Polacy rzucili się kupować mieszkania, po kilka tysięcy lokali miesięcznie. To nie jest efekt 500+

Targi mieszkaniowe w Lublinie.
Targi mieszkaniowe w Lublinie. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Opublikowane właśnie dane Biura Informacji Kredytowej nie pozostawiają wątpliwości: Polacy ruszyli kupować mieszkania. Trend, z pewną dozą nieśmiałości, branża zapowiadała już od dawna – teraz wygląda na to, że czeka nas od dawna wyczekiwana górka. Przynajmniej póki ten zakupowy szał nie odbije się na cenach.

Jak twierdzi Biuro Informacji Kredytowej w czerwcu bieżącego roku banki oraz SKOK-i przesłały do BIK zapytania na kwotę wyższą o ponad 20 proc. niż w czerwcu ubiegłego roku. Oznacza to również, że ostatni miesiąc przed wakacjami był rekordowy – wzrost w całej pierwszej połowie 2017 r. wynosi mniej więcej 14,5 proc. – Średnia kwota wnioskowanego kredytu w czerwcu wyniosła 232,5 tysiąca złotych i była wyższa o 10,1 proc. w porównaniu z czerwcem roku ubiegłego – piszą w komentarzu eksperci Biura.

Branża nieruchomości – od deweloperów po pośredników – może zatem odetchnąć z pewną ulgą. Dotychczas dominował ostrożny optymizm, potwierdzany kolejnymi wynikami. Jeszcze na czerwcowym Kongresie Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości dr Krzysztof Jakóbik z Narodowego Banku Polskiego podkreślał, że rynek pierwotny mieszkań w sześciu największych miastach Polski „wszedł w fazę ekspansji”.

Na potwierdzenie można cytować kolejne dane – w pierwszym kwartale br. wzrosła liczba pozwoleń na budowę nowych mieszkań, rosła też wartość udzielonych już kredytów – o 12,3 proc. w porównaniu do I kw. 2016 r. Nie przełożyło się to jeszcze na ceny lokalów: w Warszawie statystycznie metr mieszkania jest wyceniany na 7,3 tys. zł, w Krakowie – na 6 tys. zł, w Gdyni – na 5 tys. zł.

Stabilność cen – przynajmniej tymczasowa – zdaje się ośmielać kupujących do wydawania zaskórniaków: co miesiąc nabywców znajduje około 4 tysięcy mieszkań, jak podawał NBP w czerwcu. Co więcej, w olbrzymiej mierze ten zakupowy szał jest finansowany gotówką. Innymi słowy, Polacy coraz chętniej sięgają „do skarpety”, równie chętnie wydając na lokale oszczędności, jak i pieniądze z kredytów. Bank twierdzi wręcz, że bez udziału kredytów finansowane są dwie na trzy transakcje. W pierwszym kwartale wartość tych transakcji miała sięgnąć kwoty 4,4 miliardów złotych.

O czym to świadczy? Nie jest to, rzecz jasna, efekt rządowych programów z plusem w nazwie. Najprawdopodobniej spora część Polaków, którzy trzymali do tej pory zgromadzone oszczędności w bankach, doszła do wniosku, że – przy obecnym oprocentowaniu lokat i rachunków – znacznie lepiej zainwestować te zasoby w nieruchomości. Wydatki napędza też optymizm: począwszy od ożywczych tendencji w gospodarce i na rynku pracy po przewidywanie, że ceny nieruchomości – zwłaszcza w kilku największych miastach – zaczną w końcu rosnąć. Pozostaje mieć nadzieję, że w tych optymistycznych oczekiwaniach się nie przeliczą.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...