Tak szybko nie rozwija się chyba żaden biznes nad Wisłą. Na nowej pasji Polaków zarabiają w tydzień ponad 15 tys. zł

425 tysięcy sztuk broni znajduje się w posiadaniu cywilnych właścicieli.
425 tysięcy sztuk broni znajduje się w posiadaniu cywilnych właścicieli. Fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta
„Dobrze prosperujący sklep jest w stanie zarobić nawet 50 tysięcy miesięcznie” – twierdzą eksperci, obserwujący rynek militariów dla cywilów nad Wisłą. Wystarczy pobieżnie przeliczyć klientów na strzelnicach w dużych miastach, by przekonać się, że ich przychody w przeciętny weekend mogą wysoce przebić 10 tysięcy złotych, nie licząc sprzedaży amunicji i akcesoriów. Polacy poczuli zew walki, a cała branża militarna odżyła.

425 tysięcy – tyle sztuk broni zarejestrowanych jest w Polsce przez prywatnych właścicieli. Oznacza to, ni mniej ni więcej, że w ciągu poprzedniego roku zarejestrowano aż 35 tysięcy sztuk uzbrojenia. Do tego niektórzy doliczają też repliki uzbrojenia XIX-wiecznego, które nie wymagają pozwolenia (od sześciu lat nie wymagają tego egzemplarze sprzed 1885 roku lub ich repliki).



– Faktyczny rozmiar rynku można spróbować ocenić np. po liczbie klientów strzelnic. Spośród tych regularnie otwartych nie znam ani jednej, która notuje spadającą liczbę gości – przekonywał na stronach portalu wnp.pl Jan Arkadiusz Kowalski, który prowadzi na YouTube kanał strzelecki Brzydki Burak.
I rzeczywiście, choć próba ustalenia konkretnych liczb graniczy z niemożliwością. W bazach danych tego typu firm znajdziemy ponad 350 adresów. – Tak, klientów nam ostatnio zdecydowanie przybywa – potwierdza nam pracownica jednej z warszawskich strzelnic, choć szczegółów nie chce podawać. – To przecież tajemnica handlowa – przekonuje nas z kolei właściciel jednej ze strzelnic w Poznaniu. – Proszę zadzwonić do agencji towarzyskiej i zapytać, ilu mają klientów dziennie – pointuje ironicznie.

Cóż, Kowalski próbuje oceniać na oko: jego zdaniem, wśród wszystkich strzelnic, z których korzystamy najpopularniejsze odwiedza nawet dwieście osób dziennie, zwłaszcza w weekendy. Te mniej popularne – około dziesięciu.

Prawda leży zapewne pośrodku. – W dni pracujące to jakieś 20-30 osób, w weekendy liczba ta może urosnąć do mniej więcej 150 osób – bez ogródek informuje INN:Poland Piotr Mioduchowski, właściciel warszawskiej strzelnicy PM Shooter. Z jego obserwacji wynika, że rzeczywiście w ostatnich miesiącach liczba osób zainteresowanych strzelectwem wzrosła, w przypadku jego firmy – o jakieś 10-15 proc. – Na klientelę zawsze składali się zarówno indywidualni pasjonaci strzelectwa, jak i klienci korporacyjni, którzy organizują na strzelnicy imprezy firmowe. Przyrost zainteresowanych dotyczy zwłaszcza tych pierwszych – dodaje Mioduchowski. Według ekspertów, polskie strzelnice mogły odnotować nawet 30-40 proc. wzrost liczby klientów.
W ten sposób banalny – przynajmniej z pozoru – biznes zaczyna się stawać całkiem nieźle prosperującym przedsiębiorstwem. Policzmy po dwadzieścia osób dziennie w tygodniu i setkę w dzień wolny od pracy. Przeciętna strzelnica za godzinę szkolenia chętnych liczy sobie od 50 do 100 złotych, w zależności od broni. W ciągu tygodnia przewija się zatem przez obiekt około trzystu osób. Jeżeli każda będzie strzelać tylko przez godzinę i z broni krótkiej, da to przychód na poziomie 15 tysięcy złotych tygodniowo.

Ale to dopiero początek wydatków, jakie ponoszą pasjonaci strzelania. Warszawska strzelnica AGVO liczy sobie złotówkę za tarczę, 2,60 zł za kulę kaliber 9 mm, 3,50 zł za kulę do rewolweru .357 Magnum, czy 4 zł za kulę do karabinu 7,62 mm. – Jeśli ktoś strzela regularnie, czyli raz na tydzień, zazwyczaj wyda na amunicję kilka tysięcy złotych rocznie – szacował autor Brzydkiego Buraka. Na boomie zarabiają poza tym sklepy sprzedające ekwipunek strzelecki, militarny lub myśliwski. Bo zawsze można mieć własne ochraniacze na uszy, okulary i optykę, a kto przychodzi na strzelnicę z własną bronią, potrzebuje zestawu futerałów czy kabur. – Sam mam wielu kolegów, którzy rocznie wydają 30-50 tys. zł, posiadając arsenał warty powyżej 100 tysięcy złotych, ale mam też takich, którzy rocznie wydają poniżej 5 tysięcy, posiadając arsenał warty około 10 tysięcy – podsumowuje Kowalski.

Według niego, giganci branży – jak choćby Polska Grupa Zbrojeniowa – nie przywiązują uwagi do segmentu „cywilnych” miłośników strzelectwa. Stąd też zapewne rozkwit warsztatów rusznikarskich: spora część sklepów z uzbrojeniem, a nawet niektóre strzelnice to przedsiębiorstwa o wielu twarzach – od wyrobu po handel i usługi. – Nawet osoba bez dużego doświadczenia na rynku może zarobić na sprzedaży broni, chociaż znaczne zyski mogą się pojawić po roku czy dwóch. Dobrze prosperujący sklep jest w stanie zarobić nawet 50 tysięcy złotych miesięcznie – kwituje autor Brzydkiego Buraka.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...