Polski fintech jak ubogi krewny. Bije na głowę konkurencję z Doliny Krzemowej, a i tak musi zadowolić się okruchami

Uczestnicy panelu „Jak inwestować w FinTech, by gospodarka odnosiła z tego korzyści?”
Uczestnicy panelu „Jak inwestować w FinTech, by gospodarka odnosiła z tego korzyści?” INN:Poland
Polskie firmy fintechowe nie mają łatwego życia. Z 24 mld dolarów inwestycji ulokowanych obecnie w firmach z branży FinTech – aż 60 proc. przypada na rynek amerykański. Drugą największą pulę pieniędzy zgarniają Azjaci. Europa z kolei zajmuje skromne trzecie miejsce. A co z Polską? Niestety, do naszego kraju, mimo że uchodzimy za jeden z najbardziej rozwojowych rynków na świecie w obszarze innowacji w bankowości i płatnościach elektronicznych, trafia zaledwie promil globalnych inwestycji.

Rozwiązania fintechowe, które powstają w Polsce, biją na głowę konkurencyjne technologie na Zachodzie – mówi w rozmowie z INN:Poland Loukas Notopoulos, prezes zarządu Vivus Finance. Mimo to działalność na naszych rynkach jest obarczona szeregiem ograniczeń, które sprawiają, że polskie firmy fintechowe z trudem przebijają się na globalny rynek.

Jak to zmienić? Mówi się, że o sukcesie w branży FinTech decydują cztery czynniki: kapitał ludzki, przyjazne regulacje, ilość pieniędzy na rynku oraz popyt. Który z tych elementów kuleje w Polsce? Jak sprawić, by to właśnie nad Wisłą powstała potęga fintechowa, operująca na globalnych rynkach? Jak powinien wyglądać system finansowania innowacji w dziedzinie FinTech? Odpowiedzi na te pytania padły w trakcie panelu „Jak inwestować w FinTech, by gospodarka odnosiła z tego korzyści?”, który odbył się podczas XXVII Forum Ekonomicznego w Krynicy.

Udział w panelu wzięli Loukas Notopoulos, prezes zarządu Vivus Finance; Marcin Petrykowski, dyrektor zarządzający S&P Global Ratings; Sergiusz Sawin, wiceprezes zarządu The Heart Warsaw; Aleksander Naganowski, dyrektor ds. rozwoju nowego biznesu w polskim oddziale Mastercard Europe, oraz Piotr Mazgaj, prezes Fritz Group.
FinTech, czyli kto?
Uczestnicy panelu byli zgodni co do jednego: obecnie trudno o klarowną definicję fintechu. Z dziedziny zarezerwowanej wyłącznie dla start-upów termin ten migrował już dawno na szersze wody.

Jeszcze niedawno fintech wchodził na rynek jako niszowy gracz. Dziś każdy tak naprawdę musi być fintechem, nawet największe instytucje na rynku. Dlaczego? – Bo fintech to nic innego jak platforma, która powinna być wbudowana w każdy biznesmodel firmy aspirującej do miana spółki technologicznej – przekonywał Marcin Petrykowski. – Podczas jednej z konferencji bardzo mądrą rzecz powiedział prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło. Stwierdził: „dziś jesteśmy bankiem, który ma technologie. W ciągu 15 lat musimy zostać firmą technologiczną” – opowiadał Petrykowski.

Czego brakuje polskim firmom fintechowym, by podbić świat? Piotr Mazgaj zwrócił uwagę na fakt, że fintechowy biznes w Polsce jest zbyt słaby kapitałowo, by poradzić sobie bez wsparcia instytucji państwowych. – Zgodnie z różnymi szacunkami, mamy w Polsce 2 tysiące start-upów, a powinno być 20 tysięcy. Jest ich tak mało, bo na rynku brakuje realnych pieniędzy. Agencje rządowe muszą śmielej wydawać pieniądze na wsparcie takich innowacji – mówił Mazgaj. – Wystarczy przytoczyć przykład ING Banku, który przez dziesięć lat pracował nad swoimi wpłatomatami. Podkreślam, testował nowy produkt, kreował rynek i klientów przez całą dekadę – dodawał. Jak przekonywał Mazgaj, państwo musi stworzyć odpowiednie warunki instytucjonalno-prawne do tego, by rozpędzić inwestycje w branży finansowej. Wielu takich innowatorów fintechowych musi mieć komfort testowania rozwiązań, które będą potrzebne rynkowi dopiero za kilka lat.

Jak przekonywali paneliści, magia fintechów polega właśnie na tym, że często pracują one nad rozwiązaniami, które nie są odpowiedzią na popyt, lecz potrzebę. – Często sam klient nie ma pojęcia o istnieniu takiej potrzeby. Jest wiele potrzeb intuicyjnych i są ludzie na tyle mądrzy, by wyłapać trend, zanim sam konsument uświadomi sobie tę potrzebę. Tak właśnie powstał Vivus, który jest odpowiedzią na potrzebę łatwiejszego niż w bankach pożyczania pieniędzy – mówił Petrykowski.

– Polski rynek fintechowy jest rynkiem półtora gracza. Spójrzmy na pożyczki online. Jest Vivus i ponad setka mniej rozpoznawalnych podmiotów. Wszystko dlatego, że mamy 60 proc. rynku. Z czego to wynika? – pytał Loukas. Są technologie, są talenty, bariera leży gdzie indziej – w naszych głowach. Polskie start-upy nie pomyślały o tym, że świat nie kończy się w granicach Rzeczypospolitej. Tymczasem przedsiębiorca z Estonii czy Izraela już na samym początku powinien myśleć o globalnych rynkach. Wszystko dlatego, że jego rodzimy rynek jest zbyt mały, by biznes mógł na dobre rozwinąć skrzydła.

Na przeszkodzie nie stoją żadne bariery fizyczne, tylko mentalne – dodawał ze swojej strony Sergiusz Sawin. Jak zaznaczył, nieprawdą jest, że na rynku brakuje pieniędzy. Przecież w Europie jest pod dostatkiem dużych funduszy VC, wystarczy sięgnąć po ich wsparcie.

To zadanie jest jednak trudne do zrealizowania w przypadku wielu fintechów z Polski – przekonywał Aleksander Naganowski. – W Polsce brakuje umiejętności sprzedaży. Trzeba zbudować koncept biznesowy tak, by był on dobrze wyceniony przez inwestora. Należy umieć tak zapakować swój produkt, by kupiec sięgnął po niego, nie wiedząc, co jest w środku – podsumował Naganowski.

Warszawa jak Las Vegas
– Polska powinna stać się Nevadą Europy – stwierdził Loukas Notopoulos. Na wzór tego stanu, który graniczy z Kalifornią i jej Doliną Krzemową, powinniśmy ściągać do Polski inwestycje, które do tej pory były lokowane wyłącznie w Berlinie. – Popatrzmy na takie Las Vegas. Mało kto wie, że jest to największe centrum kongresowe na świecie. Ktoś pomyślał o tym, że warto wykorzystać sąsiedztwo geograficzne z Kalifornią. Przecież każdy start-up marzy o tym, by mieć biuro w Cupertino. Nie każdy natomiast może sobie na to pozwolić ze względu na astronomiczne czynsze – mówił Loukas. Była to idealna okazja, by ściągnąć do Nevady te wszystkie firmy, które z utęsknieniem patrzą w kierunku Doliny Krzemowej.

Tą samą drogą może podążać Warszawa i powalczyć o inwestycje i firmy, które do tej pory były zainteresowane wyłącznie Berlinem. Jak przekonywał Loukas, jest to wyłącznie kwestia odpowiedniej strategii. – Wystarczy wyznaczyć cele i powiedzieć wprost: chcemy, by know how fintechowy powstawał nad Wisłą. Chcemy, by globalny gracz fintechowy miał polski paszport – mówił.

Szanse na sukces są bardzo duże. Najlepszym przykładem pozostaje branża BPO, którą udało się rozbudować nad Wisłą dzięki odpowiedniej strategii. – Kluczowa decyzja została podjęta 16 lat temu, gdy minister Michał Boni zlecić agencji McKinsey przeprowadzenie analizy programu przygotowawczego wejścia Polski do UE. Podczas tej analizy rozpoznano kilka obszarów (w tym branżę outsourcingu), w których to Warszawa w perspektywie makro mogła wykorzystać swoje przewagi konkurencyjne. I udało się wykorzystać ten potencjał doskonale. Dzisiaj spośród dziesięciu najbardziej atrakcyjnych lokalizacji dla branży BPO trzy znajdują się w Polsce: w Krakowie, Łodzi i Wrocławiu – wyliczał Loukas. Podobnie z branżą FinTech. – Wystarczy ściągnąć do kraju jednego dużego gracza, a za chwilę pojawią się kolejni – przekonywał Loukas.

Jak zaznaczył, idealną okazję stworzył Brexit. – Fintechy zaczynają opuszczać wyspy brytyjskie. Przed nami najlepszy moment, by wykorzystać wszystkie przewagi konkurencyjne, którymi Polska dysponuje: świetną lokalizację, kapitał ludzki – wyliczał Loukas. Decyzję o rozbudowie warszawskiego biura kosztem Londynu podjął m.in. Goldman Sachs, który zamierza zwiększyć zatrudnienie nad Wisłą o kilkaset osób. Zdaniem panelistów, świadczy to o tym, że inwestorzy pozytywnie oceniają polski rynek.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...