Nikt nie doceni twojej harówki. Największe sukcesy w pracy odnoszą lenie

Wbrew pozorom największe sukcesy na polu zawodowym odnoszą często nie te osoby, które spędzają w pracy całe dnie, a ci, którzy wiedzą, w którym momencie zrobić sobie przerwę
Wbrew pozorom największe sukcesy na polu zawodowym odnoszą często nie te osoby, które spędzają w pracy całe dnie, a ci, którzy wiedzą, w którym momencie zrobić sobie przerwę 123rf.com/theartofphoto/zdjęcie seryjne
Lenistwo jest ukrywanym ojcem postępu – miał twierdzić polsko-czeski dziennikarz Gabriel Laub. Jako przedstawiciel kreatywnego zawodu zapewne wiedział, co mówi. Wbrew pozorom największe sukcesy na polu zawodowym odnoszą często nie te osoby, które spędzają w pracy całe dnie, a ci, którzy wiedzą, w którym momencie zrobić sobie przerwę.

– „Zajętość” stała się dziś miarą sukcesu. Są środowiska, w których ludzie na każdym kroku starają się pokazać, jak dużo i jak ciężko pracują. Przed laty ukazywały się artykuły, których autorzy radzili, by cały czas chodzić z teczką, bo to podkreśla, jak bardzo jesteśmy zapracowani. Ale dla mnie, to raczej coś, czego możemy sobie współczuć – zauważa w rozmowie z INN:Poland Kasia Skoczek z Fundacji SLOWLAJF.

Bezczynne siedzenie bywa jednak dla współczesnego człowieka wychowanego w kulcie pracy trudniejsze niż sama praca. O problemie współczesnych Polaków z zaniechaniem codziennej hiperaktywności opowiadał na łamach INN:Poland Zenon Banasik, który zamyka ludzi w kabinach sensorycznych, odcinając ich na godzinę od wszelkich bodźców. – Nie wszyscy to wytrzymują. Przyszła do nas kiedyś młoda osoba, która po chwili ciszy zaczęła się nerwowo wiercić i szukać jakiś przycisków, którymi mogłaby się pobawić. Wyciszenie to jednak wyższa szkoła jazdy – opowiadał.
Szersze badania na ten temat przeprowadzili naukowcy z Uniwersytetu Harvarda. Wnioski okazały się lekko szokujące. Uczestnicy eksperymentu, których zadaniem było siedzenie na krześle w pustym pokoju, nie byli w stanie wytrzymać nawet 15 minut. Od całkowitej bezproduktywności woleli nawet elektrowstrząsy. Na taki wariant decydowało się aż 2/3 badanych mężczyzn i 1/4 kobiet.

A przecież można inaczej. Najlepszym przykładem, który wszystkie „leniuchy” mogłyby wziąć sobie na sztandar jest Karol Darwin. Twórca teorii ewolucji miał zaczynać swój przeciętny dzień od spaceru i śniadania. Następnie zamykał się w swoim biurze. Nie spędzał tam jednak zbyt wiele czasu. Już po półtorej godziny brał się za odpowiadanie na poranną pocztę. Kolejne „okienko” przeznaczane na pracę to godziny 10-12. I znów przerwa, po południu Darwin udawał się bowiem na kolejny spacer. Po powrocie, zjedzeniu lunchu i odpisaniu na następne listy, Brytyjczyk znów zabierał się do pracy, którą kończył około 17.30. W tym rygorze napisał 19 książek, z czego jedna z nich („O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego”) na zawsze odmieniła oblicze nauki.

– Żyjemy w innych czasach niż Newton czy Darwin. Dociera do nas dużo większa liczba bodźców. Mamy stały dostęp do internetu, który bombarduje nas informacjami przez całą dobę. To powoduje, że umysł ma jeszcze więcej możliwych powiązań do wytworzenia. To paradoksalne, że świat, który wspiera w ten sposób naszą kreatywność, jednocześnie tak mocno nas obciąża – zauważa Kasia Skoczek.

Próby skrojenia naszego czasu pracy pod standardy, nazwijmy to „darwinowskie”, są podejmowane dość regularnie. Swego czasu cały świat z zapartym tchem śledził rezultaty eksperymentu, jaki Szwedzi postanowili przeprowadzić w Goeteborgu. W miejscowy domu starców pielęgniarki przez dwa lata pracowały w wymiarze zaledwie 6 godzin tygodniowo.
Efekty? Dla wszystkich zwolenników skrócenia czasu pracy okazały się słodko-gorzkie. Z jednej strony organizatorzy przyznali, że poprawiła się produktywność i stan zdrowia pracownic, które rzadziej przechodziły na zwolnienia chorobowe. Z drugiej jednak – zakład musiał zwiększyć liczbę personelu, co kosztowało go 13 mln dolarów. – To jest zbyt drogie, żeby wprowadzić ogólne skrócenie czasu pracy w rozsądnym terminie – zauważył jeden z lokalnych polityków.

Wygląda więc na to, że mimo niezaprzeczalnych zalet na takie „systemowe” leniuchowanie większości z nas po prostu nie stać. Co nie znaczy oczywiście, że nie możemy radzić sobie na własną rękę.

– Leniuchowanie to wspaniała rzecz, której możemy sobie tylko życzyć. Nie mówimy oczywiście o siedzeniu z nudów przed telewizorem. Chodzi o szczęście „nicnierobienia”, które pozwala autentycznie zregenerować organizm – puentuje Skoczek. I pobudzić głowę do bardziej kreatywnego myślenia – dodajmy. W końcu najlepsze najlepsze rozwiązania wpadają nam do głowy, gdy...przestajemy myśleć o problemach.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...