Firma z Wrocławia pracuje nad silnikiem, który będzie przełomem w skali światowej. Nikt nie użył jeszcze tego paliwa

Silnik jonowy to najnowszy wynalazek z laboratoriów Sat Revolution.
Silnik jonowy to najnowszy wynalazek z laboratoriów Sat Revolution. Fot. materiały prasowe
– Na orbicie zdarza się coraz więcej kolizji związanych z zagęszczeniem kosmicznych odpadów – twierdzi Grzegorz Zwoliński, współzałożyciel wrocławskiej firmy Sat Revolution. Jego przedsiębiorstwo chce z tym skończyć. Cudownym panaceum ma być silnik jonowy, który właśnie powstaje w laboratoriach Sat Revolution. Napędzana teflonem konstrukcja ma być rewolucyjnym przełomem w branży kosmicznej.

– Cała historia zaczęła się dla nas kilka miesięcy temu, gdy zatrudniliśmy nowego pracownika – mówi w rozmowie z INN:Poland Artur Wąż, dyrektor techniczny ds. technologii kosmicznych we wrocławskiej firmie. – Przyszedł do nas z gotowym pomysłem: poinformował, że ma plan silnika jonowego, jest w stanie coś takiego skonstruować, wie, jak to zrobić. A my staramy się działać bezzwłocznie, gdy w grę wchodzą nowinki techniczne. Pracę dostał więc od ręki – dodaje.



W tej chwili silniki napędzające satelity – zwłaszcza te mniejsze, w standardzie cubesat, w których specjalizuje się Sat Revolution – jeżeli posiadają silnik, to przeważnie jest to napęd chemiczny. Silnik jonowy różni od nich przede wszystkim paliwem. W nowej konstrukcji ma to być teflon, zajmujący mniej miejsca niż konkurencyjne paliwa i znacznie od nich wydajniejszy.

Rewolucja za pół roku
To zaledwie początek zalet nowego rozwiązania. Silnik jonowy zapewnia większą stabilność lotu po orbicie, wystarcza na cały „cykl życia” czy „misję” satelity. Gdy ta dobiega końca, satelitę można obrócić tyłem do kierunku lotu i, uruchamiając silnik, wyhamować. To z kolei sprawia, że całość urządzenia powoli obniża prędkość i zaczyna wchodzić w atmosferę, gdzie doszczętnie płonie.
O ironio, nowy silnik nie rodził się w laboratoriach żadnej z wielkich firm. Autor koncepcji pracował w jednej ze spółek, specjalizujących się w komunikacji satelitarnej, ale silnik jonowy opracowywał „po godzinach”, projektując w domu.

Żeby się jednak przekonać, czy rewolucyjna technologia zdaje egzamin, trzeba będzie poczekać jeszcze kilka miesięcy. – Mamy aktualnie projekt silnika, czekamy aż przyjdą wszystkie potrzebne części. To powinno zająć około dwóch miesięcy. Wtedy będziemy mogli zacząć testy: stanowiska są już gotowe, ta faza powinna zająć około miesiąca. Wtedy będziemy mogli nanieść ewentualne udoskonalenia. Planujemy, że cały ten proces zajmie maksymalnie pół roku. W tym czasie będziemy mieli niezawodny produkt, gotowy do montowania w satelitach – zapowiada Artur Wąż.

Pomysłem wrocławskiej firmy interesują się już inni gracze z branży. – Dostajemy zapytania, telefony dzwonią – przyznaje nasz rozmówca, choć o jakie konkretnie firmy chodzi, nie powie. – Kilka z Europy i kilka ze Stanów Zjednoczonych – kwituje lakonicznie.

"Czysty" kosmos
Idea silnika jonowego ma też drugie dno. – Aktualnie większość cubesatów nie ma montowanych żadnych silników, ani dodatkowych napędów – tłumaczy Artur Wąż. – Wystrzeliwuje się je na orbitę i tak sobie tam latają. Gdy ich misja dobiega końca, czy dochodzi do uszkodzenia systemu, one po prostu tam zostają, dopóki w coś nie uderzą, albo grawitacja nie ściągnie ich w dół – dorzuca. A proces takiego samoczynnego „ściągania” niedziałającego już satelity potrafi trwać od kilku do kilkudziesięciu lat. W porównaniu do tego, jak deklaruje Wąż, Sat Revolution sprowadzi urządzenie do atmosfery w ciągu dwóch, trzech miesięcy.

– Chcemy wprowadzać do produkcji ekologiczne rozwiązania, które pomogą również innym firmom i osobom prywatnym, wysyłającym swoje satelity w przestrzeń kosmiczną, przedłużyć ich podróż oraz umożliwić bezpieczne usunięcie maszyn z orbity – podkreśla Grzegorz Zwoliński. – Długi okres konieczny do samoczynnego zejścia satelity lub jego szczątków do atmosfery utrudniał wyloty rakiet i operacje na innych satelitach – sekunduje mu Artur Wąż.

Rzeczywiście, problem jest niebagatelny. Na orbicie unosi się w tej chwili 500 tysięcy szczątków, które można dostrzec za pomocą dostępnych nam teleskopów – i prawdopodobnie kilkakrotnie więcej śmieci zbyt małych, by je zauważyć. Olbrzymia większość z nich porusza się z prędkością 17,5 tysiąca mil na godzinę, co oznacza, że nawet niewielki kawałek gwiezdnego złomu może być niebezpieczny dla satelitów i pojazdów kosmicznych. Do bałaganu w kosmosie w 2007 roku przyczynili się Chińczycy, „zestrzeliwując” swojego starego satelitę w ramach testu rakiety „antysatelitarnej”. Dwa lata później na orbicie zderzył się satelita niedziałający z działającym. Wreszcie pięć lat temu Międzynarodowa Stacja Kosmiczna musiała wykonać desperacki manewr, by uniknąć zderzenia z resztkami... wspomnianego „zestrzelonego” chińskiego satelity.

Jak podkreśla Zwoliński, takie sytuacje stopniowo stały się codziennością. – Wkrótce wejdą w życie nowe restrykcje dotyczące „czystego” kosmosu, więc to jest w jakimś stopniu nasza odpowiedź na ten trend – mówi Wąż. – Według nowych gwiezdnych prawideł po skończeniu misji satelita powinien sam się „zdeorbitować”. Zamontowanie silnika jonowego będzie pozwalać na szybsze ściągnięcie urządzenia z orbity i spełnienie ewentualnych nowych wymogów – podsumowuje.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...