Ten przerośnięty tablet jest prawie doskonały. Mój piękny, ale zbyt szybko przerwany romans z Surface Pro

Fot. Stefan Ronisz
Próbowałem się schować w łazience, współpracownicy przyłapali mnie na próbie popsucia domofonu. Niestety, dzień pożegnania z Microsoft Surface Pro nadszedł nieubłaganie i zbyt szybko. Z żalem oddałem go kurierowi, który nie wiedział, jaką przykrość mi sprawia. Dawno nie używało mi się sprzętu elektronicznego tak wygodnie. Co nie znaczy bezproblemowo.

Zacznijmy od początku. Microsoft wypuścił na rynek kolejną generację sprzętu Surface Pro, tym razem bez żadnego oznaczenia liczbowego. Nie jest to więc Surface V, po prostu Surface Pro. Jak James. James Bond.



Jaki jest nowy Surface? Jestem fanem małych komputerów, ale nie obchodzą mnie szczegółowe parametry ich bebechów. Wolę podejście kognitywne. Działa dobrze – jest dobry. Działa źle – jest zły. Przejdźmy do szczegółów.
Surface Pro jest de facto mocno przerośniętym tabletem. I to nie byle jakim, bo przekątna jego ekranu to 12,3 cala. Całe urządzenie jest wielkości kartki formatu A4 i ma grubość 8,5 mm. Sporo jak na tablet, mało, jak na komputer. Waży to poniżej 80 dekagramów (dokładnie 766 – 786 gramów). Mało jak na tablet, bardzo mało jak na komputer! Mimo wszystko wielkość ekranu absolutnie nie przeszkadza w pracy, jest on ostry jak umysł Stephena Hawkinga (2736 x 1824 pikseli). Ale co z tym wszystkim zrobić?

Surface Pro jest fajnym sprzętem do pracy, ale pod warunkiem posiadania biurka. Nie da się go razem z klawiaturą używać na kolanach, bez klawiatury zaś ciężko pisać. Świetnie sprawdza się w domu jako mały, ale wysokiej jakości ekran do oglądania filmów, surfowania czy prostych gier. Nie nadaje się do pracy w samochodzie, pociągu czy samolocie. Dlaczego?

Bo ciągle jest tabletem z dołączaną klawiaturą, połączenie nie jest sztywne. Jak podniesiemy całość, to będzie ona zwisać pod tabletem. Sam tablet ma regulowane podparcie, ale wymaga ono trochę przestrzeni, trudno to postawić na kolanach albo wąziutkim stoliku w pociągu. Tu punkt dla bardziej klasycznych sprzętów, bo w laptopie uzyskujemy większą stabilność.
Klawiatura to osobne dzieło sztuki. Cieniutka, leciutka, niesamowicie ergonomiczna, delikatnie podświetlane klawisze wchodzą z przyjemnym kliknięciem. Touchpad działa świetnie. Na dodatek całość jest pokryta alcantarą i to niesamowicie fajna sprawa. Klawiatura łączy się magnetycznie, może leżeć na płasko, można delikatnie unieść.

Zresztą Microsoft zawsze robił bardzo dobre urządzenia peryferyjne i doszedł prawie do doskonałości. Prawie, bo w klawiaturze, którą testowałem niesamowicie wkurzał mnie kłaczek wystający spod touchpada. I nie była to taka wada, jak pieprzyk Cindy Crawford. To było jak zadzior skórki przy paznokciu. Wkurza, ale wiesz, że jak pociągniesz, to będzie gorzej i sprujesz całą tę alcantarę w kłębek strzępów.

Ekran, o którym już napomknąłem, jest oczywiście dotykowy, działa to niezwykle precyzyjnie i płynnie. Obraz jest wprost wyśmienity, to również zasługa porządnej karty graficznej Intela (HD Graphics 615, 620 lub Iris Plus Graphics 640).
Robi zdjęcia. Tak szybko, że myślałem, że nie robi i przycisnąłem ikonkę na ekranie ponownie, po czym okazało się, że jednak zrobił. 10 fotek a nie jedną. Jeśli zależy wam na świetnej jakości rozmów wideo czy robieniu prostych zdjęć – świetnie trafiliście. Niby to tylko 5 MP z przodu i 8 z tyłu, ale jakimś cudem daje radę lepiej, niż niejeden telefon z bardziej wypasioną kamerą.

Głośniczki są malutkie, ukryte w obudowie ekranu. Można się do nich przyczepić, że nie zapewniają przestrzennego dźwięku 5.1, ale w sumie działają czysto, nie pierdzą a jak obejrzymy sobie film to nie ma dysonansu. Pracują dzielnie, choć cudów się nie spodziewajmy.

Polubiłem nawet jego ładowarkę. Końcówka wchodzi w szparę w tablecie, ma diodę a sama ładowarka ma dodatkowe wyjście USB. Jeśli chcemy podładować tablet i telefon jednocześnie to wystarczy nam jedno gniazdko. Brawo.

W tablecie znajdziemy jeszcze kilka innych dziurek. W jedną wchodzi USB, w drugą… nie wiem co, w trzecią – słuchawki. I tyle. Jedno gniazdko USB to za mało. Jak podłączysz myszkę, to nie podłączysz pendrive’a. Przydałoby się choć jedno dodatkowe.

Drugą rzeczą, jakiej bardzo mi brakowało to modem. Aż się prosi, by zmieścić tam szparę na kartę SIM i nie musieć przejmować się tym, że Wi-Fi w hotelu ma zadyszkę, że w pociągu nie ma internetu, że na biwaku nie możemy sobie czegoś poczytać czy obejrzeć filmu. Na szczęście przemili ludzie z Microsoftu zapewnili, że już pracują nad modelem wyposażonym w modem. Dziękuję, przez chwilę poczułem się panem świata.
Ale i tak najważniejsza jest wydajność pracy tego małego, dzielnego urządzenia. To zasługa połączenia niezłych parametrów RAM-u (4, 8 i 16 GB) z dobrymi procesorami i3, i5 i i7 Intela. Zaraz, zaraz, powiecie. 4 GB RAM-u to ma być coś super? No jakimś sposobem jest.
Przez moje ręce przeszedł Surface Pro z 4GB RAM-u, dwurdzeniowym procesorem i5 2.60GHz.

Działał szybko, płynnie i ani razu się nie zaciął ani nie zawiesił. A jestem ekspertem od zawieszania komputerów. Otwarcie trzydziestu okien przeglądarki, jednoczesne pisanie tekstu, obrabianie grafiki i słuchanie muzyki nie stanowi dla mnie problemu, często dołączam do tego różne inne czynności. Surface Pro dał radę w każdej sekundzie, nie musiał się zastanawiać.

Do Surface Pro jest dodawane specjalne pióro elektroniczne. Co robi? Za jego pomocą można robić odręczne notatki na dokumentach PDF lub w edytorach tekstu, można też go używać do obsługi programów graficznych. To całkiem fajne zastosowanie, zresztą konikiem Microsoftu jest oferowanie klientom piórka i poszerzanie możliwości jego zastosowania.

Moje wrażenia? Nie jestem grafikiem, pisząc ręcznie bazgrzę niemiłosiernie, więc piórkiem się pobawiłem i odłożyłem na półkę. Obawiam się, że podobnie zrobi większość ludzi. Ale i tak mało kto je kupi, bo kosztuje 299 złotych, zestaw dodatkowych końcówek – 89 zł. Sporo? Uważajcie na to: klawiatura kosztuje 649,90 zł, ale kupując ją razem z Surface, można trochę zaoszczędzić, bo cena spada o 15 proc. do ok. 550 złotych. Kurczę blaszka, ja rozumiem, że alcantara, że jakość, ale mimo wszystko jest to sporo.
Sam Sufrace Pro też tani nie jest. W wersji podstawowej kosztuje 4099 złotych, testowana warta była 4999 złotych, plus 550 za klawiaturę. I powiedzmy sobie uczciwie, że szkoda tej klawiatury nie kupić, bo stukanie paluchami po ekranie to nie to samo. Najbardziej wypasiony Surface Pro (16 GB RAM-u, procesor i7 i dysk 1 TB) kosztuje 13 599 złotych.

Surface Pro jest przez to trochę jak piękna i mądra dziewczyna, lubiąca modnie się ubierać i droga w utrzymaniu. Znajomi będą ci zazdrościć, fajnie się z nią pokazać na mieście. Jak kogoś stać, to super, ale przeciętny gość najwyżej się obejrzy i pójdzie dalej. W sumie szkoda, bo nawet te cztery tysiące z hakiem za wersję podstawową czy ponad pięć za pośrednią to dobrze wydane pieniądze. Pracując na nim po prostu oszczędzałem czas, wszystko działo się łatwo, szybko i bez problemów. Można sobie pomyśleć, że to tylko półtora tysiąca więcej, niż Samsung S8. Bardzo fajny i dobry, ale tylko telefon.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...