Za 5 lat będziesz śmiać się z pracy, jaką wykonujesz dzisiaj. O ile będziesz ją mieć, bo bez zmian się nie obędzie

Zawody kreatywne, wymagające nieszablonowego działania, są bezpiecznym kierunkiem rozwoju, w przeciwieństwie do zawodów opartych na czynnościach powtarzalnych i schematycznych.
Zawody kreatywne, wymagające nieszablonowego działania, są bezpiecznym kierunkiem rozwoju, w przeciwieństwie do zawodów opartych na czynnościach powtarzalnych i schematycznych. Foto: Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta
Aż 65 proc. dzisiejszych sześciolatków będzie za 20 lat pracowało w zawodach, których dziś nie znamy. I nie mówimy tu o takich zajęciach, jak operator drona czy spec od mediów społecznościowych – bo te zawody są już czymś normalnym, choć kilka czy kilkanaście lat temu nikt o nich nie słyszał. Na dodatek edukacja musi trwać całe życie, bo inaczej wypadniemy z zawodowego obiegu. I już do niego nie wrócimy.

W cyfrze siła
Już dziś eksperci przewidują, że zmiany technologiczne skutkujące automatyzacją i cyfryzacją wielu czynności umysłowych i fizycznych, przyczynią się do zniknięcia z rynku pracy wielu zawodów. O pracę będą się obawiać osoby z profesji takich jak: robotnik rolny, sprzedawca, recepcjonista, księgowy, bibliotekarz, agent ubezpieczeniowy, urzędnik bankowy lub pocztowy. Są one w ponad 90 proc. zagrożone automatyzacją.

Ratunkiem dla pracowników są zawody kreatywne, wymagające nieszablonowego działania, są bezpiecznym kierunkiem rozwoju, w przeciwieństwie do zawodów opartych na czynnościach powtarzalnych i schematycznych.

W ciągu najbliższych lat przez rynek pracy przetoczy się cyfrowe tsunami – piszą autorzy raportu "Aktywni+. Przyszłość rynku pracy". Ich zdaniem cyfrowe technologie – zarówno te, które znamy i oswajamy obecnie, jak i te, które dopiero zostaną wymyślone – zrewolucjonizują gospodarkę, odmienią sposób funkcjonowania przedsiębiorstw i instytucji publicznych, a przede wszystkim będą miały ogromny wpływ na charakter pracy.

Co ciekawe, przyszłość rynku pracy oraz wizja korporacji przyszłości, jest bardzo, bardzo mglista. Wystarczy przypomnieć, że jeszcze kilka lat temu wielu futurologów wieszczyło koniec pracy w biurze i gwałtowny rozwój pracy zdalnej. I tak naprawdę trudno powiedzieć, czy to zadziałało. Z jednej strony mamy bowiem przykład Amazona, który zatrudnia kilka tysięcy osób w systemie pracy zdalnej. Są to jednak osoby pracujące w niepełnym wymiarze godzin. Do biura nie musi przychodzić jedna czwarta pracowników koncernu Dell.

Ale z podobnych pomysłów wycofał się IBM. Najpierw wysłał swoich pracowników do domów, potem kazał im powrócić. Wewnętrzne badania firmy wykazały, że pracownicy działu marketingu są bardziej skuteczni i mają większą satysfakcję z pracy, gdy są w biurze, a nie w domu.

– Jeszcze kilkanaście lat temu media społecznościowe nie istniały, a dziś całe rzesze ludzi pracują jako specjaliści właśnie w tej dziedzinie. To, co jest pewne, to to, że w przyszłości ludzie nie będą musieli pracować tyle co dziś. Klasyczny 8-godzinny dzień pracy przestanie obowiązywać – twierdzi Natalia Hatalska, analityk trendów i blogerka.
Reasumując – żaden szanujący się analityk nie będzie prognozował przyszłości rynku pracy czy kreślił wizji przedsiębiorstw w długiej perspektywie czasowej. Wszystko dzieje się zbyt szybko. Dziś możemy jedynie analizować rzeczywistość i myśleć o tym, co będzie za lat kilka. No, może kilkanaście.

Co wiemy?
W oceanie niepewności, jedno jest całkowicie jasne – praca w przyszłości nie będzie przypominać tej, którą wykonywali nasi rodzice. Ba, nie będzie przypominała tego, co robimy dziś.

– Choć większość Polaków nie dopuszcza do siebie tej myśli, praca na etacie w ramach jednego zawodu stanie się rzadkością. Tempo adaptacji nowych technologii będzie spowalniane przez tzw. bariery społeczne i organizacyjne. Nie we wszystkich gałęziach gospodarki będzie się opłacało zastępować pracę ludzi pracą maszyn i robotów, nie we wszystkich czynnościach roboty będą bardziej cenione niż ludzie; dotyczy to zwłaszcza zawodów, w których liczy się kontakt z drugim człowiekiem – twierdzi dr Renata Włoch z Instytutu Socjologii UW.

W swoich badaniach zidentyfikowała nowe rodzaje zatrudnienia, jakie już dziś istnieją i zyskują na popularności. Są to np. dzielenie się pracownikiem przez kilku pracodawców, dzielenie się pracą przez kilku pracowników, wynajmowanie ekspertów (co już widać po rosnącej roli interim managerów, wynajętych do zrealizowania konkretnego zadania), praca voucherowa (czyli pakiet pracy kupowany od organizacji pośredniczącej).

Znacznie rośnie rola freelancerów, wykonujących zlecenia dla wielu klientów, pieśnią przyszłości jest crowdworking, czyli dzielenie zadań za pośrednictwem platformy a także praca na wezwanie, gdy pracodawca dzwoni tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje.

Wszystko to wymaga silnego przedefiniowania roli pracownika oraz kompetencji menedżerów przyszłości. Pewne jest to, że ci drudzy nie mogą być specjalistami w wąskiej dziedzinie. A jedni i drudzy muszą ciągle się uczyć.

– Żyjemy w czasach wielkiej niepewności. Rynek ulega dynamicznym zmianom. Każdy biznes może jutro przestać istnieć. W ciągu najbliższych dwóch dekad rozwój technologiczny będzie postępował szybciej, niż w ostatnich dwóch stuleciach. Nie ma mowy o budowaniu konkurencyjnego biznesu bez oparcia go na nowych technologiach. Wiele odpowiedzi na pytania dotyczące przyszłości świata, znalazłem właśnie w Singularity University. Obcowanie z ludźmi, którzy tworzą największe projekty technologiczne na świecie, zmieniają świat, było jednym z najciekawszych doświadczeń z moim życiu zawodowym – mówi w rozmowie z naTemat Sebastian Kulczyk.

Od dziecka
To nie rynek pracy ma się dostosować do systemu edukacji, ale odwrotnie. Rozumieją to władze niewielu państw i robią rzeczy dla innych niepojęte i rewolucyjne. Kraje, które mają jedne z najlepszych systemów edukacji na świecie to np. Finlandia i Singapur. Ich rządy już dawno odeszły od założeń, jakimi kierują się inni.

To, co robią, może się nam wydawać szokujące. Oceny? Po co komu oceny – ważniejsze jest rozwijanie różnych umiejętności życiowych, zainteresowań oraz ciekawości. Na przykład w Singapurze finalna ocena na koniec podstawówki jest sumą stopni ze wszystkich przedmiotów. Premiowane są nie tylko postępy w nauce, ale i przezwyciężanie własnych słabości, rozwój artystyczny czy sportowy.

Uczeń nie musi być dobry z wszystkiego, nie musi się ścigać na oceny z innymi dziećmi. Bo najlepsi uczniowie nie dostają na koniec roku nagród. W Singapurze uznano, że to normalne, iż ktoś jest w czymś lepszy, a w czymś gorszy. Ważne jest to, by go popchnąć w kierunku, który wybrał i dać mu szansę do samodoskonalenia się.

Po dorosłość
– Wyzwania, które stoją przed nami w zakresie podnoszenia kompetencji społeczeństwa, to przede wszystkim edukacja. Zarówno przekazywanie informacji o tym, jak korzystać z technologii, jak i edukacja wykorzystująca te technologie. Istotne jest to, aby nie tylko mówić o tym, jak obsługiwać smartfon. Chodzi o to, aby przekazywać wiedzę w sposób nowoczesny. To oswojenie z technologią od małego i zrozumienie, na czym ona polega – mówił niedawno Marek Zagórski, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.
Podobne wnioski leżą u podstaw Singularity University. Twórcy tej instytucji twierdzą, że taki system może być dla tradycyjnych i staroświeckich przedsiębiorstw tym, czym meteor dla dinozaurów. Korporacyjne dinozaury, które nie potrafią dostosować się do błyskawicznie zmieniającej się rzeczywistości, wymrą. Ich miejsce zajmą zwinne i szybkie organizacje wykładnicze.

Czym są organizacje wykładnicze? To nie tylko modny termin z dziedziny zarządzania. Organizacja wykładnicza rozwija się wykorzystując aktywa, takie jak społeczności sieciowe, big data, algorytmy i najnowsze technologie. Odrzuca typowy i tradycyjny sposób rozwoju, stopniowy czy liniowy. Przykład? Stosunkowo niedawno powstał zupełnie nowy rynek, na którym handluje się algorytmami. Duże firmy mogą kupić algorytmy, które szybko pomagają im w analizie danych. I windują biznes na jeszcze wyższy poziom.

Zresztą autorami definicji i nowego systemu zarządzania organizacją wykładniczą są założyciele wspomnianego już Singularity University.

Ten „uniwersytet osobliwości” powstał zaledwie 9 lat temu, jako prywatna instytucja edukacyjna. Nie nadaje stopni naukowych, nie wystawia ocen. Idziesz tam dlatego, że chcesz. Ale chęć to nie wszystko, trzeba mieć już trochę wiedzy.
– Przede wszystkim jest to bardzo ciekawa, komplementarna forma edukacji. Jest idealna dla ludzi już częściowo uformowanych, o określonych kompetencjach. Nie mają już potrzeby zdobywania wiedzy ogólnej, ale jej suplementowania, potrzebę inspiracji. Wykonują swoją pracę w rutynowy sposób i nagle zostają skonfrontowani z jakąś pokrewną albo nawet bardzo odległą dziedziną. Jakiś profesor czy przedsiębiorca opowiada im w bardzo bezpośredni sposób o tym, co robi i to im daje kopa, żeby przemyśleć to, co robią i w jaki sposób to robią – mówi w rozmowie z INN:Poland Aleksandra Przegalińska, filozofka, badaczka rozwoju nowych technologii.

Doktoryzowała się w filozofii sztucznej inteligencji w Zakładzie Filozofii Kultury Instytutu Filozofii UW. Obecnie pracuje i studiuje na MIT w Bostonie.

Podobnych systemów edukacji dla menedżerów jest na świecie kilka. Z jednej strony mamy np. cieszące się olbrzymim powodzeniem konferencje TEDx, podczas których naukowcy czy biznesmeni potrafią porwać tłumy opowieściami o swojej pracy i problemach, jakie próbują rozwiązać. Z drugiej są studia typu MBA, ale to już miejsce dla typowych menedżerów, którzy mogą nauczyć się nowego sposobu zarządzania swoją organizacją. Singularity University plasuje się gdzieś pośrodku.

– Podczas zajęć na Singularity University w bazie NASA mieliśmy np. zajęcia związane z rakietami kosmicznymi. Ale zamiast 20 godzin wykładów z teorii tego co to jest i jak to działa, mieliśmy 3 godziny kursu, który pokazał nam jak je kontrolować, zaprogramować i wykorzystać – mówi w rozmowie z INN:Poland Łukasz Młodyszewski, co-founder i CEO w Nightly.

– Taka forma będzie się bardzo rozprzestrzeniała w przyszłości, bo ludzie będą mieli coraz więcej potrzeb. Praca intelektualna, którą wykonujemy, staje się coraz bardziej kompleksowa. Potrzebujemy nowych umiejętności, wiedzy, zdolności technicznych. Połączenie tego wszystkiego w tradycyjnych formach kształcenia nie zawsze jest możliwe. A to jest edukacja „on demand” – zainteresował mnie ten wykład, więc na niego pójdę. Bo może mi to pomóc w pracy, którą wykonuję – twierdzi dr Przegalińska.

Są to umiejętności, które stają się coraz bardziej wartościowe na rynku pracy na całym świecie. Podnoszenie kompetencji w każdym momencie kariery staje się wręcz nieodzowne, bo tego typu firmy potrzebują zupełnie nowego rodzaju pracownika, wszechstronnego, będącego na bieżąco z technologiami.

Co ciekawe, przykładem takiej osoby jest sama dr Przegalińska – to nie tylko naukowiec, ale i rozchwytywana mówczyni i wykładowca. Filozofka zajmująca się sztuczną inteligencją, robotami i technologiami ubieralnymi.

– W moim przypadku trzeba wziąć pod uwagę fakt, że robiąc swój doktorat wstrzeliłam się – zupełnie przypadkowo – w temat bardzo modny. Na wykłady przychodzi bardzo dużo ludzi zainteresowanych sztuczną inteligencją. Jedni się jej boją, martwią się, że stracą pracę, inni z kolei myślą, że im pomoże. Są to entuzjaści i optymiści, ale przychodzą też start-upowcy, menedżerowie różnego szczebla z firm i korporacji, którzy próbują coś zmienić, albo otworzyć na nowości. To bardzo zdywersyfikowane grono ludzi – mówi nam.

Ucz się, albo giń
Łukasz Młodyszewski przyznaje, że kilkutygodniowy kurs w prywatnej instytucji edukacyjnej, sponsorowanej przez firmy technologiczne dał mu zupełnie nowe spojrzenie na świat i biznes. A poza tym całe mnóstwo kontaktów.
– To może dziwne, ale więcej mam większy kontakt z ludźmi, z którymi spędziłem 10 tygodni jako słuchacz SU, niż z kolegami ze studiów. A przecież trwały kilka lat – mówi nam Łukasz. Był niedawno uczestnikiem 10-tygodniowego letniego kursu.

– Taki program można w minimalnym stopniu porównać do studiów MBA. Są też krótsze kursy oraz zestaw konferencji w różnych miejscach na świecie – zresztą jedna odbędzie się niedługo w Polsce. Zajęcia zaczynały się o ósmej rano, nierzadko kończyliśmy po północy. I przez cały czas wlewają w ciebie wiedzę. Na dodatek ten program odbywał się w bazie NASA. Jesteś więc dosłownie odgrodzony od świata, nie za bardzo masz gdzie wyjść. Jesteś na 3 miesiące wyciągnięty z życia, wszyscy nie dosypiają – w sumie nie dlatego, że się nie da, ale dlatego, że jesteś otoczony świetnymi ludźmi, niesamowitymi wykładowcami – mówi nam.

Łukasz Młodyszewski dodaje, że nawet wykłady czy krótsze, na przykład tygodniowe kursy są dla wielu osób świetną opcją. Tego typu rozwiązania edukacyjne są również organizowane przez SU, pod nazwą Executive Program.

– To szybki program, uczący nowoczesności i rozwiązywania problemów. Tam widać przede wszystkim zapracowanych CEO-sów, którzy na co dzień nie mają czasu, żeby się wdrożyć np. w nowoczesne technologie. To świetne rozwiązanie, ponieważ to tylko tydzień, który zawsze da się wygospodarować. Przez ten czas z poziomu zapracowanego przedsiębiorcy awansujesz wyżej, uczysz się na doświadczeniach wielu kreatywnych i przedsiębiorczych ludzi. Wzajemna inspiracja jest najcenniejszą rzeczą w całym tym procesie. Tego nie zastąpią nawet najlepsze książki i artykuły – twierdzi.

Jeden z 74 oddziałów Singularity University znajduje się w Warszawie. W dniach 26-28 października w Polsce planowana jest impreza, sygnowana marką Singularity University. Będzie to kilkudniowe wydarzenie „Masters and Robots”, które zgromadzi ponad tysiąc osób zainteresowanych cyfrową transformacją i najnowszymi trendami w biznesie. W te dni Warszawa stanie się regionalną stolicą innowacji, a wydarzenie to będzie kolejnym etapem realizacji globalnej misji Singularity University.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...