Mam kręcić z tatą kiełbasę? Młodzi ludzie porzucają obciachowe biznesy rodziców, bo wolą robić start-upy

Piotr Walter (na zdjęciu z ojcem Mariuszem Walterem) i Tomasz Gudzowaty to chyba najbardziej znane przypadki porzucenia rodzinnych biznesów.
Piotr Walter (na zdjęciu z ojcem Mariuszem Walterem) i Tomasz Gudzowaty to chyba najbardziej znane przypadki porzucenia rodzinnych biznesów. Wojciech Surdziel/Agencja Gazeta
Firmy zakładane w latach 80. i 90. przez pionierów polskiego biznesu stoją przed dużym wyzwaniem. W ciągu najbliższych 5 lat aż 3/4 rodzinnych przedsiębiorstw czekać będzie zmiana warty. Problem w tym, że młodzi Polacy do kontynuowania dzieła swoich ojców się nie kwapią. – Wokół wszyscy mówią o innowacyjności, w modzie jest założenie własnego start-upu. Ludzie po studiach nie widzą dla siebie miejsca w tradycyjnych branżach, bo wydają się za mało „sexy” – opowiada nam dr Adrianna Lewandowska z Instytutu Biznesu Rodzinnego.

Od miesięcy media alarmują, że zbliżamy się do momentu, w którym założyciele pierwszych polskich prywatnych biznesów będą musieli przekazać pałeczkę młodszemu pokoleniu. Ale te się do tego nie kwapi.


Z naszych badań wynika, że tylko 6 proc. sukcesorów zamierza wejść w buty swoich rodziców. To zatrważające, bo według najszerszej definicji, aż 92 proc. firm w Polsce to firmy należące do przedsiębiorczych rodzin. Odpowiadają za niemal połowę naszego PKB!

Młodzi ludzie chyba się jednak nad tym nie zastanawiają. – Założę start-up, posiedzę w inkubatorze i poszukam inwestora – to chyba dość częsty sposób myślenia.

W ramach badań focusowych pytaliśmy się młodych ludzi, dlaczego nie chcą przejmować od swoich rodziców dobrze prosperujących biznesów. Mają przecież rozpoznawalne marki podane niemal na talerzu. Niejedna osoba marzyłaby o takim starcie. Co usłyszeliśmy w odpowiedzi?

– Modele biznesowe są archaiczne, sposób zarządzania z poprzedniej epoki, a poza tym, nie wyobrażam sobie pracy z moim ojcem.

Wokół wszyscy mówią o innowacyjności, w modzie jest założenie własnego start-upu. Ludzie po studiach nie widzą dla siebie miejsca w tradycyjnych branżach, bo wydają się za mało „sexy”. Jak być innowacyjnym w branży wędliniarskiej – dodać więcej majeranku?

Dobre pytanie.

Rzeczywistość pokazuje, że jednak się da. Spójrzmy na stronę internetową e-befsztyk, na której można zamówić mięso prosto od rzeźnika. Innym przykładem jest witryna e-obuwie. Właścicielom nie mieściło się w głowie, że można sprzedawać buty przez internet. – Przecież je trzeba przymierzyć – dziwili się wszyscy. Jego syn znalazł jednak inwestora i wielokrotnie zwiększył wartość firmy. W obu przypadkach okazało się, że sukcesorzy wnieśli do przedsiębiorstw nowe spojrzenie i, choć to tradycyjne branże, zdołali unowocześnić system funkcjonowania.
Do tego warto mieć dystans, którego często brakuje po latach spędzonych na nauce przedsiębiorczości pobieranej od taty.

To właśnie jeden z największych błędów popełnianych przy sukcesjach. W modelowym przypadku należy odczekać 3-5 lat po zakończeniu studiów, nabrać doświadczenia i dopiero wtedy pojawić się w rodzinnej firmie. Młodzi tymczasem zachowują się u nas dokładnie na odwrót.

Garną się pod skrzydła rodziców?

Jesteśmy jedynym krajem na świecie, w którym na pytanie, czy chcesz przystąpić do biznesu rodzinnego od razu, czy za 5 lat, odpowiadamy – teraz. Przy czym nie jest to równoznaczne z chęcią przejęcia firmy, to raczej sposób na przeczekanie.

Przeczekanie czego?

Część z nich nie wie jak odnaleźć się na rynku pracy. Wtedy firma rodzinna jest rodzajem miękkiej poduszki, na którą absolwent spada tuż po obronie magisterki. Inni, z żyłką biznesmena, chcą natomiast przekonać swoich rodziców do tego, że potrafią ciężko pracować i mają potencjał. Żywią nadzieję, że za kilka lat dostaną od nich pieniądze na założenie własnej działalności, np. start-upu, o którym wcześniej rozmawialiśmy.

Czyli to wyłącznie egoistyczne pobudki?

Niekoniecznie. W Polsce wciąż żywe są również więzy rodzinne. Młodzi mają poczucie, że skoro rodzice posłali ich na studia i za nie zapłacili, to należy im się teraz odwdzięczyć. Działa to jednak na zasadzie spłaty długu – nie zamierzają się wiązać z firmą na stałe.

W Polsce rozbijamy się już o pierwsze przejęcie władzy, tymczasem w Szwajcarii przez firmy rodzinne przewija się 8-10 pokoleń, a w jednym z japońskich hoteli doliczono się już 46 sukcesji.

Trzeba pamiętać, że działały w innych czasach. Spójrzmy nawet na nazwy wielopokoleniowych firm, np. mój pradziadek, gdy tylko narodził mu się syn, zmienił nazwę firmy i od razu zaplanował dziedziczenie: Augustyn-Herman i Syn. Czy dziadkowi pozostawiono jakiś wybór? Było wiadomo że zostanie garbarzem albo kuśmierzem. Dzisiaj mamy natomiast do czynienia z silnym akcentowaniem „ja” i świadomym planowaniem ścieżki kariery. Jeżeli mój ojciec jest prawnikiem, a ja czuję, że mam uzdolnienia artystyczne, to nie będę się kwapiła do przejęcia od niego kancelarii.

Za dużo marzycielstwa, za mało pragmatyzmu?

Chodzi przede wszystkim o poczucie niezależności. Młodzież chce udowodnić, że też potrafi prowadzić własny biznes.

Co czasami prowadzi do spektakularnych sytuacji. Piotr Walter i Tomasz Gudzowaty to chyba najbardziej znane przypadki porzucenia rodzinnych biznesów.

W ich przypadku pojawił się jeszcze ciężar związany z porównaniami do ojców, którzy odnieśli ogromny sukces. Z pewnością pojawiłyby się głosy, że są od nich mniej przedsiębiorczy. Motywacji obu panów możemy się tylko domyślać, efekt jest jednak taki, że zdecydowali się pójść własnymi ścieżkami. Inna sprawa, że młodzi ludzie na firmy swoich ojców nie patrzą tylko przez pryzmat majątku, ale również ciężkiej pracy, którą trzeba było włożyć w jej stworzenie.
Młodzi ludzie pamiętają, że nie mieli ojca, bo ten lata 90. spędził w pracy. Najpierw stawiał firmę na nogi, potem walczył o jej przetrwanie na rynku, a gdy już mógł zwolnić tempo okazało się, że nagle dzieci stały się dorosłe.

Nie wiem czy trauma to dobre określenie, ale ta wizja gdzieś w nich siedzi. Na organizowane przez nas kongresy przyjeżdżają sukcesorzy z małymi 3-4 letnimi dziećmi. Nie chcą poświęcać całego życia na prowadzenie firmy. Szukają możliwość łączenia biznesu z wychowaniem dzieci, tak by być obecnym w ich życiu.

A co z tymi kilkoma procentami, którzy się nie zrazili? Tam sukcesja przebiega bez problemu?

Tu dochodzimy do kolejnego wyzwania. Nawet jeżeli mamy dobrą wolę ze strony obu stron, to sukcesja odnosi sukces w jakiś 30 proc.

Pojawiają się rodzinne animozje?

Firmy rodzinne zakładane były głównie przez mężczyzn o bardzo silnych, nieraz autorytarnych osobowościach. Ciężko jest im teraz pogodzić się z tym, że będą musieli przekazać potomkom wiedzę, potem władzę, a na końcu własność i jednak dać trochę więcej przestrzeni młodzieży. Nie można przekazać pałeczki w sztafecie i wciąż biec przed tym kolejnym biegnącym. Trzeba się przesunąć. A to jest trudne.

Z najbardziej ekstremalną sytuacją miałam jednak do czynienia, gdy sukcesję już niemal zakończyliśmy. Syn został prezesem firmy, wszedł z nią na nowe rynki i sprawił, że obroty wzrosły kilkukrotnie. Rok później dostałam od niego telefon.

– Pani Adrianno, moja matka wraz z ciotką odwołały mnie ze stanowiska.

– Jak to? – zdziwiłam się.

Okazało się, że w trakcie imprezy rodzinnej ktoś z rodziny powiedział jego matce, że aż miło patrzeć na syna, bo radzi sobie znacznie lepiej od niej.
Kobieta nie wytrzymała. Stwierdziła że ma jeszcze mnóstwo pomysłów i wróciła do firmy. Nie udało się już tego odkręcić.

Tej zazdrości mogłoby nie być, gdyby w firmie pojawił się menedżer z zewnątrz.

Sukcesja „zewnątrzrodzinna” jest popularna na Zachodzie, u nas to prawie nie do pomyślenia. Przedsiębiorcy odbierają ją w kategoriach porażki. Inna sprawa, że pewien czas temu dostawałam propozycje, by łączyć firmy z menedżerami po MBA. Efekt nie zawsze był dobry. To osoby zorientowane na cel, które często nie identyfikują się ze specyficznymi wartościami firmy, do której wchodzą. Pamiętam, że jeden z takich menedżerów dostał zadanie optymalizacji, na którym całkowicie poległ.

Co się stało?

Wyrzucił 3 pracowników. Okazało się, że jeden z nich, pan Heniek, to wieloletni kolega prezesa. Może nie był najbardziej wydajny, ale nie można było go ruszyć (śmiech). Trzeba bowiem pamiętać, że firmy rodzinne mają większą lojalność pracowniczą. Średnia potrafi sięgać 20 lat stażu. W korporacji zostałoby to uznane za „passe”, za uwsteczniające w rozwoju.

Założycieli czeka więc emerytura, ich potomkowie myślą o wszystkim, tylko nie o przejęciu od nich biznesu. Co dalej?

Na emeryturę żaden przedsiębiorca nie przejdzie. Oni zawsze znajdą sobie kolejne, przedsiębiorcze wyzwanie po przekazaniu firmy. Jakąś nową działalność, w której będą się realizować. A założone przez nich firmy? No cóż, wolałabym nie wywoływać negatywnych scenariuszy, choć w Niemczech mamy np. giełdę osieroconych firm. Z drugiej strony w takich branżach jak wędliniarska czy farmaceutyczna, następuje konsolidacja. To też forma odpowiedzi na brak sukcesorów. Wierzę jednak, że uda nam się przekonać obie strony do dialogu. I że będziemy świadkami licznych udanych sukcesji! Tego rodzinom biznesowym serdecznie życzę!

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...