Polowanie na "leszczy" na polskiej giełdzie trwa w najlepsze. Jak spółki pompują kurs przed debiutem

Nawet co trzecia firma na GPW może ubarwiać swoje wyniki.
Nawet co trzecia firma na GPW może ubarwiać swoje wyniki. Fot. Agencja Gazeta
Wydmuszka to, zgodnie ze słowniczkiem slangu giełdowego opublikowanym swego czasu przez „Puls Biznesu”, taka spółka, która „wprawdzie nie generuje zysków, ale już w następnym kwartale będzie zarabiać krocie. Czeka tylko na magiczny kontrakt czy supertechnologie” – ironizuje autor słowniczka. Rzadziej mówi się o tym, że wydmuszkę najczęściej tworzy się jeszcze przed debiutem na parkiecie: wtedy najłatwiej stworzyć iluzję cudownej machiny do pomnażania zysków. I co gorsza, prawidło to nie jest na polskiej giełdzie niczym nadzwyczajnym.

„Fachowcy.pl [to] fachowcy również od pompowania kursu na GPW, którym to udało się podmiot notujący po kilka milionów straty rocznie wywindować wycenę do prawie... 200 milionów złotych” – czytamy na facebookowym quasiblogu ragni.net. – „Potem było już klasycznie: wrzucenie na wolny rynek drukowanych na zapleczu akcji i spieniężenie akcji własnych (…). Rynek, ujmując to delikatnie, nie pokochał ich za te operacje. Spadek kursu praktycznie pionowy”.



Nie da się ukryć, że kurs akcji Fachowców leciał przez ostatni miesiąc na łeb na szyję. Firma potrafiła umiejętnie rozbudzić zainteresowanie swoim potencjałem, poprzez kampanię informacyjno-promocyjną prowadzoną na początku tego roku. Adresowana do małych i średnich firm platforma usługowa – obejmująca zarówno tworzenie, jak i administrację stron internetowych, pozycjonowanie w wynikach wyszukiwania, stworzenie systemu rezerwacji zamówień, tworzenie fanpage w mediach społecznościowych, kampanie reklamowe, video-prezentacje – miała być produktem porównywalnym do Live Chat.

– Od dawna obserwujemy niską opłacalność powszechnych dotychczas form oszczędzania, jak lokaty bankowe. Zamożniejsi Polacy kupują mieszkania, niektórzy wręcz zaciągają kredyty na takie inwestycje. Inni jednak widzą ciągle rosnące indeksy i wchodzą na giełdę: za pomocą funduszy lub na własną rękę – komentował niedawno na stronach INN:Poland Piotr Kuczyński, główny analityk funduszu Xelion. A jedną z ulubionych formuł biznesowych, zarówno dla świeżo upieczonych, jak i doświadczonych inwestorów, jest Software as a Service: innymi słowy, wszystko, co w jakiś sposób wiąże się dziś z nowymi technologiami i IT, wywołuje dziś u giełdowych graczy gęsią skórkę.
Podkręca co trzeci debiutant
Efekt? Cóż, zapowiadane na jesień przeniesienie spółki z New Connect na główny parkiet warszawskiej giełdy stoi co najmniej pod znakiem zapytania. Akcje spółki, które w styczniu sięgnęły maksimum na poziomie 1,48 złotego są dziś (31 sierpnia) warte dziesięciokrotnie mniej. Największe zjazdy nastąpiły po 11 sierpnia, kiedy firma poinformowała o wprowadzeniu do obrotu 75 mln akcji wyemitowanych w ciągu dwóch wcześniejszych lat.

– Wystarczy spojrzeć na to, jakie przychody i zyski spółka prognozowała na ten rok oraz jaką liczbę klientów spodziewała się mieć w tym czasie. Różnice mówią wszystko. Pojawia się zasadnicze pytanie, czy tych prognoz nie należałoby skorygować już dawno temu. Dzisiaj wydają się one być kompletnie nierealne – mówi nam, proszący o anonimowość analityk giełdowy.

W przypadku Fachowców rynek zweryfikował potencjał spółki, zanim migrowała ona z NewConnect na główny parkiet. Zadanie było więc o tyle prostsze, że spora część informacji na temat firmy była łatwo dostępna i wystarczyło sprawdzić, jak mają się one do wcześniejszych zapowiedzi spółki. W przypadku innych debiutów, firm rzeczywiście pojawiających się na giełdzie po raz pierwszy, może to być znacznie trudniejsze. – Instynktownie, powiedziałbym, że podkręcanie wyników spółek i tworzenie wokół nich hurraoptymistycznej atmosfery może dotyczyć od 20 do 40 procent debiutantów – mówi nam jeden z giełdowych wyjadaczy.

– Pompowanie wyceny spółek przed debiutem nie jest może bezwzględną regułą na polskiej giełdzie, ale faktycznie można mieć podejrzenie, że w niektórych przypadkach tak się stało – dowodzi w rozmowie z INN:Poland Piotr Cieślak, wiceprezes zarządu Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. – Do takiego sztucznego pompowania wyceny mogą służyć nie tylko bardzo dobre prognozy danej spółki czy też bieżące wyniki (czasami wygenerowane przez zdarzenia jednorazowe), ale także komentarze władz spółki, zapowiedzi i kreowanie świetlanej wizji przyszłości zarówno samej firmy, jak i branży – dodaje.

– Inwestor, który dokładnie by analizował i prześwietlił wyniki spółek, prospekt emisyjny, historię zarządzających i samej spółki, porozmawiał z zarządem, zapewne mógłby w sporej mierze uniknąć kupowania akcji firm, które za punkt honoru stawiają sobie sprzedaż akcji przy wyśrubowanej wycenie bądź „dbanie” o wycenę spółki na giełdzie – kwituje Cieślak. Cóż, innym pozostaje być „leszczami” (według „Słownika prawdziwego inwestora” to gatunek drobnego inwestora z NewConnect, który liczy, że wśród drobnych spółek natrafi na firemkę, w której ni stąd ni zowąd obudzi się jakieś polskie Google) lub „frajerami” (to z kolei tacy, którzy rzucają się do zakupów, jak widzą pnący się w górę słupek notowań).
Nienależyte wykonanie obowiązków
Za „niemal wzorcowy” przykład tworzenia zachęcającej inwestorów atmosfery na rynku giełdowym uznawana jest odzieżowa firma Solar Company SA. – Przed debiutem tej firmy wyniki były rewelacyjne, do tego dochodziły znakomite prognozy na przyszłość – mówi nam analityk. – Po debiucie wszystko prysło, jak bańka mydlana – słyszymy. „Takiej wpadki świeży debiutant giełdowy już dawno w Polsce nie przeżył” – pisała wówczas „Gazeta Wyborcza”. „(...) na akcje Solar Company połasiły się między innymi fundusze, zarówno inwestycyjne, jak i emerytalne. Zarząd roztaczał w prognozach niesamowite wizje. (…) Coś jednak poszło nie tak, bo sprzedaż z miesiąca na miesiąc szła coraz gorzej, aż niespodziewanie w październiku spółka odwołała prognozy finansowe na ten rok, a nowych nie podała” – czytamy.

„Była manipulacja czy nie?” – dopytywał bardziej powściągliwie „Puls Biznesu”. „Jeśli powtierdzą się zarzuty, spółce grożą poważne konsekwencje” – dorzucała gazeta. Była jesień 2012 roku, sprawa trwała przez kolejne trzy lata. Skończyła się dokładnie trzy lata później, w grudniu 2015 roku, nałożeniem na firmę kary rzędu 800 tysięcy złotych za „nienależyte wykonanie obowiązków informacyjnych, przewidzianych w ustawie o ofercie publicznej”.

W tym samym czasie z giełdy wyleciała inna firma: POLYMETAL SA, obciążona dodatkowo 250-tysięczną karą. Uzasadnienie było podobne: „nieprawidłowości w wykonywaniu obowiązków informacyjnych przez emitenta, którego akcje są dopuszczone do obrotu na rynku podstawowym”. W tym przypadku chodziło o niedostarczenie KNF raportów rocznych za 2014 rok oraz pierwsze dwa kwartały roku następnego.

– To samo było wiele lat temu z jedną z firm zajmujących się wyrobami ceramicznymi – twierdzi analityk, z którym rozmawialiśmy. – Wiele lat temu, na bazie superperspektyw, po debiucie właściciele sprzedali udziałów za wiele milionów. Potem wszystko wzięło w łeb: firma miała groszowe notowania i w końcu skończyło się na wycofaniu jej z obrotu – dodaje.

Koniec końców, na wszystko da się spojrzeć optymistycznie. „Spółki groszowe to prawdziwe eldorado dla leszczy. To spółki, których akcje warte są mniej niż 1 zł. Mają one wiele zalet. Po pierwsze – są tanie. Po co bowiem kupować papiery za 80 złotych, skoro można za 20 groszy? Po drugie – za 20 groszy można nakupić o wiele więcej akcji niż za 80 złotych. Mieć 400 akcji, a mieć tylko jedną – różnica dostrzegalna gołym okiem” – pisze z przekąsem autor „Słownika prawdziwego inwestora”. „Najmocniej poszukiwanym okazem są spółki, których akcje są wyceniane są na 1 grosz, każdy wzrost podwaja bowiem zainwestowany kapitał” – ucina. Fraza „nic dodać, nic ująć” nabiera tu dodatkowej mocy.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...