Teraz Słowacy pokłócili się z Polakami o grzyby. Nasi sąsiedzi naprawdę przestają kupować polskie produkty

Polscy grzybiarze nie są mile widziani na Słowacji.
Polscy grzybiarze nie są mile widziani na Słowacji. Fot. Mariusz Cieszewski / Agencja Gazeta
Do długiej listy polsko-słowackich i polsko-czeskich sporów biznesowych z poprzednich lat można dopisać nowy: wojnę o grzybiarzy. Nasi południowi sąsiedzi nie podzielają naszej pasji do darów lasu, więc tuż za granicą zaczyna się grzybiarskie Eldorado. Tyle że polscy zbieracze śmiecą, niszczą ściółkę, parkują auta w środku lasu i chodzą po prywatnych działkach leśnych – skarżą się Słowacy. Można by machnąć ręką na kolejne spory ze Słowakami, gdyby nie fakt, że nasi południowi sąsiedzi rzeczywiście przestają kupować polskie produkty: tylko wartość eksportu rolno-spożywczego do Czech spadła w pierwszych miesiącach br. o 20 proc.

Przecięte opony czy uszkodzone wycieraczki – tym ryzykują Polacy, którzy zaparkują w lasach po słowackiej stronie granicy. Ten wandalizm to odwet Słowaków za „inwazję” polskich grzybiarzy i zniszczenia, jakie po sobie pozostawiają: jak twierdzą nasi południowi sąsiedzi – polscy miłośnicy grzybów nie wahają się wjeżdżać autami w głąb kompleksów leśnych, buszują również po prywatnych lasach, a przede wszystkim hałasują i zostawiają po sobie stosy śmieci. Dobitnym dowodem mają być puszki po piwie i opakowania polskich produktów, jakimi usiane mają być lasy i pobocza wiodących przez nie dróg.



Woda na młyn miłośników narodowych stereotypów, można by powiedzieć. „Jest [na Słowacji – przyp. red.] mnóstwo stereotypów (…). W ostatnim czasie są to przede wszystkim niemal histeryczne ataki na wszelkie polskie produkty (zwłaszcza żywność) – w gazetach regularnie ukazują się artykuły, czym grozi ich spożywanie, a w jednym z tygodników lokalni celebryci i vipy odpowiadały na pytanie: „czy kupujesz polskie badziewie?” Wszystko, co wyprodukowane w Polsce, według wielu Słowaków, jest tanie i tandetne. Przekłada się to oczywiście na wizerunek Polski i Polaków” – pisze autor bloga Słowacja Dokumentacja, mający na koncie długie miesiące mieszkania za naszą południową granicą.
To samo u Czechów. – [Miłość Polaków do Czech] to trochę miłość jednostronna – mówiła portalowi naTemat Czeszka mieszkająca w Polsce od ponad dekady. – Czesi mają raczej sceptyczne nastawienie do Polski. Chodzi na przykład o waszą żywność. Było kilka afer związanych z polskim jedzeniem. To się skumulowało. Najgłośniejsza była sprawa polskiej soli, która nie nadawała się do spożycia – dorzucała.

Rzeczywiście, sporów handlowych na naszych południowych granicach było w ostatnich latach wyjątkowo dużo. Wspomniane zarzuty wobec polskiej soli – jakoby do produkcji niektórych artykułów spożywczych wykorzystywano sól przemysłową zamiast spożywczej – pojawiły się w 2012 roku. I szybko zbladły wobec kolejnych wybuchających na rynku spożywczym afer: pojawienia się zanieczyszczonego mleka w proszku, wykorzystywanego do produkcji słodyczy, które trafiły z Polski na Słowację, Łotwę, a także do Czech i Niemiec (2013); rozporządzenia wprowadzającego szczególne kontrole polskich jabłek, mięsa, wędlin, mleka, serów i ryb na czeskich granicach (2014); czy wreszcie kolejnych awantur ze służbami celnymi o mięso (a właściwie nieprawidłowości stwierdzone na opakowaniach) oraz jaja, których poprzedniego lata Czesi odesłali nad Wisłę aż 600 tysięcy.

A i to nie koniec, bo międzysąsiedzkie spory zataczają coraz szersze kręgi. Najlepszym przykładem mogą być perypetie producenta wody Muszynianka, który pięć lat temu przejął słowacką spółkę GFT Slovakia i chciał wydobywać wodę w miejscowości Legnava. Koncepcja była prosta: Legnavę od polskiej Muszyny dzielą zaledwie dwa kilometry, więc zamiast budować nową infrastrukturę polska firma chciała przepompowywać wodę do swojej rozlewni w Muszynie. Żeby zmusić Polaków do budowy rozlewni, Słowacy... zmienili konstytucję. „Niezgodny z prawem jest eksport wody wydobywanej ze źródeł znajdujących się na terenie Słowacji, jeżeli nie jest ona rozlewana na terenie tego kraju” – brzmi dziś artykuł 4 słowackiej ustawy zasadniczej. Jeszcze większe obostrzenia wprowadziło uchwalone już po zmianie konstytucji prawo wodne.
Sprawa trafiła do arbitrażu międzynarodowego i najprawdopodobniej, zanim dobiegnie końca, potrwa jeszcze lata – bo nie miesiące. – Ukonstytuował się skład orzekający i trwa wymiana pism procesowych – informuje lakonicznie INN:Poland Marek Jeżewski, odpowiedzialny w kancelarii Kochański Zięba i Partnerzy Spółdzielnię Pracy „Muszynianka”.

Jak mówią INN:Poland eksperci prawni, z punktu widzenia przepisów o swobodzie handlu, wszystko usprawiedliwia zarzut dyskryminacji: nie ma większych wątpliwości, że zarówno zmiana konstytucji, jak i brzmienie prawa wodnego, jakie uchwalili Słowacy miały odniesienie do tej właśnie jednej inwestycji – w Legnavie. Eksperci przyglądający się realiom biznesowym nad Wełtawą z kolei przekonują, że nie należy przypisywać działaniom władz w Bratysławie jakiegoś wyjątkowo antypolskiego zacietrzewienia. – Na Słowacji od pewnego czasu dostrzegalne są pewne tendencje nacjonalistyczne, chęć ochrony własnego biznesu za wszelką cenę – mówią nasi rozmówcy. Ich ofiarą mają padać również firmy z Węgier.

Nie inaczej jest zresztą w Czechach. Tam zintensyfikowana kampania przeciw polskim produktom – bo nie konkretnym firmom, choć kontrahenci polskich producentów rzadko kiedy chcą otwarcie mówić o tym, że „kupują polskie” – jest kojarzona z biznesowym imperium Andreja Babiša, przez dwadzieścia lat magnata z rynku rolno-spożywczego, a od początku 2014 roku wicepremiera i ministra finansów Czech (Babiš stracił stanowisko w maju br., najprawdopodobniej nawet jego kolegów z gabinetu premiera Bohuslava Sobotki raził konflikt interesów).
Babiš zasłynął z nazwania polskiej żywności „g...nem”, choć jego firmy sprowadzały niektóre składniki swoich produktów z Polski. Objęcie przez niego funkcji szefa resortu finansów zbiegło się też z pierwszymi poważnymi kłopotami polskich firm za południową granicą – inspekcjami służb sanitarnych, specjalnymi instrukcjami dotyczącymi polskich produktów itd. Jak się spekuluje to wynik zadawnionego (z początku poprzedniej dekady) sporu z ORLEN-em, który ostatecznie oparł się o Trybunał Konstytucyjny, przed którym Babiš przegrał.

Dymisja Babiša nie oznacza końca kłopotów polskich eksporterów. Sobotka pozbył się krewkiego i kontrowersyjnego koalicjanta, ale przedwyborcze sondaże wskazują, że ANO – partia Babiša – ma wszelkie szanse na to, by wygrać zaplanowane na październik wybory parlamentarne. Jeżeli tak się stanie, to zatargi handlowe z Czechami najprawdopodobniej tylko się spotęgują.
Można bagatelizować awanturę o śmiecących grzybiarzy czy pomstowania „czeskiego Donalda Trumpa”, nie sposób jednak lekceważyć statystyk. A według nich, w 2017 r. doszło do gwałtownego hamowania zakupów polskich produktów. – W pierwszych czterech miesiącach tego roku wartość eksportu produktów rolno-spożywczych do Czech spadła o 20 proc., a do Słowacji – 8 proc., w porównaniu do analogicznego okresu w zeszłym roku – mówi nam Paweł Wyrzykowski, ekspert BGŻ BNP Paribas. – Spadek jest tym bardziej spektakularny, że w całym ubiegłym roku wartość eksportu spadła „zaledwie” o 2,3 proc. – dodaje. Nie można wykluczyć, choć tego żaden ekspert nie będzie w stanie potwierdzić, że czescy kontrahenci polskich eksporterów zaczęli szukać nowych partnerów, w innych krajach.

Z drugiej strony wciąż są firmy spoza sektora rolno-spożywczego, dla których rynki naszych południowych sąsiadów to ważne miejsce w strukturze eksportowej. W Czechach niezłą renomą cieszyły się klocki Cobi, ubrania Vistuli i LPP czy meble Forte. Na Słowacji sporą estymą cieszy się brand Reserved, części samochodowe sprzedawane przez Inter Cars, czy sprzęt komputerowy produkowany przez firmę Media-Tech Polska. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy nad Wełtawę i na Słowację ruszyła też fala polskich przedsiębiorców, rejestrujących tam firmy. Dopóki tego typu kontakty trwają, nie wszystko stracone.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...