Co miesiąc do każdego wiatraka dokładają po 10 tys. zł. – Nie zarzynajcie polskich firm – prosi właścicielka farmy

Hanna Grochowiecka z sąsiedzkiej spółki "Wiatrak", która postawiła niedużą farmę wiatrową pod Rypinem
Hanna Grochowiecka z sąsiedzkiej spółki "Wiatrak", która postawiła niedużą farmę wiatrową pod Rypinem Foto: TVN (screen)
– Kiedy rząd potrzebował od nas pomocy, odpowiedzieliśmy na zaproszenie i zainwestowaliśmy. Dziś walczymy o przetrwanie, a to miała być nasza emerytura – mówi w rozmowie z INN:Poland Hanna Grochowiecka, współwłaścicielka niedużej farmy wiatrowej. Jeśli rząd nie zmieni przepisów, jej biznes może upaść za kilka miesięcy, podobnie jak większości tych, którzy zainwestowali w OZE.

Formalnie nie upadła w Polsce jeszcze żadna elektrownia wiatrowa, ale przynajmniej kilkadziesiąt zniknęło z rynku. Dziwnym trafem kręcą się teraz we Włoszech lub Afryce. Nic zaskakującego, skoro dziś do każdego wiatraka trzeba dziś dopłacać 8 – 10 tys. zł miesięcznie. Fundusze przedsiębiorców skończą się w połowie przyszłego roku, wtedy padnie większość polskich elektrowni wiatrowych.



– Nie można zarzynać polskich firm. My jesteśmy przykładem energetyki obywatelskiej, o której tak dużo się mówi. Kto w to teraz uwierzy, skoro polskie spółki są narażone na takie zmiany w prawie? – pyta Hanna Grochowiecka, prowadząca ze swoimi sąsiadami niedużą elektrownię wiatrową pod Rypinem.

Według Kamila Szydłowskiego, wiceprezesa Stowarzyszenia Małej Energetyki Wiatrowej, dziś do każdego wiatraka trzeba dopłacać co najmniej między 8 a 10 tys. złotych miesięcznie. Produkcja prądu stała się kompletnie nieopłacalna, część farm już zamknęła swoją działalność.
– Na razie nie wiadomo ile dokładnie, według mnie jest to przynajmniej kilkadziesiąt podmiotów. Wszystkich inwestorów jest w Polsce około tysiąca – mówi nam Szydłowski.

Z czego wynikają problemy przedsiębiorców, którzy stawiali na budowę farm wiatrowych? Ze spadającej ceny zielonych certyfikatów (wystawianych przez rząd), czterokrotnie wyższych podatków (uchwalonych przez ekipę rządzącą) oraz zniesieniu obowiązku odkupu prądu od producentów OZE (przepis wchodzi w życie 1 stycznia 2018, wprowadzony również przez "dobrą zmianę"). Jeśli po tym pakiecie uchowa się w Polsce jakaś elektrownia wiatrowa, to będzie cud.

Niska cena tzw. zielonych certyfikatów to problem narastający od lat. Są to świadectwa pochodzenia, potwierdzające, że energia została wytworzona dzięki odnawialnym źródłom energii. Każdy zakład energetyczny musi wykazać się odpowiednim udziałem zielonej energii w bilansie energii elektrycznej dostarczonej do odbiorców. Ale zakład wcale nie musi kupić tzw. zielonej energii bezpośrednio od producenta, może po prostu nabyć certyfikat na specjalnej giełdzie. A jeśli ich zabraknie, będzie musiał zapłacić tzw. opłatę zastępczą. Obecnie opłata zastępcza to ok. 300 zł za jedną MWh.

– Ale na rynku jest obecnie nadpodaż zielonych certyfikatów. Po prostu podaż przerosła popyt, który reguluje ich ceny. Ministerstwo Energii w drodze rozporządzenia decyduje o tym, ile certyfikatów powinno zostać w danym roku kupionych. W tym roku jest to poziom 20 proc., ale Ministerstwo może ten odsetek zmniejszyć i co jakiś czas to robi. M.in. w ten sposób powstaje nadpodaż certyfikatów a Minister nie umarza starych – mówi w rozmowie z INN:Poland Kamil Szydłowski.

Co to oznacza w praktyce? Hanna Grochowiecka spod Rypina dokładnie 10 lat temu namówiła swoich sąsiadów do założenia spółki i postawienia własnej farmy wiatrowej. Udało im się wywalczyć dotację i zrealizować inwestycję. Wszystko trwało 5 lat, więc wiatraki pracują na siebie również od 5 lat. Inwestycja jest wsparta kredytem, który do tej pory spółka regularnie spłacała. Ale obecnie musieli wystąpić do banku o renegocjowanie warunków umowy. Grochowiecka szczegółów nie zdradza, ale nie jest tajemnicą, że spółce brakuje na terminowe regulowanie zobowiązań.
– Mali producenci, tacy jak my, nie mają długoterminowych umów z koncernami, więc zielone certyfikaty sprzedają na giełdzie. Ostatnio certyfikaty sprzedawaliśmy po 24 złote, teraz poszły troszkę do góry i kosztują ok. 30, ponoć zbliżają się do 40 zł. Ale zaczynaliśmy w takim systemie, gdzie cena 1 MWh energii kosztowała z certyfikatem 470 złotych. Dziś za energię dostajemy poniżej 150 złotych, plus certyfikat – mówi Hanna Grochowiecka w rozmowie z INN:Poland.

Ernest Szmidt z Leszna w rozmowie z Gazetą Wyborczą przyznał, że na swoich 4 wiatrakach w 2015 roku miał prawie 600 tys. zł przychodu. Kolejny rok zamknął wynikiem prawie 750 tys. zł straty.

Rynkiem zielonych certyfikatów steruje rząd.

– To nie jest wina tylko obecnego ministra, problem narasta od lat. Wartość certyfikatów z każdą godziną maleje, bo z każdą godziną produkujemy nową zieloną energię. W tej chwili mamy "nadwyżkę" ok. 22 terawatogodzin energii. Więcej produkujemy, niż umarzamy, więc dosłownie z każdą godziną tych nieumorzonych certyfikatów jest coraz więcej – twierdzi Kamil Szydłowski.

Od stycznia wchodzi w życie nowy stan prawny, w którym zakłady energetyczne nie będą miały obowiązku odkupu energii od producentów prądu z OZE.

– Nasza spółka to 8 rolników, którzy mają gospodarstwa po swoich rodzicach, utrzymują się z dość dużej produkcji rolnej i zwierzęcej. W tym roku nasi udziałowcy musieli udzielić spółce pożyczki, żeby ona przetrwała. Ale nie wiadomo czy będzie ich stać, żeby za rok i dwa zrobić to ponownie. Nasze zasoby się kurczą. My też nie budowaliśmy tej farmy po to, by ją dotować i udzielać jej pożyczek, to było przedsięwzięcie biznesowe. Jako rolnicy dostajemy 700 – 800 złotych emerytury rolniczej. Farma miała być naszą emeryturą, włożyliśmy w to nasze ciężko zarobione pieniądze. Nie liczyliśmy na szybki i wielki zysk – mówi nam Hanna Grochowiecka.

Prosi o to, by rząd pozostawił obowiązek odkupu energii z OZE. Twierdzi, że taka decyzja uratowałaby wiele małych firm. Tymczasem od 1 stycznia przedsiębiorcy będą musieli sami negocjować kontrakty z koncernami energetycznymi. A te już w tej chwili proponują umowy z cenami niższymi o 30 – 40 zł od obecnie obowiązujących na rynku.

Trzecim problemem farm wiatrowych jest nagła podwyżka podatków od nieruchomości. W efekcie muszą płacić czterokrotnie więcej, niż do tej pory. I nie chodzi tu o groszowe sumy.

– Przedsiębiorcy, którzy płacili do tej pory na przykład 50 tys. zł, mają do zapłacenia 200 tysięcy. To są koszty, których nie kalkulował nikt na etapie pisania biznesplanu. Do tej pory płaciło się 2 proc. podatku o fundamentu i wieży. A teraz okazuje się, że podatek ma być płacony w niektórych gminach od całej inwestycji. Ja to porównuję do sytuacji, w której musieliby płacić podatek od garażu, zależny do tego, jakie auto w nim stoi. Dodatkowo za silnik, dodatkowo za skrzynię biegów itd. – mówi Kamil Szydłowski.
Na absurd zakrawa fakt, że wójtowie i burmistrzowie różnie interpretują nowe przepisy. W części gmin przedsiębiorcy muszą płacić większe sumy, w części nikt nie żąda od nich dodatkowych pieniędzy.

– W mojej ocenie ten podatek w ogóle nie wzrósł, dlatego, że został określony w ustawie o inwestycjach w elektrownie wiatrowe, tymczasem ustawodawca powinien zrobić to w ustawie o podatkach a nie budowlanej, zwanej odległościową. W tej chwili inwestorzy wchodzą w spory prawne z wójtami i burmistrzami. Rzecz w tym, że część prawników interpretuje, że skoro zmieniła się definicja budowli, to zmienia się również podatek od nich – tłumaczy Szydłowski.

– Z całą odpowiedzialnością twierdzę, że to jest zrobione sposób niewłaściwy. Przecież trzeba się liczyć z tym, że wiele farm nie wytrzyma tego obciążenia i upadnie. Lepiej owieczkę strzyc, niż ją zarzynać. Na dodatek część gmin z powodu zwiększonych przychodów z podatków może stracić janosikowe, a jeśli przegrają sprawy w inwestorami – będą musiały zwrócić niesłusznie pobrany podatek wraz z odsetkami. Wyrok NSA w tej sprawie będzie ogłoszony prawdopodobnie za 2 – 3 lata. Gdybym był samorządowcem, nie pobierałbym wyższego podatku – dodaje.
Co dzieje się z elektrowniami, które znikają z rynku? To zagadkowa historia, bo po większości z nich zostają jedynie fundamenty od wiatraków. Wyjaśnieniem tej tajemnicy jest polityka włoskiego rządu, wspierającego swoich przedsiębiorców, inwestujących w nieduże elektrownie.

– We Włoszech inwestujący w małe turbiny otrzymują solidne wsparcie od państwa. Więc farmy wiatrowe są wywożone z Polski do Włoch lub północnej Afryki. Są to często instalacje, które mają po kilka lub kilkanaście lat. One nie są zepsute, ale częściowo wyeksploatowane. Mogłyby popracować jeszcze kilka lat, ale nie będą produkować prądu w Polsce, lecz w Algierii czy Libii i Włoszech – mówi nam Szydłowski.

Jako przykład regionu, z którego znikają farmy, podaje powiat radziejowski.

– Tam wielu inwestorów już sprzedało swoje farmy wiatrowe a część kolejnych się zastanawia. To sa transakcje bardzo szybkie, realizowane niemal od ręki. Jeśli ktoś dokłada do swojej elektrowni, to często decyduje się na szybką sprzedaż, żeby uratować choć trochę pieniędzy – dodaje.

– To nie jest tak, że farmy wiatrowe budują podejrzane osoby z dużymi pieniędzmi, liczące na szybki zysk. Od zawsze mówiło się o tym, że rolnicy mają szukać alternatywnych źródeł zarobku, a nie utrzymywać się tylko z rolnictwa. A co my mamy? Ziemię. Dysponując własnymi gruntami mogliśmy na nich coś robić, rząd zapraszał nas do współpracy. Ba, potrzebował od nas pomocy, bo Polska musiała się wywiązać z odpowiedniego poziomu produkcji energii z OZE. Tego obowiązku nie wzięły na siebie koncerny energetyczne, ale również zwróciły się do nas. I myśmy na to zaproszenie odpowiedzieli – mówi nam Hanna Grochowiecka.

Nakłady, które ponieśli inwestorzy na małe elektrownie wiatrowe były niemałe. Dziś można przyjąć, że na sam wiatrak produkujący 1 -2 MWh energii trzeba wydać od kilkuset złotych do miliona złotych. Jeśli kupujemy nowy sprzęt, cena rośnie prawie dwukrotnie. I to wszystko przy założeniu, że stawiamy to wszystko na własnym gruncie, bo inaczej trzeba do tego doliczyć kolejne kilkaset tysięcy.

Kilkumilionowe kredyty nie są tu czymś wyjątkowym, tym bardziej, że często inwestorami są rolnicy. A każdy bank chętnie da nawet duży kredyt, gdy biorca ma zabezpieczenie w postaci ziemi czy gospodarstwa rolnego.

– Proszę zrozumieć, my nie chcemy walczyć z rządem. To po prostu prośba o łaskawsze spojrzenie na małe rodzinne firmy, które jak trzeba było, to zainwestowały a dziś walczą o przetrwanie. Nie wiem tylko, jak o tym rozmawiać, próbujemy łagodnie, bo nic innego nie jesteśmy w stanie zrobić – dodaje pani Hanna.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...