Jest tylko kilku takich specjalistów na świecie, a wśród nich Polak z UW. Oto polski ekspert rozszyfrowujący rongorongo

Dr Rafał Wieczorek.
Dr Rafał Wieczorek. Fot. Rafał Wieczorek
Na co dzień dr Rafał Wieczorek jest astrobiologiem, naukowcem Pracowni Peptydów Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszaskiego. Swojej niecodziennej pasji oddaje się po godzinach, choć przyznaje, że to hobby pracochłonne, nierzadko wymagające wyjazdów na badania terenowe czy spotkania z innymi pasjonatami. To hobby to rongorongo: pismo, którym przed wiekami Polinezyjczycy z Wyspy Wielkanocnej zapisywali tamtejszy język rapanui. Kto wie, być może w tabliczkach zapisanych rongorongo kryje się tajemnica słynnych posągów z Wyspy. Równie dobrze może jednak chodzić o spis kur w poszczególnych wsiach. Tak czy inaczej dr Wieczorek jest jedną z zaledwie kilku osób na świecie, które próbują zbliżyć się do prawdy.

Skąd w pańskim życiu wzięło się rongorongo?

Najpierw wpadło mi w ręce kilka książek dotyczących rozszyfrowania rozmaitych pism: najbardziej znana historia dotyczy, oczywiście, hieroglifów egipskich, ale niesamowite były też historie odczytania pisma linearnego B (to takie pismo starożytnej Grecji, wymyślone jeszcze przed greckim alfabetem) oraz pisma Majów. To były ciekawe, stymulujące intelektualnie historie. Sięgnąłem po dalsze lektury, potem kolejne, aż okazało się, że przeczytałem wszystko, co było do przeczytania. Stanąłem przed wyborem: jeżeli chciałem dalej powiększać swoją wiedzę, musiałem podjąć własne badania.

No to już wiemy, jaka zapadła decyzja. Należy pan do wąskiego grona osób, które zajmują się rongorongo. Bardzo wąskiego.

W tym momencie na świecie jest może pięciu specjalistów, którzy na ten temat regularnie publikują w periodykach naukowych, porozumiewają się między sobą i kontynuują badania. Może jest jeszcze jakieś pięć do dziesięciu innych osób, które zagadnienie rozumieją, ale nie są aktywne.

Taka mała rodzina. Widujecie się?

Do niedawna było trudno, nawet o korespondencję. Co trzy lata jest konferencja naukowców zajmujących się Wyspą Wielkanocną, podczas ostatniej – dwa lata temu w Berlinie – udało się zorganizować specjalną sesję na temat rongorongo, pierwszą tego typu w historii. Jakieś cztery czy pięć osób zaprezentowało swoje badania, poznaliśmy się, od tamtej pory korespondujemy. W ten weekend lecę do Niemiec, wraz z jedną z tych osób będziemy badać kilka obiektów będących w posiadaniu muzeum w Kolonii.
Na co dzień zajmuje się pan chemią. Domyślam się, że pozostali też zajmują się czymś innym?


Dokładnie. W tej chwili nie ma na świecie osoby, zajmującej się zawodowo rongorongo. Trudno tu o dofinansowanie czy grant, trudno przekonać jakiegokolwiek decydenta o wadze sprawy, temat jest niemalże nieznany. A wszyscy jesteśmy naukowcami, żyjemy z publicznych pieniędzy i mamy wobec tego jakieś obowiązki. Mamy więc w gronie dwóch chemików jest majanista – specjalista od badania kultury Majów, lingwista specjalizujący się w językach afrykańskich.

Jak się bada pismo, którego nikt nie używał od setek lat? Rozszyfrowujecie je jak Sherlock Holmes w „Tańczących sylwetkach”, analizując częstotliwość pojawiania się określonych znaków?

To już wyższa szkoła jazdy. Wiele czasu zabiera nam poprawienie jakości materiału, do którego mamy dostęp. Podobnie studiuje się historię hieroglifów czy pisma Majów: pierwsze informacje to były zawsze rysunki samych symboli i zawsze okazywały się niedokładne, umykały ważne detale. Na stronach poświęconych rongorongo w Wikipedii znajdzie pan odwzorowania pochodzące z książki pewnego niemieckiego autora z lat 50-tych. – one też są niedokładne, o czym za chwilę. Obecnie staramy się uzyskać lepsze fotografie obiektów, dokonać lepszych transkrypcji, ulepszyć materiał bazowy.

Dopiero na następnym etapie zaczyna się ustalanie, jaki charakter mają poszczególne elementy, co może znaczyć dany fragment w tekście pozbawionym przecinków czy znaków interpunkcyjnych, kiedy trudno określić, gdzie tekst się zaczyna, a gdzie kończy. Jest wiele fragmentów powtarzających się w różnych tekstach. Mamy sekwencje po dziesięć znaków pojawiające się na wstępie, czy w środku tekstu. Dzięki wychwytaniu tych elementów możemy dokonać pewnej segmentacji, określić, że coś się w pewnym miejscu zaczyna i w innym – kończy. Ze swojej strony na berlińskiej konferencji pokazałem zestaw takich sekwencji otwierających i zamykających teksty. Coś na kształt „za siedmioma górami, za siedmioma lasami” albo „żyli długo i szczęśliwie”.

Albo religijnej inwokacji lub „amen”.
Właśnie, w religijnych tekstach też powtarzają się sekwencje. Nie wiemy dokładnie, co napisano w tych, które znamy. Sekwencje początkowe pojawiają się też w środku tekstów czy na końcu. Odszyfrowanie starożytnego pisma Majów było o tyle prostsze, że tam pojawiały się w sąsiedztwie hieroglifów również obrazki: był symbol, a obok rysunek psa. Można było założyć, że napisano „pies”. Tu nie ma żadnego kontekstu.

A pod względem ilości znaków rongorongo to łacinka czy chiński?

Po kolei: rongorongo to zapis języka rapanui, wciąż używanego na Wyspie Wielkanocnej. Mamy się więc do czego odnieść – odwrotnie niż w przypadku pisma Etrusków, gdzie pisali oni łacińskim, czy prełacińskim – bo Rzymianie wzięli go od Etrusków – ale kompletnie nie znamy tego języka. Generalna zasada jest taka: bierzemy tekst, kategoryzujemy symbole i wtedy możemy powiedzieć, czy mamy do czynienia z alfabetem czy chińszczyzną. Jeżeli symboli jest 20+ to jest to alfabet odpowiadający literom czy dźwiękom. Jeżeli 50+ to zapewne są to sylaby, jak w japońskim czy etiopskim lub pismach indyjskich. Jeżeli kilkaset – jak w sumeryjskim czy chińskim – to wtedy mamy logogramy, zapisujące konkretne słowo. W systemie rongorongo nie ma zgody, ile jest znaków: niektórzy badacze widzą ich więcej, inni mniej. Wygląda na to, że jest ich kilkaset.

To dzieło niegdysiejszej cywilizacji Wyspy Wielkanocnej? Tej samej, która stworzyła posągi?

Dokładnie tak. Porównując piktografami występującymi na wyspie – w jaskiniach, na skałach, czasami też na niektórych posągach, na ich „plecach” czy „brzuchach” – to ta sama symbolika. Trudno nam określić ramy czasowe: Polinezyjczycy przybyli na Wyspę Wielkanocną jakieś tysiąc lat temu i wtedy na pewno jeszcze nie mieli tego pisma, zostało ono wynalezione na miejscu. Podobnie, jak z posągami: w którymś momencie zaczęli je tworzyć, a potem przestali. W XVIII w. przybyli na Wyspę Europejczycy i w XIX w. zorientowali się, że wyspiarze mieli kiedyś jakiś system pisma. Ale w tamtym momencie, kto znał to pismo, już nie żył – z przyczyn naturalnych, albo zabity rękami kolonistów.

Zakłada pan, że inskrypcje na tabliczkach do modlitwy? Kronika dziejów wyspiarzy? Spis inwentarza?
Etnolodzy pytali autochtonów, co zostało zapisane i ich oni, choć nie potrafili tego odczytać, odpowiadali, że zapisywano w ten sposób, pieśni czy jakieś utwory liryczne. Wydaje nam się to w miarę wiarygodne. Odpowiadano też, że mogą to być informacje genealogiczne – o przywódcach, ich pochodzeniu. Albo listy podbojów czy stoczonych walk, podbitych wiosek. Rzeczywiście, niektóre teksty mają taką strukturę, przypominającą genealogię: A coś tam B, B coś tam C, C coś tam D. Są powtórzenia i coś na kształt odniesień. I są fragmenty o charakterze lirycznym: jakby powtarzający się refren, przedzielony zwrotkami. Jedna z tabliczek zawiera coś na kształt kalendarza: wiemy, że wyspiarze mieli kalendarz księżycowy i inskrypcja wydaje się zawierać jakieś obserwacje astronomiczne.

Prowadził pan badania na Wyspie?

Tak, byłem tam jako członek wyprawy archeologicznej zorganizowanej przez University College London. Próbowałem się uczyć języka – ale to rzadki język, trudno nawet o połączenia internetowe z Wyspą. Proszę jednak pamiętać, że obecnie żadnego obiektu z rongorongo nie ma na wyspie – wszystkie są rozsiane po muzeach na całym świecie. Na Wyspie można znaleźć jedynie bardzo dobre kopie tabliczek z muzeum w Santiago de Chile. Nie udało mi się ich obejrzeć w Santiago, bo w muzeum trwała inwentaryzacja po trzęsieniu ziemi, więc zapoznałem się z kopiami na Wyspie.

Wspomniał pan o obojętności decydentów. Ale specjaliści od kryptografii czy programiści muszą prowadzić z wami pasjonujące dyskusje.

Rzeczywiście, pewne „zazębienie zainteresowań” występuje. Właśnie opublikowałem tekst w piśmie „Kryptologia” na temat rongorongo, adresowany do środowiska osób zajmujących się na co dzień szyframi. Wiem, że to nie pierwsza taka inicjatywa. Jestem sceptyczny, jeżeli chodzi o możliwość implementacji mocy obliczeniowych do odszyfrowania rongorongo, bo komputer musi analizować obrazki, które trzeba najpierw zakodować, uporządkować.

A takie prace wciąż trwają. Wspomniałem o niedokładnych ilustracjach niemieckiego badacza Thomasa Bartela, z lat 50-tych. On przypisał numer do każdego znaczka, ale już taki symbol, składający się z takich jakby trzech koralików, z numerem 2, okazał się być dwoma różnymi glifami. Różnią je detale i to, że zupełnie inaczej zachowują się w tekstach. Kto będzie próbował robić jakąś statystykę, pomiesza je ze sobą. Kod Bartela ma wiele takich błędów.

Nic się nie dzieje od razu.

Tak, ale tu mamy swoistą kwadraturę koła: nie da się określić, który glif jest osobną literą, póki nie odszyfrujemy całego systemu. Nie odszyfrujemy całego systemu, nie mogąc odróżnić poszczególnych glifów. Trudno to ugryźć. Ale im trudniej, tym ciekawiej.
Trwa ładowanie komentarzy...