Google przywłaszczyło sobie projekt polskiego naukowca, który miał służyć wszystkim

Należy być ekstremalnie ostrożnym w kontaktach z biznesem - twierdzi badacz z Krakowa, doktor Jarosław Duda.
Należy być ekstremalnie ostrożnym w kontaktach z biznesem - twierdzi badacz z Krakowa, doktor Jarosław Duda. Rafał Malko/Agencja Gazeta
Doktor Jarosław Duda to pasjonat, nie biznesmen. Pomysły tego badacza – adiunkta Uniwersytetu Jagiellońskiego – z założenia miały być rozwiązaniami otwartymi dla wszystkich, rozwijanymi przez wspólnotę taką, jak ta, która utworzyła się wokół systemu Linux. Tymczasem z napisanych przez Dudę kodów korzystają dziś giganci tacy, jak Apple, Facebook czy Google. Co gorsza, próbują sobie te pomysły przywłaszczyć. – Naukowcom polecam zachowanie ekstremalnej ostrożności w kontakcie z przemysłem. Najgorszy przewidywany scenariusz często okazuje się daleko niedoszacowany – przestrzega w rozmowie z INN:Poland Duda.

I tak właśnie było z jego historią. Przeszło dekadę temu ambitny badacz z Krakowa kończył – niemal jednocześnie – studia magisterskie z matematyki, fizyki i informatyki. Do dziś stosunkowo swobodnie łączy wszystkie swoje zainteresowania. – Działam w taki sposób, że szukam problemów, na które mógłbym coś poradzić – mówi o swoich zainteresowaniach. Pomysł na kompresor danych ANS powstał w taki właśnie sposób, w pierwotnej wersji był rozwiązaniem zaproponowanym w jednej z prac magisterskich Dudy.

– Rok później przetłumaczyłem moją magisterkę na angielski, wrzuciłem do sieci i zaczęła się wstępna dyskusja – opisuje okres na przełomie 2007 i 2008 roku. – Potem przycichła i dopiero pod koniec 2013 roku znowu ożyła. Okazało się, że mój kompresor jest wartościowy i nadaje się do użycia – dodaje. Dyskusja ta bazowała na założeniu, że kompresor Dudy będzie kodowaniem open source, wyglądało na to, że tematem interesowali się głównie entuzjaści. Jak Yann Collet, specjalista, który mniej więcej w połowie 2015 roku został zatrudniony w Facebooku i tam rozwinął kompresor Zstandard.
Duda nie miał bezpośredniego kontaktu, ani z Facebookiem, ani z Apple – ale podkreśla, że obie firmy zaczęły rozwijać kompresory oparte na kodowaniu, które wrzucił do sieci kilka lat wcześniej. Chodzi o nieco poprawioną wersję kompresora, jaką badacz UJ umieścił w sieci na przełomie lat 2007 i 2008. Kolejną wersję opracował na przełomie 2013 i 2014 roku. Programiści z Google, z którymi Duda rozpoczął wtedy korespondencję, występowali z otwartą przyłbicą – i wyrażali wielkie zainteresowanie pomysłami Polaka.

Już to, co pojawiło się w produktach Apple oraz Facebooka, mogło budzić zastrzeżenia zwolenników open source. W uproszczeniu: firmy nie opatentowały co prawda samego standardu kompresji, ale ich produkty są objęte licencjami, obwarowanymi zastrzeżeniami budzącymi obiekcje zwolenników otwartego oprogramowania. W przypadku Google Duda miał jasność, że rozmawia z pracownikami firmy, nawet jeżeli pogaduszki online miały charakter przyjacielskiej pogawędki pasjonatów.

– Zdawałem sobie sprawę, że chodzi o dużą organizację, która będzie chciała z tego korzystać. Liczyłem, że uda mi się cokolwiek uzyskać w ramach wsparcia eksperckiego, jakiego udzielałem, czy pracy przy adaptacji kompresora na ich potrzeby oraz wieloletniej pomocy udzielanej firmie Google. Nieoficjalnej, ale dobrze udokumentowanej – wspomina dziś Duda. – Nie mając pozycji do negocjacji, oczekiwałem potem choćby formalnej współpracy Google z UJ, którą oni też przez pewien czas sugerowali. Pozwoliłoby to zbudować zespół, który mógłby zrobić coś więcej – dodaje.

Dialog urwał się pod koniec marca, gdy Duda zaproponował taką współpracę, a po drugiej stronie padła sugestia, że „postarają się coś przygotować”. To był ostatni kontakt z „pasjonatami” z Mountain View. – Temat zamarł. Myślę, że już wtedy chcieli to patentować – kwituje Duda.
Trzy miesiące później Duda wrzucił fragment swojego kodu do wyszukiwarki... Google. W wynikach wyszukiwania odnalazł swój kod – na wniosku patentowym złożonym przez giganta w amerykańskim Urzędzie Patentowym.

Cóż, do pewnego stopnia trudno się Amerykanom dziwić. Kompresor opracowany przez krakowskiego badacza pozwala o kilka procent poprawić wydajność przesyłu obrazów i video. Dla rynkowych graczy takich jak YouTube czy Netflix – zwłaszcza w odniesieniu do użytkowników, którzy treści video „konsumują” na urządzeniach mobilnych – te kilka procent to nie lada gratka. Nic dziwnego, że gigant z Mountain View postanowił go przechwycić.

– Jak już się dowiedziałem, że chcą patentować, to zdałem sobie sprawę, że już nie ma na co liczyć – podsumowuje dziś Duda. Ale nie chodzi wyłącznie o dumę i prawa twórcy. – Przede wszystkim ten patent wygląda groźnie: wygląda na to, że całkowicie uniemożliwi innym użycia takiej kompresji video (w sensie całej „rodziny kodowania”, jak określiliby to informatycy). Sama procedura sprawdzania jego poprawności może potrwać kilka lat. Tymczasem tu nie ma nic, co zasługiwałoby na patentowanie: wszystko było dostępne wcześniej publicznie – dodaje. Ktokolwiek chciałby oprzeć na tym kompresorze swoje rozwiązanie, pomyśli dwa razy – bo przecież w końcu Google może przeforsować sprawę w amerykańskim Urzędzie Patentowym.

Murem stanął za swoim badaczem Uniwersytet Jagielloński. Uczelnia i sam naukowiec domagają się wycofania patentu lub takiej jego modyfikacji, żeby nie uniemożliwiać innym korzystania z kompresora opracowanego przez Polaka. – Oczywiście, gdyby jednak udało się naprawić stosunki UJ z Google, byłoby super – zastrzega Duda. – Nie chciałbym, żeby moja uczelnia była w złych relacjach z taką firmą – mówi.
Ale szanse na to nie są chyba wielkie. – Podsumowując, polecam badaczom zachowanie ekstremalnej ostrożności w kontakcie z przemysłem. Najgorszy przewidywany scenariusz często okazuje się daleko niedoszacowany – podkreśla krakowski badacz. – Chyba jedyna opcja to wprowadzenie wszędzie prawników, żeby zabezpieczali każdy kontakt – kwituje.

– Trzeba uważać na ujawnianie przypadkiem jakichś ważnych pomysłów, bo jest mnóstwo historii, kiedy podczas niby to przyjacielskiej rozmowy, naukowiec sugerował jakieś rozwiązanie problemu, o którym „nieformalnie” rozmawiano. Po czym okazywało się, że firma rozmówcy wkrótce później to rozwiązanie patentowała. Podobnie trzeba uważać w ramach współpracy w ramach rozmaitych projektów, odpowiednio ją formalizować – przestrzega Jarosław Duda. Jego doświadczenia ze współpracy z biznesem nie są wiele lepsze. – Osoby merytoryczne często są najniżej w hierarchii firm, kto jest usytuowany wyżej, myśli wyłącznie o pieniądzach. Była i taka firma, która dostała wielomilionowy grant na tematy pozyskane ode mnie, po czym okazało się, że efektem będą tylko jakieś groszowe podwykonawstwa dla UJ – dorzuca.

„Zderzenie idealisty z rzeczywistością”. Tak opisuje dziś swoje doświadczenia dr Duda. – Nawet przy chęci oddania pomysłu do domeny publicznej, do czego teoretycznie wystarczy upublicznienie np. w postaci artykułu czy kodu na GitHubie, też konieczna jest ostrożność – przestrzega. – Jeśli pomysł okaże się dobry, należy spodziewać się stada sepów patentowych, próbujących się nim „zaopiekować”. A to, niestety, łatwo przemycić, szczególnie przez USPTO (United States Patent And Trademark Office – przyp. red.), które domyślnie sprawdza tylko patenty amerykańskie po słowach kluczowych. Zabezpieczenie przed tym wydaje się koszmarnie trudne: trzeba samemu wyłapać taką próbę i złożyć protest – kwituje.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...