W tych dziedzinach Polacy wygrywają z Zachodem. Wystarczy spojrzeć na nasze wynalazki medyczne

Uczestnicy panelu: Łukasz Grass (Business Insider Polska), Maciej Witucki (Orange Polska), Aleksandra Przegalińska-Skierkowska (Akademia im. Leona Koźmińskiego), Krystian Jażdżewski (Warszawski Uniwersytet Medyczny), Jacek Czerniak (Citi Handlowy).
Uczestnicy panelu: Łukasz Grass (Business Insider Polska), Maciej Witucki (Orange Polska), Aleksandra Przegalińska-Skierkowska (Akademia im. Leona Koźmińskiego), Krystian Jażdżewski (Warszawski Uniwersytet Medyczny), Jacek Czerniak (Citi Handlowy). Fot. INN:Poland
Z jednej strony, polscy przedsiębiorcy w wielu dziedzinach – jak rynek IT czy wymagająca najwyższych kwalifikacji medycyna – dogonili już Zachód. Z drugiej jednak strony, zarówno systemowo i administracyjnie, jak i mentalnie, pozostajemy z tyłu i niewykluczone, że tak będzie w przyszłości. Konkluzje, do jakich doszli uczestnicy panelu „Polska za 20 lat. Jak technologia zmieni rzeczywistość”, który odbył się podczas tegorocznego EFNI, wcale nie były jednoznaczne.

– Oczywiście, że są takie dziedziny, w których Polska już dziś dogoniła państwa rozwinięte. Mamy kilku czempionów na światową skalę. Mamy talenty, które bez kompleksów wchodzą w świat globalnej gospodarki – przekonywał Maciej Witucki, przewodniczący rady nadzorczej Orange Polska i były prezes Telekomunikacji Polskiej, podczas zorganizowanego w Sopocie panelu. – A jednocześnie trzeba jasno to powiedzieć: przyszłość wygrywają ci, którzy potrafią trafnie przewidywać rynkowe zapotrzebowanie – dodawał. Innymi słowy, żadna przewaga nie jest dana na zawsze, wyścig trwa nieustannie i Zachód nie będzie czekać, aż go dogonimy, bo sam będzie pędzić do przodu.

Profilaktyka miarą awansu cywilizacyjnego
Tylko jak przewidzieć zainteresowanie? W biznesie bywa to trudniejsze od opracowania samego pomysłu czy technologii, nawet jeśli są genialne i przełomowe. Weźmy choćby przypadek prof. dr hab. Krystiana Jażdżewskiego – wybitnego badacza Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i kierownika Laboratorium Genetyki Nowotworów Człowieka, działającego w CeNT. Dziełem podległego prof. Jażdżewskiemu zespołu jest test genetyczny, który pozwala bardzo precyzyjnie ocenić możliwość zapadnięcia przez badanego na rozmaite nowotwory.
Cena podobnego, kompleksowego testu profilaktycznego na Zachodzie sięga 2000 euro – dzięki swojej technologii Polacy robią dwudziestokrotnie (!) taniej: za 399 złotych. – I moglibyśmy przebadać całą populację – podkreślał podczas panelu w Sopocie prof. Jażdżewski. Jego zespół zrobił już w tej dziedzinie pierwszy krok – w ciągu ostatnich czterech miesięcy przebadano już za pomocą polskiej technologii pięć tysięcy osób, piętnaście tysięcy zapisało się na badania. Kłopot w tym, że zainteresowanie jakże ważnym badaniem – zarówno ze strony przeciętnego Polaka, jak i władz – jest niewielkie. – Mamy narzędzie, które pozwala odpowiedzieć na powszechne i ważne pytania o naszą przyszłość. A jednocześnie nie potrafimy go odpowiednio opakować w zakresie komunikacji z ludźmi. Nie potrafimy przekonać ludzi, żeby z niego korzystali – dodawał.
Przyczyny? Jak zwykle: złożone. Po pierwsze, Polacy wydają się nie mieć świadomości korzyści wynikających z profilaktyki, najchętniej myślą „mnie się to nie przytrafi”, albo „jak się coś kiedyś okaże, to się będę martwić”. Po drugie, test tego typu bywa traktowany jak zbędny wydatek: skoro się świetnie czuję, to po co wydawać te 400 złotych? Po trzecie, podobne podejście prof. Jażdżewski odnotował w resorcie zdrowia, gdzie – jak podkreślał w Sopocie – spotkał się z reakcją typu „po co badać, skoro się okaże, że trzeba będzie leczyć”. Oczywista konkluzja, że leczenie rozwiniętego nowotworu zamiast zapobiegania mu jest znacznie droższe, wydaje się wszystkim umykać. – Może to jest właśnie miara przepaści cywilizacyjnej: podejście do profilaktyki – mówił Jażdżewski.

Jest jednak coś jeszcze. – Nie mamy się czego wstydzić pod względem know how. Nasi naukowcy doskonale się wpisują w światowe badania, jeżeli wyjeżdżają nawet na Zachód – to zawsze wracają, stosujemy te same narzędzia, mamy tak samo jak na Zachodzie wyposażone uniwersytety – wyliczał badacz z WUM. Ale jest też kruczek: za zachodnie rozwiązania polska nauka płaci więcej niż zachodnia. Ta sama maszyna w USA czy Francji kosztuje 300 tys. dol., a w polskiej instytucji może kosztować 500 tys. zł. – Trudno, żebyśmy rozwijali się w tym samym tempie, płacąc więcej – konkludował naukowiec.

Grunt to skuteczna komunikacja
Pewnie należałoby zatem postawić na polskie technologie i idee znad Wisły. Łatwiej jednak powiedzieć niż zrobić. – Problemem nie jest to, że polscy naukowcy i eksperci nie są w stanie czegoś wymyślić. Problem polega na tym, że nie ma jak skomercjalizować takich projektów. Nie ma wizji i systemu wsparcia – sekundował Jacek Czerniak, Dyrektor Departamentu Klientów Globalnych Citi Handlowy. Akurat polski sektor bankowy na tle innych branż wypada bardzo dobrze: pod względem adaptowania nowinek technologicznych wiedziemy prym, nasze rodzime banki chętnie też inwestują w start-upy zajmujące się fin-tech.

Z drugiej jednak strony, podobnie jak w przypadku wyrafinowanej medycyny, przełomowe technologie potrafią tu zachwycać przede wszystkim specjalistów. Weźmy blockchain – technologia, która stała się źródłem zachwytu i badań wszystkich globalnych korporacji i lwiej części środowiska informatyków, przeciętnemu Polakowi jest praktycznie nieznana, a media łatają tę lukę z olbrzymim trudem. – Luka bywa dobrą rzeczą. Gdy pada system, ci, którzy tkwią z boku, potrafią przetrwać – podkreślała z przekorą Aleksandra Przegalińska-Skierkowska, ekspertka w dziedzinie rozwoju nowych technologii z Akademii im. Leona Koźmińskiego. Ale i ona nie miała wątpliwości, że w „gonieniu” świata bycie z boku może jedynie odgrywać rolę hamulcową. – Takie sprawy, jak technologia blockchain powinny wchodzić do mainstreamu – dodawała badaczka.
To kłopot na miarę nieumiejętności „sprzedania” ludziom konieczności dokonywania badań profilaktycznych – przekonywała Przegalińska-Skierkowska. Z jej doświadczenia wynika, że najczęściej projekty wysokotechnologiczne, opierające się na skomplikowanych, ale i rewolucyjnych, rozwiązaniach – najczęściej utykają, bo nie sposób łatwo wytłumaczyć ludziom, jaka jest ich waga. Natomiast projekty z „niską barierą wejścia”, ale bez szansy na patenty, można skomercjalizować stosunkowo szybko.

Sprawa jest tym bardziej paląca, że wraz z „Rewolucją 4.0” zaczynają znikać tradycyjne miejsca pracy – zarówno tej fizycznej, w fabrykach, jak i umysłowej, np. w bankowości. Proces dotknie zwłaszcza mężczyzn, bo robotyka wypiera przede wszystkim pracujących „przy taśmie” niż przedszkolanki. Bez paniki – dowodziła jednak badaczka z Akademii im. Leona Koźmińskiego. – Bezrobocie technologiczne mamy od XIX wieku, technologia zabierała jedne miejsca pracy, a dawała inne – mówiła Przegalińska-Skierkowska. – Trzeba też brać pod uwagę opór samych ludzi: telemarketerzy mieli zniknąć już dawno temu, a mimo rozwoju botów ludzie wciąż nie chcą rozmawiać z maszynami – dodawała.

Wyzwanie dla każdego
– Zmienia się też system pracy: stary zastępuje nowy, bardziej elastyczny i mobilny. Zarządzanie staje się coraz bardziej oderwane od miejsca wykonywania konkretnej pracy i usługi. Coraz więcej firm, w których szef odpowiedzialny za duży oddział, również na skalę regionalną czy europejską, siedzi w Warszawie. Co akurat potwierdza silną pozycję Polski na mapie Europy – mówił Jacek Czerniak. To oznacza jednak również inną ewolucję: ewolucję kompetencji. – Przyszły robotnik czy osoba wykonująca najprostszą w danym biznesie pracę, będzie musiał posiadać w przyszłości kompetencje takie, jak dziś pracownik średniego szczebla czy przynajmniej ze średnim wykształceniem – mówił Maciej Witucki.

To stanowi kolejne wyzwania: dla systemu edukacji, który będzie musiał produkować nie tylko geniuszy, wymyślających przełomowe technologie, ale i tych pracowników, którzy będą musieli mieć kompetencje do ich obsługiwania; dla budżetu państwa, który wraz z rozwojem robotyki może okazać się skazany na jakąś formę dochodu podstawowego, o czym z taką pasją dyskutuje się dziś na Zachodzie; czy wreszcie dla prawodawców, którzy za tymi wszystkimi przemianami będą musieli nadążać i tworzyć prawo kompatybilne z potencjałem nowych technologii oraz ambicjami używających ich ludzi. – Może zatem i tworzenie prawa będziemy musieli powierzyć sztucznej inteligencji – podsumowywała, pół-żartem pół-serio, Przegalińska-Skierkowska. Jedno jest pewne: „doganianie” to proces wieloetapowy, w którym każdy z nas może dołożyć swoją cegiełkę.

Partnerem relacji jest CITI HANDLOWY

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...