Łączą sztukę z biznesem jak mało kto w Polsce. Filmy Watchout Productions to prawdziwa żyła złota

W przypadku “Bogów” najmniejszy koproducent zainwestował 300 tys. zł, a z samej tylko sprzedaży biletów w kinach wyciągnął 600 tys. zł.
W przypadku “Bogów” najmniejszy koproducent zainwestował 300 tys. zł, a z samej tylko sprzedaży biletów w kinach wyciągnął 600 tys. zł. fot. materiały prasowe
Gdyby byli start-upem, kolejka inwestorów dłużyłaby się aż po horyzont. Dokonali tego, o czym marzy niejeden przedsiębiorca – ich ekskluzywne, „szyte na miarę” produkty cieszą się dużą popularnością w szerokim gronie odbiorców. Mowa o domie produkcyjnym Watchout Productions i jego filmach, które stały się prawdziwymi hitami współczesnej polskiej kinematografii. Dzięki swoim produkcjom – „Bogowie” i „Sztuka Kochania” – zdobyli kieszenie inwestorów, sympatie krytyków, jak i serca milionów widzów w Polsce. O tym, jak się robi biznes na filmach, rozmawiamy z Krzysztofem Terejem i Piotrem Woźniak-Starakiem, członkami zarządu Watchout Productions.

Założę się, że inwestorzy wystają w kolejkach, by tylko móc ulokować swoje miliony w wasze filmy.



Krzysztof Terej: (śmiech) Skąd taki wniosek?

Minimum 100 proc. marży dla inwestora na jednym filmie. Ta liczba mówi sama za siebie.

Piotr Woźniak-Starak: Patrząc na liczby można by tak pomyśleć. W przypadku “Bogów” nasz najmniejszy koproducent zainwestował 300 tys. zł, a z samej tylko sprzedaży biletów w kinach wyciągnął 600 tys. zł. Do tego trzeba doliczyć przychody z innych pól eksploatacji filmu - vod, sprzedaż do stacji telewizyjnych czy za granicę. Taki film potrafi zarabiać jeszcze przez kilka dobrych lat. Praca producenta i pozyskiwanie finansowania to jednak za każdym filmem zupełnie nowy proces inspirowania potencjalnych partnerów. Oczywiście dziś od momentu Bogów cieszymy się większym zaufaniem. Jest łatwiej, ale kolejki pod biurem jeszcze nie mamy.
Ile zarobiliście na “Bogach”?

Piotr: 40 273 000 zł, te dane są w Box Office. Ta kwota robi wrażenie. Trzeba jednak pamiętać, że większość tego wpływu, który widnieje, nie jest dla nas. My zarobiliśmy jako producenci jakieś 10 proc. tej kwoty.

A jak jest w przypadku waszej ostatniej produkcjI “Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”?

Krzysztof: Dotychczas film obejrzało prawie 1,8 mln osób, czyli już dziś możemy stwierdzić, że nasi koproducenci zarobią ponad 100 proc. na tej produkcji.

Jakie są wyniki finansowe “Sztuki Kochania”?

Piotr: Po siedmiu miesiącach od premiery “Sztuka Kochania” jest na drugim miejscu pod względem efektywności finansowej. Wpływy z kin do tej pory wyniosły 35,6 mln zł.

Niezła przebitka, biorąc pod uwagę, że wydaliście na produkcję ponad 6 mln zł.


Krzysztof: Należy pamiętać, że dobrych 50 proc. z tej kwoty zostaje w kinach. Sporą część zabierają również dystrybutorzy. Dopiero to, co zostanie, trafia w nasze ręce. W pierwszej kolejności rozliczamy się z koproducentami, następnie zwracamy swój wkład w projekt, po zwrotach dołącza Polski Instytut Sztuki Filmowej wraz z zyskiem koproducentów.
Wy jesteście na samym końcu. Dlaczego?

Piotr: Jesteśmy świadomi faktu, że nie jest to typowy model rozliczania się na polskim rynku. Za kwestię priorytetową jednak uznajemy dobre relacje z koproducentami. To jest gwarancja pozyskania budżetów na kolejne produkcje.

Krzysztof: Coś o tym wiemy. Podczas pozyskiwania pieniędzy na “Bogów” odbyliśmy z Piotrkiem aż 200 spotkań z potencjalnymi inwestorami.

Szło jak z płatka?

Piotr: Zbieraliśmy budżety na „Bogów" trochę jak Zbigniewa Religa na szpital. Jedni dadzą, drudzy - nie, trzeci się rozmyślą. Ze “Sztuką Kochania” było o niebo łatwiej. Zamknęliśmy budżet w tym samym gronie partnerów z drobnymi zmianami.

Krzysztof: Nieocenionym wsparciem w obu przypadkach okazała się dotacja PISF (przyp. red. Polski Instytut Sztuki Filmowej) łącznie w wysokości 4 mln zł. I nie chodzi nawet o tę kwotę, tylko o sam fakt zaangażowania instytutu. Przecież nie każdy inwestor musi się znać na zawiłościach branży filmowej. Był to jasny sygnał dla inwestorów, że jesteśmy godni zaufania.

Jako pierwsi w historii polskiej kinematografii spłaciliście całość dofinansowania PISF.

Krzysztof: Nieprawda. Jako pierwsi spłaciliśmy dofinansowanie PISF dwukrotnie.
Wygląda jak złoty interes.

Piotrek: Przemysł filmowy to duże ryzyko i zero gwarancji. Jest ogrom zmiennych, które mogą mieć decydujące znaczenie dla powodzenia finansowego filmu. I jeszcze więcej poprzeczek, których możesz nie przeskoczyć. Na każdym etapie możemy się wyłożyć, np. popełnimy błąd przy tworzeniu scenariusza i skażemy całą produkcję na niepowodzenie. Nie zgra się ekipa, coś pójdzie nie tak na planie filmowym, aktor będzie miał gorszą formę, reżyser odleci z artystyczną wizją – fiasko gwarantowane. Błędy podczas montażu, promocji. Wreszcie, odpukać, zderzysz się w kinie z jakąś amerykańską mega produkcją – wszystko to ma ogromne znaczenie.

Krzysztof: Nawet pogoda może zaważyć na wynikach finansowych filmu. W przypadku “Bogów” doszło do branżowej anomalii – nasz drugi weekend obecności na dużych ekranach był lepszy niż weekend debiutu. Dlaczego? W weekend otwarcia był mecz piłkarski Polska-Niemcy.

Najgorzej.

Krzysztof: Z kolei “Sztuka Kochania” miała czołowe zderzenie z “Ciemniejszą Stroną Greya”. Nie przewidzieliśmy również ruchów konkurencyjnych dystrybutorów, którzy zadbali o to, by w kinach jednosalowych należących do prywatnych właścicieli, nie był emitowany żaden inny film. Byliśmy więc odcięci od stu ekranów przez kilka tygodni.

Piotr: W ostatecznym rozrachunku pokonaliśmy Greya, co uważam za niezwykły sukces Watchout Productions. Przebiliśmy ich wynik o pół miliona widzów. Nigdy się jednak nie dowiemy, ile tak naprawdę straciliśmy na tym starciu.

Krzysztof: Praca producenta w dużej mierze sprowadza się do zarządzania kryzysem, który wybucha średnio co tydzień. Naprawdę poważne zdarzają się raz na rok i mogą trwać tygodniami.

Piotr: To jak z wyprawą morską – czasem wieje i to ostro, łódź się chyli. Naszym zadaniem jest zadbanie o to, by cała ekipa wraz ze sprzętem nie wywaliła się za burtę i by dopłynąć do planowanego portu, a nie przypadkowego.

Kryzysy kryzysami, ale fakty są takie, że do tej pory wykazaliście stuprocentową skutecznością w dowożeniu wyników finansowych. Dlaczego?

Piotr: Po pierwsze nie oszczędzamy na developmencie i przygotowaniu produkcji zanim ruszymy pełną parą. Po drugie wybieramy historie dla widza, szukamy opowieści które mogą go zainteresować. To on od początku jest dla nas najważniejszy.

Co to oznacza w praktyce?

Krzysztof: Chodzi o dokładną wycenę kosztów projektu, zanim w ogóle wyruszymy po budżety. W przeciwieństwie do innych polskich producentów nie szczędzimy pieniędzy na tym etapie. Development jest kluczowy. Później nasza praca sprowadza się do egzekucji wszystkiego, co założyliśmy na tym pierwszym etapie.

Piotrek: Wydajemy na to kwoty rzędu 400 - 500 tys zł, czyli średnio dwa razy więcej niż inni. Jest to ryzyko, bo może się okazać, że proces pozyskania inwestorów się nie powiedzie. My jednak mocno wierzymy w produkcje, za które się zabieramy. Staramy się przepracować każdy szczegół, wszystko dokładnie obliczyć, ujęcie po ujęciu, postać za postacią wprowadzić do Excela. Od samego początku dobieramy obsadę, przeprowadzamy próby aktorskie. Tworzymy animatik. Pracujemy z reżyserem, operatorem, dźwiękowcami czy scenografami. Poddajemy scenariusz analizom. Punktowane są m.in. aspekty, które mogą zniechęcić widza.

Na przykład?

Piotr: Mieliśmy spore obawy, że widz znienawidzi Wisłocką.

Niby dlaczego?

Piotr: Bo była silną, decyzyjną osobowością. Bo zmierzyliśmy się z prawdziwym człowiekiem i jego historią, z człowiekiem który ma wady, popełnia błędy, a nie z fikcją. Nie mogliśmy wykreślić ze scenariusza kłopotów rodzinnych Michaliny, bo to było częścią jej historii, która doprowadziła do tego co mogla stworzyć i dać od siebie światu. Do tego postanowiliśmy zaangażować do tej roli piękną kobietę, Magdalenę Boczarską.

Chcesz powiedzieć, że polska widownia jest na bakier z silnymi kobietami? A gdy w dodatku są piękne, to już pozamiatane?

Piotr: Istniało takie ryzyko, ale, jak widać, widzowie pokochali Wisłocką. My jednak musieliśmy dokładnie zbadać grunt, zanim weszliśmy na niego z milionowymi wydatkami.

Krzysztof: Różnimy się również tym, jak pracujemy na planie.

Piotr: Wielu producentów daje wolną rękę swoim reżyserom, pozwalają im w pełni realizować własną wizję artystyczną. Oczywiście, kupuje to krytyków filmowych, ale widz może się w tej wizji pogubić, i to w konsekwencji może kosztować sporo pieniędzy. Tymczasem nam bliżej jest do amerykańskiego modelu pracy - producent jest stale obecny na planie.

Słyszałam, że bez waszej wiedzy reżyser nie może nawet wprowadzić innego koloru skarpetek na plan.

Piotrek: Gdyby tak było, już bym nie żył (śmiech). Któremuś z reżyserów z pewnością puściłyby nerwy. Nidy bym też takiej sytuacji sobie nie życzył. Jak bym chciał by reżyserem, to bym to robił, a dziś jestem producentem. Moja obecność na planie sprowadza się do odciążenia reżysera tak, by zajmował się on wyłącznie tworzeniem filmu – pracą z aktorami, ekipą. Dzięki temu nie musi on zawracać sobie głowy np rozwiązywaniem konfliktów. Kiedy natomiast przychodzi do podjęcia decyzji bo konieczne są zmiany, dbam o to by trzymać kierunek, by wizja była wciąż ta sama, byśmy nie zbaczali z ustalonej ścieżki. Wchodzimy na plan przygotowani i ja pilnuje byśmy trzymali się wypracowanych założeń.
Jakie znaczenie ma promocja?

Krzysztof: Znamy mnóstwo przykładów filmów, które zostały źle poprowadzone na ostatniej prostej, czyli w procesie promocji. Tymczasem ma ona kluczowe znaczenie, zwłaszcza w weekend otwarcia. Zapraszamy widzów do kin, sprzedajemy jakąś obietnicę, podsycamy zainteresowanie. Do weryfikacji tych obietnic dochodzi bardzo szybko, bo już w drugi weekend emisji filmu w kinach. Jeżeli udaje się zgromadzić ponad milionową widownię, oznacza to, że wszystko zostało zrobione, jak należy – promocja była przekonująca, jak i sam produkt się obronił, bo ludzie go polecają.

Co się składa na udaną promocję?

Piotr: Bardzo ważne jest, by nie zajmowali się nią ludzie, którzy wcześniej byli po łokieć zaangażowani w pracę na planie. To jest bardzo ryzykowne.

Dlaczego?

Piotr: Bo producent jest tak bardzo wymęczony pracą na planie – gdy dochodzi do tego kluczowego momentu promocji, to po prostu opada z sił. Dlatego bardzo ważny jest podział ról w zespole tak, by zawsze był dopływ świeżego powietrza. Po kilku miesiącach kręcenia, a później montażu osobiście nie mogę już patrzeć na film, a co dopiero zajmować się jego reklamowaniem. I wtedy pełny podziwu patrzę, jak do gry wkracza Krzysztof z ekipą i rozkręca promocję.

Krzysztof: Ważne jest także, by nie podchodzić do promocji jak do taśmy produkcyjnej w fabryce Ford. Każdy produkt jest inny, dlatego każda kampania jest mocno sprofilowana. O “Bogach” można było powiedzieć, że jest to film o facetach dla facetów. Z kolei “Sztuka Kochania” była historią o kobietach opowiedziana przez kobiety kobietom. Każdy szczegół miał znaczenie - od kolorystyki plakatów po szatę graficzną. Uruchomiliśmy nawet kampanię społeczną, zadbaliśmy również o ponowne wydanie legendarnej książki Wisłockiej.

Piotrek: Zawsze staramy się przemawiać do widzów ich własnym językiem. Mówi się , że Polsce jest 4 mln potencjalnych osób, które chętnie chodzą do kin. Zawsze się zastanawiamy, co możemy zrobić, by przekonać ich do kupna biletu akurat na naszą produkcję. W przypadku “Bogów” liczyliśmy na to, że do kin przyjdą również ci, którzy pamiętają Zbigniewa Religę. Z kolei przy Wisłockiej udało się nam ściągnąć widownię, która czytała książkę. Później słyszeliśmy od kiniarzy, że “nigdy nie mieli tyle starszych osób na seansach”. To nas wzrusza, bo to znaczy, że udaje się nam nawiązać dialog z widzem. Zaczepiamy go tematem, a on odpowiada przychodząc do kina.

Mówicie jak rasowi biznesmeni. Tymczasem nie porzucacie ambicji brylowania na festiwalach. Otrzymaliście już Złote Lwy za “Bogów”. “Sztuka Kochania” również znalazła się w oficjalnej selekcji konkursu głównego na Festiwalu w Gdyni, gdzie zawalczy o swojego Lwa. Jak to jest siedzieć na dwóch krzesłach jednocześnie?

Krzysztof: My opowiadamy historie, szanujemy widza, nie uważamy, że może go zainteresować byle co i myślę, że dzięki temu trafiamy na festiwale. Dodatkowo jakość ma dla nas priorytetowe znaczenie, to wspólny mianownik wszystkich naszych produkcji. Wiemy, że tak naprawdę jesteśmy niewielkim domem produkcyjnym i należy mierzyć siły na zamiary. Dlatego musimy być butikiem, który szyje na miarę możliwie najbardziej jakościowo. Fakt, że trafiamy do widowni i na festiwale to super prognoza dla całego środowiska filmowego. Można być kinem festiwalowym i dotrzeć z nim do szerokiej widowni.

To skąd te miliony w salach kinowych?

Krzysztof: Najwyraźniej idealnie trafiliśmy z tematyką. Jeżeli żyjemy w kraju, gdzie, dajmy na to, pada przez 300 dni w roku, to wyprodukowanie wytwornych szpilek nic nam nie da. Sprzedamy najwyżej kilkadziesiąt par. Z kolei jeżeli wypuścimy na rynek ekskluzywne kalosze, to nasze szanse na duże zasięgi rosną gwałtownie. Z tym produktem trafimy w punkt. Przy produkcji filmów jest podobnie. Trzeba umieć opowiedzieć film w jednym zdaniu. Jeżeli potrafimy to zrobić, to znaczy, że wiemy, co chcemy ludziom powiedzieć. Mamy duże szanse na to, że przełamiemy lody. Ważne jest przekonanie, że sami chętnie poszlibyśmy na ten film i znamy tysiąc innych osób, którzy by zainteresowali się opowiadaną przez nas historią.
Przy waszej najnowszej produkcji porwaliście się na głębokie wody.

Piotr: To prawda, podejmujemy największe ryzyko w historii Watchout Productions. Zabraliśmy się za produkcję w języku angielskim i zamierzamy wyjść z nią na rynki międzynarodowe. Obsada w dużej mierze składa się z amerykańskich i rosyjskich aktorów. Rolę główną zagra zdobywca Oscara - William Hurt. Z kolei z polskich aktorów zagra Robert Więckiewicz.

O czym będzie ten film?

Krzysztof: Będzie to kino szpiegowskie. Fabuła jest osadzona w czasach zimnej wojny, konfliku kubańskiego. To historia w której polska znajdzie się w centrum wielkiej międzynarodowej polityki Bohater podobnie jak Wisłocka czy Religa stanie przed ogromnym wyzwaniem zawalczenia o dobro ludzkości. Tak jak do tej pory opowiadaliśmy prawdziwe historie, tak teraz zostawimy widza z pytaniem czy ta historia wydarzyła się naprawdę czy jest po prostu aktualna w temacie.

Ile wyniesie budżet?

Krzysztof: 15 milionów 900 tysięcy złotych. Jest już w pełni zebrany. Zaczynamy kręcić zdjęcia zimą.

Niemal trzy razy więcej niż w przypadku poprzednich produkcji… Macie zagranicznych inwestorów?

Krzysztof: Nie, wśród producentów mamy samych Polaków. Zdajemy sobie sprawę, że przed nami ogromne wyzwanie. Musimy się nauczyć reguł gry, jakie panują na globalnych rynkach. Podobnie jak przy poprzednich projektach naszym pierwszorzędnym celem jest zwrot inwestycji dla wszystkich naszych partnerów zaangażowanych w produkcję.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...