie namawiam do picia wódki. Ale wydaje mi się, że jeżeli ktoś już sięga po kieliszek, chciałby się w cywilizowany sposób napić – z nutką nostalgii, wzruszenia, wrócenia pamięcią do czasów młodości – to jak sobie kupi „Jolka, Jolka pamiętasz” czy „Za ostatni grosz”, będzie mógł powspominać, coś sobie zaśpiewać...

Nostalgicznie.
Tak, ale moje pokolenie znajduje w „Jolce...” wspomnienie czasów emigracyjnych, wyjazdów Polaków. To kultowa piosenka Polonii, ludzi, którzy wyjeżdżali w latach 80. To pierwszy brand, który w tak silny sposób bazuje na nostalgicznym wspomnieniu i takim przeżyciom powinien towarzyszyć. Aż się prosi, podnieść kieliszek „za nasze życie”, „za nią”, „za to, za tamto”. I piosenkę puścić.

No ja tu widzę też ograniczenie. Zagranicznemu smakoszowi „Jolka” nic nie mówi, a zagranica przecież chętnie kupuje polskie wódki.

Tę wódkę robi fabryka Polanin ze Środy Wielkopolskiej, przy jego powstawaniu współpracuje jej udziałowiec, Tomasz Łuczak. Tam są lane fantastyczne trunki i wbrew temu, co pan mówi, mamy zakusy eksportowe. Jasne, przede wszystkim chodzi o miejsca, w których żyją dziś Polacy – Nowy Jork, Chicago, Anglia. Ale to efekt ciężkiej i solidnej roboty wielu doświadczonych ludzi, koneserom się spodoba.

Mało tego, my nawet zalecamy, żeby pić ją nieschłodzoną: ona ma takie walory smakowe, że można – i trzeba – pić ją w temperaturze pokojowej. Przyjęło się mówić „schłodzona wódeczka”. A każda schłodzona wódeczka smakuje tak samo, dopiero rano boli albo nie.

No dobrze, ale jednocześnie wąsko pan celuje: w te roczniki, których młodość wypadła gdzieś w latach 80. czy 90. I jeszcze chce pan im sprzedawać 100 tysięcy butelek...

Muszę zakładać taką liczbę, jaka obsłużyłaby mi zaciągnięte zobowiązania finansowe. Stąd 100 tysięcy butelek rocznie. Wierzę, że to się da zrobić. Oczywiście, patrząc z boku, czytając „Jolka”, można odnieść wrażenie, że może to jakaś domowa, chałupnicza robota. Ale to tylko pozory. To profesjonalny produkt, mam już sprzedaż – i choć nie jest to szalony poziom zainteresowania, to sądzę, że wystarczy odczekać aż klienci poznają i przywiążą się do tego produktu. Sentyment połączy się z oceną jakości.
Chciałbym podzielać tę wiarę, choćby z sentymentu.

Ale czemużby nie? Przecież za dziesięć raptem dni startuje kolejny – najwyższej jakości 40-procentowa wiśniówka, kolejny produkt z serii „Jolka, Jolka pamiętasz”. Ten produkt odniósł już międzynarodowy sukces, zanim jeszcze określono go jakimkolwiek brandem. Jako no name został nagrodzony przez koneserów podczas niedawnej branżowej imprezy w Los Angeles. Zdecydowaliśmy, że ta wiśniówka też będzie „Jolka, Jolka...”

Zaczynam się trochę gubić: myślałem, że „Jolka” to wódka czysta, a pozostałe propozycje – wiśniówka, cytrynówka, grejpfrutówka – to zapowiadane serie „Bal wszystkich świętych”, „Za ostatni grosz” czy „Wódka Suflera”.

„Jolka, Jolka pamiętasz” to czysta polska wódka. Słowo „czysta” jest zresztą bardzo pojemne, ja to rozumiem też tak: to polski kapitał, podatki płacone w Polsce, polski wytwórca, polska fabryka, polski konsument. Na etykiecie wiśniówki piszemy: „Jolka, Jolka polska wiśniówka”.

Co do pozostałych brandów, jeszcze się zastanawiamy. Chcielibyśmy stworzyć gamę różnego rodzaju wódek – i w obszarze każdego brandu można tworzyć smakowe odcienie, choć podstawą każdego brandu byłaby jakaś czysta wódka. Może kolejne będą bardziej wyrafinowane, o łagodniejszym posmaku, a jednocześnie znakomite. To olbrzymie pole do popisu dla specjalistów tworzących receptury.

To kiedy mamy się spodziewać kolejnych produktów?

Myślę, że do wakacji na rynku pojawi się jeszcze jeden nowy brand - „Za ostatni grosz” - i pewnie jakieś jego odmiany smakowe. A w wakacje jakaś letnia wersja, np. „Luz, blues, w niebie same dziury”.

Podkreślamy, że redakcja INN:Poland nie zachęca do spożywania alkoholu.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...