Zostawcie jutro auto na parkingu, do pracy lepiej pojechać autobusem. W poniedziałek polskie metropolie staną w korkach

Jeden z poprzednich protestów taksówkarzy przed ministerstwem infrastruktury.
Jeden z poprzednich protestów taksówkarzy przed ministerstwem infrastruktury. Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Gazeta
Największe polskie miasta w poniedziałek będą sparaliżowane – to niemal pewne. Wielokilometrowe korki mają być rezultatem ogólnopolskiego strajku taksówkarzy, którzy w ten sposób będą chcieli zaprotestować przeciwko Uberowi. Największy protest odbędzie się najprawdopodobniej w Warszawie, ale nie lepiej będzie w Krakowie czy Poznaniu.

Licencjonowani taksówkarze liczyli, że wraz z falą protestów ubiegłorocznych rząd szybko rozprawi się z Uberem. Z perspektywy korporacji kierowcy pracujący dla amerykańskiej firmy to nielegalna konkurencja – bez licencji, bez taksometrów, bez całej odpowiedzialności, jaką bierze na siebie przeciętny taksówkarz. Ale resort infrastruktury, w którym powstaje projekt ustawy o transporcie, nie chce się spieszyć. Korporacje postanowiły więc, nomen omen, dodać gazu.


- Problemem jest brak jednoznacznego stanowiska rządzących w sprawie funkcjonujących na rynku nielegalnych przewoźników, którzy najczęściej pod przykrywką tzw. ekonomii współdzielenia, działają w szarej strefie, wykonując tę samą usługę, co taksówkarze – przekonuje Krzysztof Urban, dyrektor zarządzający w polskim oddziale mytaxi. - Nie stosują się jednak do zapisów obowiązującego prawa, zgodnie z którymi muszą działać licencjonowani taksówkarze – kwituje.

Taksówkarze chcieliby więc zrównać szanse – innymi słowy, zmusić władze do stosowania wobec kierowców Ubera podobnych wymogów, jakim muszą sami sprostać. Plus zdefiniować pośrednika – którym są de facto firmy występujące jako łącznik między klientem a kierowcą. W nowej ustawie pośrednik zostałby zdefiniowany, a na jego barkach złożonoby odpowiedzialność za to, by „jego” kierowcy spełniali ustawowe wymogi.

Konkurencyjny projekt przepisów ma z kolei Nowoczesna. Według jej polityków należy zdefiniować aplikacje takie jak Uber jako „elektroniczne platformy pośredniczące”, a kierowców jako „profesjonalnych beneficjentów platformy pośredniczącej”. Ci drudzy musieliby posiadać licencję na przewóz osób samochodem osobowym – uprawnienie alternatywne dla licencji taksówkarskich, a istniejące już w polskim systemie prawnym.

Korporacje mają swoich przeciwników, również w organizacjach takich, jak Federcji Przedsiębiorców Polskich czy Pracodawcy RP. - Mamy wrażenie, że protest ma na celu wywołanie histerii i nacisk na władze w celu ochrony swojego monopolu – twierdzi Arkadiusz Pączka, zastępca dyrektora tej drugiej organizacji.

O ironio, najgroźniejszym wrogiem Ubera jest... sam Uber. Firma ma olbrzymie kłopoty we własnym mateczniku – Stanach Zjednoczonych, gdzie oskarżono ją o inwigilowanie miejscowych urzędników i polityków. Za pomocą aplikacji zbierano informacje o osobach, które mogły zagrozić interesom firmy i starano się odciąć je od usług i informacji na temat firmy. Nie ma wątpliwości, że ten utajniony program monitorowania przeciwników Ubera działał też w Europie. To największy kłopot, jaki słynna firma ma w tej chwili na głowie.

źródło: Rzeczpospolita

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...