Stworzyli pierwsze polskie luksusowe piwo. Są już w najlepszych polskich restauracjach, czas na Londyn i Nowy Jork

Aleksander Szalecki i jego piwo.
Aleksander Szalecki i jego piwo.
- Chcemy warzyć najlepsze piwo w Polsce – zapowiada w rozmowie z INN:Poland Aleksander Szalecki, jeden z czterech współwłaścicieli BeerLab. Urządzenia, które właściciele browaru ściągnęli do swojego zakładu, nie mają sobie równych w Polsce, a ceny flagowych trunków mają być docelowo ciut wyższe od najdroższych piw rodzimej produkcji. Beerlab celuje w najlepsze lokale w Polsce, a za rok ma zamiar zaopatrywać podobnych odbiorców, tyle że w Londynie i Nowym Jorku.

Polski rynek piwa nie należy może do łatwych, ale jest też obiecujący. W zeszłym roku wzrósł o ponad dwa procent, co napędzało ciepłe lato i jesień, Euro 2016 oraz rosnące zarobki. Nie mówiąc już o coraz bogatszej ofercie. Jak szacowano, nad Wisłą warzy się ponad tysiąc rozmaitych piw.



Coraz mocniej rozpychają się na tym rynku producenci piw rzemieślniczych. Ponad 150 producentów ma w tej chwili około 2 proc. udziałów w rynku, co w polskich realiach uchodzi za „kraftową rewolucję”. Tak samo mówi o tym Szalecki. – Najpierw w Stanach Zjednoczonych, potem w Europie, a wreszcie i w Polsce ludzie nie chcieli już pić tego samego – opowiada w rozmowie z INN:Poland współwłaściciel BeerLab.

– To coraz bardziej wymyślne produkty, czasem już absurdalnie przekombinowane. Zdarzają się piwa, w których rolę drożdży do fermentacji pełnią płyny organiczne pobierane od wielorybów czy od ludzi – podkreśla. Trudno się nie zgodzić: mączkę z wielorybów, finwali upolowanych u brzegów Islandii, stosuje tamtejszy browar Brugghus. Polska firma The Order of Yoni poszła już całkowicie po bandzie – w ubiegłym roku jej szefowie zaproponowali piwo, bazujące na bakteriach z waginy czeskiej modelki, Alexandry Brendlovej. Tak daleko idącą personalizacja jednak nie przypadła konsumentom do gustu: zbiórka na portalu Indiegogo przyniosła zaledwie 1578 euro, zamiast oczekiwanych 150 tysięcy.
– My też mieliśmy taką ofertę, żeby warzyć piwo na bazie substancji pochodzących z ludzkiego organizmu. Nie zdecydowaliśmy się – kwituje Aleksander Szalecki. - Stawiamy na co innego: ostatnie trzy nasze piwa – pilsner, belgijski blonde i coffee brown porter – to trunki, które mają trafiać w gusta większej liczby konsumentów niż piwni geekowie, ten procent zainteresowany eksperymentami – dodaje. Piwa BeerLabu mają się nadawać do wypicia przy obiedzie czy kolacji, nie są próbą wymyślenia prochu na nowo, tylko najlepszą możliwą wersją klasycznych smaków.

Sugerowana cena? "Nie zwala z nóg"
Co innego otoczka, jaką chcą wokół swojej marki stworzyć właściciele. – Oczywiście, gdy chodzi o smak, wszystko jest kwestią gustu – zastrzega Szalecki. – Ale wyróżnia nas konsekwentna budowa marki – dodaje. Co to oznacza? Oznacza to przede wszystkim otoczka luksusu: stylistyka firmy – od firmowej witryny po klientelę – ma się kojarzyć z „najwyższą półką”. Butelki powstają w rodzinnej manufakturze w Toskanii, na co dzień parającej się tworzeniem butelek pod wina chianti. Po drugie, liczą się skojarzenia. BeerLab rzadko się angażuje w akcje promocyjne, a jeżeli już, to są to wydarzenia artystyczne albo np. zawody jeździeckie Gałkowo Masters.

Z równą starannością firma zdaje się wybierać kontrahentów. – Jesteśmy w większości restauracji wymienionych w przewodniku Michelin w Polsce, między innymi w Brasserie Warszawskiej, Nolicie czy Amber Room. W gwiazdkowej restauracji Senses jesteśmy, przykładowo, jedynym piwem – podkreśla nasz rozmówca. – Konsekwentnie trzymamy się pomysłu, żeby była to marka luksusowa. Stąd też cena, która jest wyższa w przypadku innych piw na rynku, choć nie zwalająca z nóg – kwituje. Rzeczywiście, pod tym ostatnim względem sugerowana cena minimalna na poziomie menu - 19 złotych za butelkę o pojemności 0,33 zł - to więcej niż trzeba zapłacić w przypadku trunków produkowanych przez browar Pinta. A jednocześnie kraftowe piwa z Zachodu potrafią kosztować od 20 do 40 złotych za porównywalną butelkę.
- W każdej z restauracji, do których docieraliśmy, odbywały się spotkania z właścicielami i słyszeliśmy: bardzo chętnie, ale o takich rzeczach zawsze decyduje u nas szef kuchni. I jeszcze się nie zdarzyło, żeby szef kuchni odrzucił nasze piwo po degustacji – zapewnia Szalecki.

Dzięki temu BeerLab ma dziś produkować po kilkanaście tysięcy butelek piwa miesięcznie – i cały ten wolumen jest bez wielkiego kłopotu zagospodarowywany przez krajowych odbiorców. Paradoksalnie, opóźnia to nieco plany zagranicznej ekspansji firmy. Jak podkreśla współtwórca firmy, BeerLab jest już „po słowie” z potencjalnymi partnerami w Londynie i Nowym Jorku. Ale zanim browar będzie w stanie produkować takie ilości, które byłyby w stanie zaspokoić ich zapotrzebowanie musi upłynąć jeszcze dobrych kilka miesięcy. Polskie piwa pojawią się zatem na brytyjskich i amerykańskich stołach najwcześniej w przyszłym roku.

Podobnie, jeżeli chodzi o handel. - Nigdy nie będziemy dostępni w każdym sklepie na rogu – ucina Szalecki. Za to firma próbuje w delikatesach i sklepach z lokalnymi produktami, skrzynka tu, skrzynka tam. Na liście są choćby delikatesy Mielżyńskiego czy kielecki Wehikuł Smaku. Kilka tygodni temu Piwo Piaseczyńskie pojawiło się też na „własnym podwórku” BeerLabu: w Piasecznie. Piwo, dostępne w lokalnych delikatesach, było znacznie tańsze od firmowych produktów premium: kosztowało około 5 złotych. - Eksperymentujemy z lokalną marką, chcemy pokazać, że ludzie nie są skazani na chemiczne marki koncernowe – kwituje Szalecki. Piwo rozeszło się w kilka dni i od tamtej pory jednak ani widu, ani słychu. - Skończyło się, bo rozeszło się prawie wszystko, co było. Warzymy nowe – śmieje się nasz rozmówca.
"Inwestuję w to, co mnie ciekawi"
Choć BeerLab jako spółka istnieje już od 2013 roku, to po kilku zmianach właścicielskich zaczął nabierać rozpędu jakieś piętnaście miesięcy temu. Dzisiejsze grono właścicieli to wieloletni przyjaciele i znajomi, od znanego prawnika i partnera w jednej z dużych polskich kancelarii, doradzającej przy olbrzymich transakcjach kapitałowych na polskim rynku finansowym, przez Łukasza Ołtarzewskiego, współpracownika londyńskiej firmy VidZone, zajmującej się tworzeniem aplikacji dla telewizji VoD, aż po Aleksandra Szaleckiego, znanego w środowisku przedsiębiorców zajmujących się nowymi technologiami inwestora.

- Mam taki pomysł na życie, że inwestuję w coś, co mnie bardzo ciekawi – mówi nam Szalecki. - A cała idea browaru, jego budowa od podstaw i wyjście w świat z pierwszą polską luksusową marką, ciekawiły mnie bardzo. Ofertę złożyłem dwa dni po tym, jak usłyszałem o projekcie. A dlaczego chłopcy mnie do grupy przyjęli? Chyba się polubiliśmy – dorzuca.

To jednak bardziej krygowanie się, choć współwłaściciel firmy przyznaje, że wiele się nauczył – choćby przy okazji zdobywania wszystkich koniecznych pozwoleń, od budowlanych po wodne. Szalecki najbardziej znany jest jako pierwszy inwestor piaseczyńskiej firmy Creotech Instruments, koncentrującej się na technologiach przydatnych w podboju kosmosu. Do dziś pozostaje jej akcjonariuszem i wiceprzewodniczącym Rady Nadzorczej. Podobne rolę pełnił i pełni w innych spółkach.

BeerLab nie będzie gorszy od wszystkich tych przedsięwzięć, przychody rosną z miesiąca na miesiąc; firma ma zespół piwowarów, który jest gotów warzyć piwa i pisać receptury dla zewnętrznych zleceniodawców. - To kontraktowe warzenie piwa jest całkiem silną nogą przychodową – mówi INN:Poland Szalecki. - To w ogóle zresztą jeszcze etap szybkiego rozwoju – podsumowuje. Rozwoju, który ma jeszcze przyspieszyć – m.in. za sprawą „absolutnie fenomenalnego” piwa malinowego, którego pierwsze 12 tys. butelek wkrótce trafi na restauracyjne stoły.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...