Tak kończy perła polskiego przemysłu pod rządami PiS. Miała wielkie zyski, więc politycy po prostu je zabrali

Politycy od dawna uwielbiają pokazywać się w puławskich zakładach. Teraz toczą o nie polityczno-biznesową wojenkę
Politycy od dawna uwielbiają pokazywać się w puławskich zakładach. Teraz toczą o nie polityczno-biznesową wojenkę fot. Łukasz Kamiński
Załoga puławskich „Azotów” to już kolejna (po pracownikach podkieleckiego Siarkopolu) ekipa, która z rosnącym niepokojem patrzy na rozgrywki na szczytach władzy ich firmy. Wypracowane przez nich pieniądze mają trafić do Tarnowa a ich zakład trafia na margines procesów decyzyjnych. Walka toczy się o setki milionów złotych i władzę w regionie.

Jeszcze niedawno Azoty były perłą w koronie polskiego przemysłu chemicznego. Dziś ta potężna firma jest szarpana przez wewnętrzne spory biznesowo-polityczne. Politycy PiS kłócą się o to, jak ma być dzielony zysk i który zakład jest ważniejszy. Wszystkiemu z rosnącym niepokojem przygląda się załoga firmy, przyzwyczajona do partnerskiego traktowania.


Grupa Azoty w obecnej formie powstała zaledwie 4 lata temu, w wyniku szybkiego działania rządu PO-PSL. W 2013 roku rosyjski koncern Arcon dysponował sporą gotówką na zakupy i chętnie przejmował mniejsze firmy chemiczne w Europie. Chciał również przejąć kilka polskich. Pospolite ruszenie polityków pozwoliło na szybkie stworzenie z nich jednego koncernu – pod auspicjami Grupy Azoty zrzeszono kilka zakładów. A to już dla Rosjan był zbyt duży do przełknięcia kąsek i musieli obejść się smakiem.
Szybko okazało się, że swój plan na przejęcie Azotów mają też politycy. Już po wygranych przez PiS wyborach ruszyła karuzela kadrowa, jedną trzecią akcji Grupy ma bowiem Skarb Państwa. Grupa Azoty zatrudnia dziś prawie 14 tysięcy pracowników, jest jedną z największych w Europie i na świecie spółek chemicznych, została też uznana za jedną z firm strategicznych dla polskiej gospodarki.

Kilka tygodni temu zaczęli protestować pracownicy z (wchodzącego w skład Grupy) Siarkopolu. Wzburzyło ich zagadkowe odwołanie prezesa Karola Dytkowskiego, który już wcześniej był szefem firmy. Teraz – mimo pozytywnych ocen rady nadzorczej i pracowników – stracił stanowisko. Związki zebrały prawie 600 podpisów pod protestem dotyczącym niepowołania go na kolejną kadencję. W zakładzie pracuje obecnie nieco ponad 700 osób.

Pracownicy wystosowali też listy i zaproszenia do rozmów do najważniejszych polskich polityków. O swojej sytuacji chcą rozmawiać z premier Szydło, wicepremierem Morawieckim oraz prezesem PiS, Jarosławem Kaczyńskim. Podobne kroki podejmują obecnie pracownicy zakładów azotowych w Puławach.
Co ich niepokoi? W 2013 roku wraz z zakładami w Tarnowie, puławskie Azoty stały się najważniejszymi spółkami Grupy. Teraz ich rola staje się marginalna. Centrala firmy znajduje się w Tarnowie, stamtąd przychodzą decyzje, które niekoniecznie są zgodne z interesami puławskiego zakładu. Związkowcy wysłali właśnie listy do premier Szydło, wicepremiera Morawieckiego i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Oficjalnie ich treść pozostaje tajemnicą, ale wiadomo, że chodzi głównie o rosnące dysproporcje w łonie spółki.

Cała Grupa Azoty wypracowała w zeszłym roku 343 mln zł zysku, gros z tej sumy „zrobiły” Puławy – aż 270 mln zł. Rok wcześniej sumy były większe – 692 mln zł zysku Grupy, w tym 448 mln zł z „Puław”. Do tej pory do centrali w Tarnowie co roku wędrowało mniej więcej 30 proc. zysku podlubelskiego zakładu, w tym roku walne zgromadzenie uznało, że to za mało i zabierają Puławom aż 60 procent.

– Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo część z nich to polityka Grupy Azoty, która ma prawo szukać efektów synergii wynikających z połączenia zakładów i nikt nie kwestionuje, że przynosi ona pewne korzyści. Natomiast moim zdaniem nasi poprzednicy zrobili to w sposób motywowany wyłącznie politycznie, czyli w oparciu o spółkę w Tarnowie. A nie jest to podmiot w ramach Grupy najmocniejszy, ani naturalnie wiodący. Natomiast z mojego punktu widzenia powinno przeprowadzić się proces prowadzący do tego, żeby wszystkie zakłady Grupy były na jednym poziomie a nad nimi powinna być Polska Chemia, spółka w 100 proc. kontrolowana przez państwo – mówi w rozmowie z INN:Poland poseł Artur Soboń.
Dodaje, że wspomniane błędy poprzedników faktycznie mogły wynikać z pośpiechu – groźba przejęcia polskich zakładów przez Rosjan była realna. Twierdzi też, że założenie spółki Polska Chemia (jest to przykładowa nazwa dla rozważanego podmiotu) nie byłoby proste, ale pozwoliło rozwiązać wiele problemów.

– Taka spółka realizowałaby wspólną politykę firmy, pozwoliła wykorzystać efekt skali i zabezpieczyć spółki przed wrogim przejęciem. Nie byłoby sytuacji, w której jedne zakłady produkcyjne współfinansują inwestycje w innych. Poczucie, że wypracowane pieniądze, że nie służą rozwojowi własnej spółki, lecz innej nie miałoby miejsca. Moim zdaniem nasi poprzednicy również brali to pod uwagę, ale wybrali opcję łatwiejszą do wykonania, lecz gorszą funkcjonalnie – twierdzi poseł Soboń.

Znani z ciętego języka związkowcy nieoficjalnie mówią o wyprowadzaniu pieniędzy z Puław i o tym, że ich zakład stał się maszynką do zarabiania pieniędzy. Narzekają też, że ich zakład jest pomijany przy podejmowaniu decyzji w Grupie. Na przykład do Tarnowa ma trafić dział zakupów puławskiej spółki. A trzeba wiedzieć, że nie odpowiada on za dostawy spinaczy biurowych, ale m.in. za zaopatrzenie w surowce i logistykę. Związkowcom będzie ciężko, bo oficjalnie 83 proc. akcji Puław znajduje się w tarnowskiej centrali.

Ale to tylko jedna sprawa, przeciwko której protestują w Puławach. Druga jest typowo polityczna. Przeniesienie procesów decyzyjnych do Tarnowa oznacza osłabienie roli lokalnych polityków PiS, którzy wychodzą na mało znaczących. Nie są w stanie utrzymać rangi zakładu, więc tracą w oczach wyborców.
Nic dziwnego, że przeciw takim decyzjom Grupy Azoty głośno protestują choćby posłowie Krzysztof Michałkiewicz (lider PiS w okręgu lubelskim) czy Artur Soboń (też PiS). Muszą walczyć o swoją pozycję z politykami z Tarnowa i Szczecina, którzy obecnie rządzą w Azotach.

Według posła Sobonia rozwiązaniem tego problemu byłoby zlokalizowanie siedziby centrali chemicznej w Warszawie.

– Nie wyobrażam sobie, by mogłaby być gdziekolwiek indziej. I mówię to jako zwolennik Polski lokalnej, sam przecież jestem z Polski wschodniej. Czasem decyzje o relokacji firm poza Warszawę mogą mieć sens, ale w przypadku tak dużych grupy kapitałowej, tworzenie siedziby spółki poza stolicą jest tworzeniem fikcji. Przecież 95 proc. ich działań wymaga pobytu w Warszawie, grupę tworzą spółki giełdowe – dodaje poseł.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...