"Użeranie się z klientami potrafi napsuć krwi". Przedsiębiorcom skargi konsumentów wydają się absurdalne

Historie utarczek polskich mikroprzedsiębiorców z klientami bywają naprawdę barwne
Historie utarczek polskich mikroprzedsiębiorców z klientami bywają naprawdę barwne Mikołaj Kuras/Agencja Gazeta
Oszukali, nie sprzedali, wysyłają wadliwe towary – wystarczy dosłownie na moment wejść do sieci, by natknąć się na cały szereg skarg i utyskiwań na niewielkie polskie firmy. I o ile część z nich z pewnością ma swoje uzasadnienie, to rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę, jak obraz wygląda z drugiej strony barykady. A historie utarczek przedsiębiorców z klientami bywają naprawdę barwne.

Niedawno opisywaliśmy przypadek polskiego start-upu WoshWosh. Jego właścicielka, Martyna Zastawna, wprost przyznaje,
że na początku popełniła błąd i nie doceniła potencjału swojego biznesu
. I choć masowe skargi na jakość jej usług ucichły już wiele miesięcy temu, wielu internautów wciąż deprecjonuje wysiłki 27-letniej businesswoman.



– Możemy jakoś zrozumieć problemy z klientami opisywane przez właścicielkę, sami w swoich smallbiz wyciskamy z siebie siódme, a nawet ósme poty, a klienci bywają naprawdę różni – napisali do nas twórcy fanpage'a "Polski Mikroprzedsiębiorca". Spójrzmy więc na przykłady.

Kilka telefonów pozwala ustalić, że najbardziej dziwaczne historie to prawdopodobnie domena szeroko pojętej "wykończeniówki". Przedstawiciele tej branży zapytani o upierdliwych klientów zaczynają zazwyczaj od steku bluzg, by dopiero po kilku upomnieniach i prośbach o konkretne przykłady, przejść do rzeczy.
– Kilka lat temu dostałem korzystną propozycję wykończenia 200-metrowej powierzchni biurowej – położenie wykładzin, pomalowanie ścian, przestawienie mebli itd. – wspomina pan Jarosław, stołeczny przedsiębiorca.

Biznesmen opowiada, że termin wykonania umowy był dość napięty, całość trzeba było skończyć w trakcie jednego weekendu. Z pomocą kilku współpracowników mężczyzna dał jednak radę. Tym większe było jego zdziwienie, gdy pojawił się w budynku w poniedziałkowy poranek. - Okazało się, że nikogo tam nie ma. Firma (potem okazało się, że pochodząca z Chin), zapadła się pod ziemię. Ochrona twierdziła, że nie wie o co chodzi, nasz pośrednik po prostu zniknął. Straciłem sporo czasu, nerwów i pieniędzy – dodaje.

Inną nieprzyjemny epizod zaliczył pan Grzegorz, który dla odmiany nerwy stracił na użeraniu się z jedną z umiejscowionych w centrum Warszawy kancelarii prawnych.

– Podczas wykańczania wnętrza wszystko było w porządku, architekt przychodził i poklepywał nas po plecach. Sielska atmosfera skończyła się wraz z terminem odbioru – opowiada. I zaczęły się problemy. W jednym miejscu dopatrzono się, że ściana odbiega o 2 cm od projektu w innym że gres jest minimalnie krzywo położony. Wszystko po to, by finalnie nie zapłacić właścicielowi firmy remontowej. – Gdy zacząłem się upominać o swoje pieniądze zaczęli straszyć mnie prawnikami. Usłyszałem, że zniszczą mi firmę, jeżeli tylko będą chcieli – wspomina mężczyzna.
Jaki był finał tej historii? Okazało się, że kancelaria dogadała się za plecami właściciela firmy z jednym z jego pracowników, który miał przejąć część należnych jego szefowi pieniędzy. Sprytny podwładny wziął jednak zaliczkę i...po prostu znikł. A co z samym właścicielem? Po długich bojach udało mu się wytargować 30 proc. umówionej wcześniej kwoty. Od tej pory, jak twierdzi, sam korzysta na stałe z usług prawnika.

Z jeszcze innym problemem spotkał się Roman, który na co dzień zajmuje się stolarką. – Jednego ze zleceń, dotyczącego wykonania szafy wnękowej, nie udało mi się wykonać ponieważ po rozpoczęciu prac zostałem zalany falą skarg – mówi. O co poszło? O pył, który pojawiał ilekroć mężczyzna próbował przyciąć kawałek drewna. A dokładniej – o alergię, którą miał wywoływać u syna zleceniodawczyni.

Nieprzyjemne sytuacje polskich mikroprzedsiębiorców nie ograniczają się jednak rzecz jasna tylko do mieszkań.

Właścicielka zakładu cukierniczego z Gdańska, pani Joanna, zapytana o kontakty z klientami wspomina. - Kiedyś musiałam wyrzucić gotowy tort, bo mojej klientce nie spodobał się jego odcień. Twierdziła, że umawiałyśmy się na inny.

– Znam przypadek, w którym kobieta napisała w wiadomości e-mail do pewnego sklepu m.in., że koloryzują i podkręcają zdjęcia, bo kolor wydawał się bardziej szary, a w opisie produktu widniało kilkukrotnie "czarny" – pisał do nas znowu „Polski Mikroprzedsiębiorca”, dodając. – Modne jest także czepianie się zapachów dostarczonych towarów. Największym absurdem z jakim mieliśmy styczność był problem nieprzyjemnego zapachu papierowego kartonika od tuszu do rzęs – czytamy. Pytanie: „Jak żyć”, aż ciśnie się na usta.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...