Kilkadziesiąt przekrętów w ciągu roku. Zarzuty, jakie postawiono jednemu z najbogatszych Polaków, to ledwie początek

Roman Karkosik już w zeszłym roku musiał bronić się w sądzie przed zarzutami o manipulowanie kursami.
Roman Karkosik już w zeszłym roku musiał bronić się w sądzie przed zarzutami o manipulowanie kursami. Fot. Agencja Gazeta
Manipulowanie cenami akcji to na warszawskim parkiecie chleb powszedni. Gdyby policzyć statystycznie wszystkie transakcje, które budzą głębokie wątpliwości obserwatorów GPW i analityków – okazałoby się, że niemal co tydzień dochodzi tam do jakiejś próby pompowania cen lub podobnych kombinacji. Do oszustw zachęca rodzimych kanciarzy niesprawny system sądowniczy i niewiedza prokuratorów o rynku kapitałowym.

Czy pompowanie kursów akcji to na polskim parkiecie praktyka nagminna? – W stu procentach zgodziłabym się z taką tezą. Niektóre przykłady takich machinacji były tak jaskrawe, tak czytelne, tak nie pozostawiające żadnych wątpliwości, iż doszło do manipulacji lub wykorzystania informacji poufnych, że nie można jej zaprzeczyć – mówi INN:Poland Jarosław Dominiak, prezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. – Niestety, statystyka przypadków, kiedy tego typu działania zostały ukarane, jest mizerna. A to nie świadczy dobrze o polskim wymiarze sprawiedliwości i zachęca tylko kolejnych graczy, kolokwialnie mówiąc: skłonnych chadzać na skróty, do spróbowania szczęścia – dodaje.



Zdaniem Dominiaka, takich spraw można by naliczyć kilkadziesiąt w ciągu roku. Nieco łagodniejszą statystykę można by skonstruować na podstawie informacji Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego – w zeszłym roku instytucja ta zawiadamiała prokuraturę o 25 przypadkach potencjalnych manipulacji giełdowych, czyli naruszenia przepisów ustawy o obrocie instrumentami finansowymi i ustawy o giełdach towarowych. To nieco mniej niż w poprzednich latach. Najłagodniejszą statystykę mogliby zapewne przygotować prokuratorzy – z tych 25 spraw zaledwie trzy przekształciły się w akt oskarżenia.

Wojna rekina z KNF
Zarzuty wobec Romana Karkosika są jawne i stosunkowo jasne: w ciągu kilku miesięcy między lipcem a listopadem 2012 roku miliarder wraz z dwojgiem innych osób miał wpływać na kurs akcji oraz zachowania innych inwestorów poprzez serię transakcji na akcjach spółki Krezus SA. W sumie w grę ma wchodzić wolumen trzech milionów akcji wartych w sumie 36 mln złotych. W efekcie trójka osób, którym prokuratura stawia zarzuty, miała w tym czasie dominować w obrocie udziałami firmy – sugerując innym inwestorom na rynku finansowym, że Krezus SA z jakichś powodów cieszy się wielkim „wzięciem”, co podbijało cenę. Nie jest jasne, ile mieliby na tych działaniach zarobić wspólnicy.
Oceny tego, czy Roman Karkosik rzeczywiście przekroczył w tym przypadku granice prawa, nikt nie chce się podejmować, choć nasi rozmówcy przyznają, że rekin naszej rodzimej giełdy, w swoim czasie największy inwestor na rodzimym rynku giełdowym i jeden z najbogatszych Polaków grywa ostro. – Nie byłem zdziwiony, słysząc o tych oskarżeniach – mówi nam jedna z osób obserwujących wydarzenia na warszawskim parkiecie. – Już w zeszłym roku Karkosik i kilku innych dużych inwestorów tłumaczyło się ze swoich wcześniejszych działań. Rozumiem, że to, co wydarzyło się wczoraj, jest następstwem tamtych podejrzeń – dodaje.

Miliarder traktuje natomiast akcję prokuratury jako ciąg dalszy swojego sporu z szefem Komisji Nadzoru Finansowego. Dosłownie. „Działania prokuratury traktuję jako element szerszej kampanii prowadzonej i inspirowanej przez Komisję Nadzoru Finansowego, zmierzającej do zdyskredytowania mnie, jako wiarygodnego oraz szanowanego biznesmena i inwestora” - napisał w oświadczeniu opublikowanym jeszcze wczoraj wieczorem. – „Kolejny raz próbuje się zszargać moją reputację, wizerunek oraz dobra osobiste, co negatywnie wpływa na warunki, w jakich rozwijają się firmy, które kontroluję” – kwitował, sugerując, że w rezultacie podjętych działań wycofa swoje firmy z GPW.

Podobnie Karkosik mówił już rok temu. – Jestem ambicjonalnym przeciwnikiem numer jeden dla wszechmogącego szefa KNF, który nie może pogodzić się z tym, że przegrał ze mną dwie sprawy w sądzie – mówił biznesmen nazywany też „polskim Warrenem Buffettem” w wywiadzie dla magazynu „Forbes”. – „Nie spuszczam uszu po sobie, tylko walczę o swoje prawa, jestem traktowany nie jako przedsiębiorca zatrudniający tysiące ludzi, ale przeciwnik, którego za wszelką cenę chce się pogrążyć – dorzucał.

Ciemna strona ćwierćwiecza
Bez względu jednak na to, czy zarzuty wobec miliardera znajdą potwierdzenie w materiale dowodowym czy nie, stoi on dziś na kiepskiej pozycji. W historii GPW aż roi się od transakcji, które jeżyły włosy na karku inwestorów. W latach 90. za klasyczny giełdowy przekręt uchodziły prywatyzacja Banku Śląskiego oraz afera nazywana WIRR-ówką (kiedy na indeksie najmniejszych spółek spekulanci manipulowali m.in. akcjami Domplastu, EchoPress i Chemiskóru, podbijając kurs od 300 do ponad 800 proc.).
W kolejnej dekadzie manipulacje nabrały rozmachu i prędkości: na parkiecie działała Warszawska Grupa Inwestycyjna, która wyspecjalizowała się w przepalaniu pieniędzy swoich naiwnych klientów-inwestorów, a także Arkadiusz Oziębło, którym zdaniem prokuratorów odpowiada za „aferę 100 sekund”, kiedy to w ciągu niecałych dwóch minut i za pomocą raptem dwóch transakcji wstrząśnięto rynkiem kontraktów terminowych na indeksie WIG20, sztucznie zawyżając kursy.

Na dodatek, Polak wcale nie mądrzeje po szkodzie. Nawet w ostatnich tygodniach przydarzyło się kilka incydentów, które budziły gigantyczne – graniczące niemal z pewnością – podejrzenia. Pod koniec ubiegłego roku KNF zażądała np. zawieszenia obrotu akcjami czeskiej firmy Innovative Commerce, której akcje zdrożały w ciągu roku z poziomu 26 groszy do 42 złotych (16 153 proc.!).

W kwietniu br. z kolei Komisja przekuła swoje wątpliwości w zawiadomienie do prokuratury w sprawie obrotu akcjami Bumechu. Kilka tygodni wcześniej doszło w tej firmie do zadziwiającego incydentu: do firmy dotarło zawiadomienie o zwiększeniu puli akcji będącej rzekomo w posiadaniu chińskiej firmy China Coal. Chińczycy mieli ujawnić swoją obecność w spółce, gdyż zwiększyli liczbę posiadanych akcji z 4,23 do 9,77 proc. (przepisy obligują akcjonariuszy posiadających więcej niż 5 proc. akcji do ujawnienia się). Spółka pospiesznie ogłosiła więc komunikat w tej sprawie – prężny inwestor zza Wielkiego Muru to dla kulejącej węglowej spółki jak dar od losu. Akcje poszły w górę. Tylko że w tej chwili wszystko wskazuje na to, że owo zawiadomienie od Chińczyków było fałszywką. Za to taką, która pozwoliła przez parę dni nieźle na Bumechu zarobić.

„Akcje spółki X kosztujące 10 zł mało kogo interesują” – tłumaczy bloger i ekspert działającej na giełdzie firmy PPCG, Bartłomiej Bohdan. – „Jednak gdy urosną do 20 zł przy zauważalnej zmianie większej aktywności, nagle zaczynają być modne. Publiczność przygląda się spółce, która wcześniej ich nie interesowała i wyszukuje przyczyny tak nagłego wzrostu. A kiedy już zracjonalizuje sobie zachowanie kursu, zaczyna kupować. I płaci dwa razy tyle za jedną akcję”. Ot, podstawy giełdowej psychologii zachowań stadnych. Niby oczywisty, a jednocześnie nagminnie stosowany – bardzo rzadko na WIG20, który jest pod lupą wszystkich niemalże ekspertów i dziennikarzy, za to wyjątkowo często na rynkach dla małych firm, takich jak New Connect.
Bezradny wymiar sprawiedliwości
- Oskarżenie o pompowanie kursów to wszędzie na świecie bardzo poważny zarzut – podsumowuje Waldemar Markiewicz, szef Izby Domów Maklerskich. – Takimi sprawami trzeba się zajmować, bo rozpracowanie takich spraw służy ochronie inwestorów mniejszościowych i zwiększaniu zaufania do giełdy. To zaufanie opiera się na dwóch elementach: regulacjach i egzekucji prawa – kwituje. Ten pierwszy element specjaliści od polskiego rynku kapitałowego uznają za stosunkowo rozwinięty, wręcz rygorystyczny. Kary za giełdowe przekręty są w Polsce wysokie (Karkosikowi – gdyby udowodniono mu manipulowanie kursami z premedytacją – grozi do 5 lat pozbawienia wolności i 5 mln zł kary), wymogi wyśrubowane, a procedury nie uwzględniają np. niektórych możliwości odwoławczych.

W teorii więc interes mniejszościowych inwestorów, przeciętnego gracza, instytucji nadzorujących i samej giełdy, jest zabezpieczony. Praktyka jednak jest zgoła odmienna. Dość ponownie wspomnieć o trzech aktach oskarżenia sporządzonych w zeszłym roku na podstawie zawiadomień KNF. Tyle że przez ostatnią dekadę zapadły zaledwie 74 wyroki w sprawach dotyczących przestępstw giełdowych. Wspomniany już przy okazji „afery 100 sekund” Arkadiusz Oziębło znalazł się na celowniku śledczych w lutym 2004 roku, ale akt oskarżenia był gotowy rok później, a pierwsza rozprawa odbyła się w... marcu 2011 roku. Do dziś nie została zakończona.

– Był taki znany inwestor, który miał w sądzie kilka spraw związanych z manipulowaniem cenami akcji. Żadna nie skończyła się jakimkolwiek wyrokiem. Bywały inne, jaskrawe i spektakularne, wręcz podręcznikowe, przykłady. I nic – mówi nam Dominiak.

– Z egzekucją prawa mamy wielki problem – potwierdza Markiewicz. – Procesy trwają po pięć czy dziesięć lat. Wielokrotnie postulowano tworzenie wyspecjalizowanych w obrocie giełdowym sądów i urzędów prokuratorskich, ale bezskutecznie – dodaje. W KNF można usłyszeć, że składanie zawiadomień do prokuratury to wołanie na puszczy: o dalszym ciągu spraw ani widu, ani słychu. Dlatego też możemy się podobnego scenariusza spodziewać w przypadku Romana Karkosika – jeszcze przez lata nie będziemy wiedzieć, czy jesienią 2012 roku rzeczywiście zagrał poza granicami prawa. Ale nie będziemy też wiedzieć, czy aby przypadkiem nie okazał się niewinny. Straci miliarder, ale stracą też setki – czy tysiące – akcjonariuszy, którzy włożyli swoje pieniądze w należące do niego spółki.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...