Polskie auto elektryczne to kpina w żywe oczy. Na prostych przykładach pokażę ci, jak projekt urąga twojej inteligencji

Zwycięskie projekty w konkursie na polski samochód elektryczny ElectroMobility Poland
Zwycięskie projekty w konkursie na polski samochód elektryczny ElectroMobility Poland Fot. emobilitypoland.pl
Nie mamy wiedzy, doświadczenia ani pieniędzy. Nie brakuje nam za to optymizmu, skoro wciąż utrzymujemy, że możemy własnymi siłami rozpocząć produkcję polskiego samochodu elektrycznego. Cóż, Polacy widać wciąż jeszcze wierzą w cuda.

Polak potrafi. Z takiego założenia wyszedł też rząd przyjmując na początku tego roku plan rozwoju elektromobilności. Pomysł sam w sobie jest godny poklasku, bo to rozwiązania przyszłościowe choć nie innowacyjne. Poza tym można powiedzieć, że przecież to wszystko w trosce o środowisko naturalne. Taka walka ze spalinami. Jednak, jak zwykle to bywa, z wykonaniem pomysłu jest znacznie gorzej….



Według założeń do 2025 r. po naszych ulicach ma hulać milion elektrycznych aut. Bardzo ambitny plan, tym bardziej że w tej grupie mają się znaleźć samochody polskiej myśli technologicznej! By tak się stało, pod koniec ubiegłego roku powołana została spółka ElectroMobilty Poland. Tworzą ją cztery największe koncerny energetyczne: PGE, Enea, Energa i Tauron, posiadając po 25 proc. udziałów w EMP.
Spółka w marcu ogłosiła więc konkurs na projekt karoserii pierwszego miejskiego auta elektrycznego stworzonego w naszym kraju i przez naszych projektantów. Część planu została już zrealizowana. Z pośród 100 nadesłanych prac jury konkursowe, w którego skład wchodzą inżynierowie, projektanci a nawet aktorka, wybrało najlepszą dziewiątkę. Wczoraj poznaliśmy czwórkę finalistów. Ci szczęśliwcy mogą liczyć na 50 tys. zł nagrody. Zwycięzca, którego projekt przerodzi się w prototyp, otrzyma 100 tys. zł. Ten ma zjechać z taśmy produkcyjnej już w 2018 r. Następnie, na rynek ma trafić krótka seria takiego pojazdu – do 100 sztuk. W kolejnych latach rządzący zakładają jednak, że auto rodzimej myśli technologicznej trafi do masowej produkcji i zagości na naszych drogach na dobre.

A więc co może pójść nie tak? Owóż wszystko. Choć przy prezentacji najlepszych prac ”ochów” i „achów”, było co niemiara. Uznanie dla wysiłku projektantów oddała nawet głowa państwa. W liście prezydent Andrzej Duda wyraził nadzieję, że rozwój elektromobilności przybliży nas do czwartej rewolucji przemysłowej. Krzysztof Tchórzewski, minister energii liczy na to, że znajdą się chętni do realizacji projektów. – Chcemy, żeby prototypy mogły zostać wypróbowane na polskich drogach – mówił minister. Strach się bać, bo same testy to gigantyczne koszty, których nie ma kto pokryć.

Nawet jeśli EMP pokryje część wydatków związanych z budową prototypu, to wciąż do realizacji tego celu potrzebne będą ogromne pieniądze. Resort energii liczy na zaangażowanie prywatnych przedsiębiorców, ale chętni mogą się nie znaleźć. Według szacunków ekspertów potrzeba, bagatela 5-10 mld zł. Nie ma nawet pomysłu, gdzie prototyp takiego pojazdu mógłby powstać. Nie mówiąc już o masowej produkcji. Czy rząd postawi polską fabrykę wydając na nią miliardy złotych? Nie sądzę.


Spółka Electro Mobility Poland dysponuje kapitałem zakładowym w wysokości 10 mln zł. Nie jest tajemnicą, że koncerny motoryzacyjne dysponują nieporównywalnie większym budżetem – i to w perspektywie rocznej. Kiedy koncern Daimler wchodził na Węgry i otwierał tam fabrykę samochodów Mercedes–Benz, wydał na ten cel 548 mln euro (wynika z szacunków Komisji Europejskiej). Możemy też spojrzeć na nasze własne podwórko. Co najmniej 500 mln euro wyłożył Volkswagen, który w 2016 r. pod Wrześnią otworzył fabrykę samochodów marki Crafter. Dla firmy nie była to może porażająca suma, zważywszy że roczny budżet Grupy Volkswagen tylko i wyłącznie na działania promocyjne wynosi ok... 3 mld dol!

Warto też wspomnieć, że od chwili opracowania koncepcji nowego modelu, poprzez testy aż do wdrożenia na rynek, koncerny motoryzacyjne potrzebują na ogół 5-7 lat. I są to firmy, które mają odpowiednie zaplecze i know-how.

My chcemy ten cel osiągnąć w dwa lata. Nie mając do tego odpowiedniego budżetu, wiedzy i doświadczenia. Koreański koncern Kia, swoją potęgę tworzył przez ok. 40 lat. Zaczynając od tego, że kupował projektantów konkurencji. Podobnie zresztą jak rozwiązania techniczne. Pierwotnie samochody tej marki nie cieszyły się dobrą sławą i były uważane za awaryjne. Na udoskonalanie swoich modeli Koreańczycy potrzebowali wielu lat. Dziś Kia należy do Hyundai Kia Automotive Group i jest trzecią największą spółką motoryzacyjną na świecie. Skoro Polska chce zaistnieć jako producent samochodów elektrycznych, powinna nawiązać współpracę z koncernem, który ma już w tym zakresie doświadczenie.

Zwłaszcza że oprócz kosztów związanych z produkcją i wdrożeniem na rynek pozostaje jeszcze do rozwiązania kwestia serwisowania pojazdów elektrycznych czy sieci salonów sprzedaży. Produkcja opłaca się wyłącznie wtedy, gdy jest masowa. Dla przykładu, w ubiegłym roku VW sprzedał na całym świecie 10,3 mln pojazdów.

A my chcemy produkować 100 tys. pojazdów elektrycznych rocznie. Ile z nich się sprzeda? Nie wiadomo, bo cena elektryków dla wielu osób jest zaporowa. Używany model Tesli S na polskim rynku można kupić za ok. 260 tys. zł. i wzwyż. Trudno więc sobie wyobrazić, by bez programu wsparcia, np. zwolnień podatkowych, czy darmowych autostrad dla pojazdów elektrycznych, przeciętną polską rodzinę będzie stać na elektryczne autko. Nie pomogą nawet pieniądze z 500 plus.

Być może nie ma jednak powodów do zmartwień, bo jak twierdzą eksperci, polski samochód elektryczny powstał wyłącznie na papierze. Zdaniem pewnego prezesa jednej z dużych polskich spółek z sektora automotive, pierwszym i jedynym polskim samochodem elektrycznym mogliśmy się pochwalić już dawno temu. Był to Melex.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...