Chirurdzy ustawiają się w kolejce po jego wątroby. Student z Krakowa po cichu rewolucjonizuje polską medycynę

Jan Witowski, twórca plastikowo-silikonowego modelu wątroby.
Jan Witowski, twórca plastikowo-silikonowego modelu wątroby. Fot. Archiwum Jana Witowskiego
Jan Witowski nie jest po prostu studentem, jak piszą skrótowo media. Owszem, kończy powoli IV rok medycyny na Wydziale Lekarskim Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, rychło będzie wybierać przyszłą specjalizację. Ale jest też synem znanego chemika-dydaktyka, stypendystą premiera i ministra edukacji narodowej. Ba, na początku tego roku wystąpił na szacownym uniwersytecie Stanforda jako... prelegent. A stworzony przez niego na drukarce trójwymiarowej model wątroby to dopiero początek rewolucji w krakowskiej chirurgii.

Chemii w rodzinnym domu Jana Witowskiego zapewne nie brakuje. Jego ojciec, Dariusz, jest autorem Banku Zadań Maturalnych z chemii, przygotowywał licealistów do olimpiad, a maturzystów – do studiów medycznych. – Ale pomysł na drukowanie modeli wątroby narodził się bardziej z moich wcześniejszych zainteresowań: programowania, nowych technologii. Gdy poszedłem na medycynę, bo to jednak najważniejsza z moich pasji, informatyka pozostawała moim hobby – mówi nam Jan Witowski.
– Chciałem to jakoś połączyć – dodaje. – Półtora roku temu usłyszałem o problemie, z którym borykali się specjaliści z naszej II Katedry Chirurgii Ogólnej w Krakowie. Jak opowiedział mi mój opiekun naukowy dr hab. n. med. Michał Pędziwiatr, tamtejsi chirurdzy słyszeli, że w medycynie stosuje się druk trójwymiarowy, ale nie wiedzieli dokładnie, co i jak. A chcieli wykorzystać to rozwiązanie w chirurgii wątroby, co w ogóle nie jest popularnym zastosowaniem tej technologii. Podjąłem wyzwanie – kwituje.


Podstawową barierą w modelowaniu wątroby były dotychczas pieniądze. Funkcjonujące modele tego organu powstawały na bazie drogich żywic i potrafiły kosztować po kilkanaście tysięcy złotych. Biorąc pod uwagę, że dla każdego pacjenta trzeba byłoby wykonywać indywidualny „odlew” – poprzeczka jest pod względem finansowym zawieszona zbyt wysoko, jak na możliwości polskich szpitali.

Model zrobiony w końcu przez Witowskiego opiera się na plastikowych elementach, które zostały „zalane” silikonem umodelowanym w kształcie konkretnego organu danej osoby. „Zdjęcie miary” następuje w trakcie badania tomograficznego – które i tak trzeba wykonać prze operację, więc nie ponosi się z tego tytułu dodatkowych kosztów. Z kolei plastikowo-silikonowy odlew kosztuje „zaledwie” kilkaset złotych, w granicach pół tysiąca. Różnica w cenie jest więc trzydziestokrotna.
– Bazując na danych z tomografu, drukuję model i dostarczam chirurgom z Katedry – mówi nam Witowski-junior. – Oni natomiast wykorzystują go do planowania operacji, gdyż operacje wątroby to zabiegi trudne, trwające wiele godzin. Trzeba się do nich specjalnie przygotowywać, zwłaszcza, że chodzi głównie o pacjentów ze szczególnie skomplikowaną anatomią. Model pozwala przygotować się do operacji, nawigować w jej trakcie, a wreszcie może być wykorzystywany do edukacji pacjentów czy studentów medycyny – dorzuca.

Pierwszy model trafił w ręce specjalistów z krakowskiej katedry chirurgii we wrześniu ubiegłego roku. Od tamtej pory przy użyciu podobnych modeli odbyło się około dziesięciu operacji, a więc są one wykorzystywane mniej więcej raz na trzy-cztery tygodnie. – Specjaliści są zadowoleni – podkreśla pomysłodawca rozwiązania. – Najlepszym dowodem jest to, że chcą dalej robić takie modele. Zaglądają do mnie i mówią: jest wątroba za dwa tygodnie, fajnie byłoby mieć następny model. Widzę też, że w dyżurce lub na sali operacyjnej leżą te modele, chirurdzy je analizują i omawiają – kwituje. Namacalna, fizyczna forma modelu w skali 1:1 przemawia do nich znacznie bardziej niż jakikolwiek wirtualny model.

Można by się spodziewać, że rozwiązanie, które jest praktyczne i nieporównywalnie tańsze od używanych na świecie alternatyw mogłoby się stać jedną z wizytówek polskiej nauki. Niestety, takie proste to nie jest. Witowski nie ma co liczyć na patent.
– Z dwóch powodów – tłumaczy INN:Poland młody wynalazca. – Rozmawiałem z ekspertami w dziedzinie prawa patentowego i wygląda na to, że w tym momencie patentowanie czegoś związanego z drukiem trójwymiarowym jest bardzo trudne, zwłaszcza, gdy w grę nie wchodzi jakieś nowe urządzenie czy materiał. A na dodatek w tym przypadku trudno liczyć na jakąś ścieżkę komercjalizacji – kwituje. Potencjalnym rozwiązaniem nadającym się do komercjalizacji byłoby połączenie technologii: druku 3D, wirtualnej rzeczywistości czy innych technologii.

Do takiej kompleksowej technologii jednak długa droga. Póki co Witowski koncentruje się raczej na zastosowaniu swojego pomysłu w odniesieniu do innych tkanek, np. do operacji serca czy tętniaka. – Zaczęliśmy również drukować podobne modele tętniaków – zaznacza. – Pole do wykorzystywania druku trójwymiarowego w medycynie jest naprawdę ogromne. Równie wielkie jest zainteresowanie nim chirurgów. Dostaję mnóstwo maili od osób z rozmaitych uniwersytetów, dopytujących się o tę technikę i sygnalizujących, że też chcą robić coś takiego. Pewien radiolog z Turcji napisał, że też robi modele, dokładnie tą samą techniką – kwituje.

Póki co jednak krakowski żak ma na głowie inne zmartwienia. Kończy IV rok studiów, do decyzji o specjalizacji pozostało mu niewiele czasu. – W tym momencie waham się jeszcze między radiologią a chirurgią. To dwie dziedziny, w których odbija się moje zainteresowanie technologiami, w tym 3D – śmieje się. Cóż, na patenty przyjdzie jeszcze czas. Ale mamy przeczucie, że niedługo.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...