W ZUS święta trwają cały rok. Wydali milion złotych na premię dla zewnętrznych ekspertów

Zakład Ubezpieczeń Społecznych wydał w ubiegłym roku 1,1 mln złotych na umowy-zlecenia.
Zakład Ubezpieczeń Społecznych wydał w ubiegłym roku 1,1 mln złotych na umowy-zlecenia. Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta
1,1 miliona złotych wydał w zeszłym roku ZUS na 62 umowy-zlecenia podpisane z 39 osobami, wśród których znaleźli się członkowie zarządu Zakładu oraz specjaliści związani z instytucjami, w których pracowała dyrektor ZUS, Gertruda Uścińska. Umowa-zlecenie po raz kolejny okazuje się bronią obusieczną: z jednej strony bywa konieczna, żeby instytucja czy firma mogła funkcjonować. Z drugiej jednak – jest poręcznym narzędziem do maskowania nadużyć.

Listę umów-zleceń opublikowała „Gazeta Wyborcza”. Są na niej obecni wiceprezesi ZUS, a także specjaliści związani z Uniwersytetem Warszawskim i Instytutem Pracy i Spraw Socjalnych, gdzie dyrektor Uścińska wcześniej pracowała. Kontrowersji nie budzą w tym przypadku nawet kompetencje ekspertów, ile fakt, że wszyscy są w jakiś sposób zawodowo związani z obecną szefową ZUS.



Wrażliwa materia
Zlecenie zleceniu nierówne. Rekordzistą listy jest Krzysztof Dyki – za wsparcie w zapewnieniu bezpieczeństwa prawnego IT w ZUS miał on otrzymać 125,1 tysiąca złotych. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że Dyki jest od lipca członkiem zarządu odpowiedzialnym za IT. Z kolei Marek Deutsch, dyrektor jednego z departamentów Zakładu w okresie luty-październik 2017 r., miał w zeszłym roku zarobił na podstawie umowy-zlecenia 80 tysięcy złotych za usługę doradztwa strategicznego odnośnie Kompleksowego Systemu Informatycznego. „Kompleksową analizą systemu organizacyjnego, zasad działania Zakładu” zajmował się z kolei dyrektor gabinetu prezesa ZUS, dr Antoni Kolek.

„Gazeta” doszukała się też „co najmniej 10 byłych i obecnych pracowników Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych oraz Uniwersytetu Warszawskiego”. Dla dziennika najbardziej uderzające było to, że Zakład zdecydował się korzystać z zewnętrznych ekspertów (w momencie zawierania umów-zleceń), choć ma pod ręką 45 tysięcy własnych specjalistów. – Zewnętrzni eksperci stanowią poważne wsparcie w pracy etatowych pracowników Zakładu” – odpiera zarzuty ZUS. – Lata pracy naukowej związanej z ubezpieczeniami społecznymi sprawiają, że z częścią ekspertów prof. Gertruda Uścińska na swojej zawodowej drodze się zetknęła – kwituje.
– Proszę wziąć pod uwagę, jak szeroki jest zakres działalności ZUS, jak wrażliwa jest materia prawna, którą realizujemy, a także z jak wielu specjalistycznych narzędzi informatycznych musimy przy tym korzystać – dowodzi Zakład, podkreślając przy tym, że „ekspertów w dziedzinie ubezpieczeń nie ma wielu na rynku”. Najwyraźniej większość z nich pracuje też w warszawskich instytucjach, a na zlecenia poniżej progu 30 tysięcy euro na szczęście nie trzeba rozpisywać przetargów. A konkursów – nie trzeba.

Kontrowersyjne zlecenia
– Umowa-zlecenie to bardzo wygodna forma zatrudnienia, ale też bardzo dwuznaczna. Może być dla firmy wielkim ułatwieniem, ale też wyjątkowo łatwo ubrać w tę formę jakieś zlecenia dla krewnych i znajomych królika – tak jeden z warszawskich prawników podsumowuje istotę podejrzeń związanych z listą ekspertów ZUS. Z kolei zdaniem Anny Respond z warszawskiej kancelarii Bartosiak & Wspólnicy, umowa-zlecenie cieszy się złą sławą ze względu na powszechne użycie jej jako zamiennika dla umów o pracę. – Tyle że nie obciążonego składkami, co pozwala unikać wszystkich kwestii związanych z daninami, a także dyskusji na temat chorobowego czy urlopów – podkreśla w rozmowie z INN:Poland.

Ze spekulacji dotyczących stosowania umów-zleceń zarówno w przedsiębiorstwach prywatnych, jak i instytucjach państwowych możemy się też dowiedzieć, że umowa-zlecenie bywa swoistym ekwiwalentem premii. – W firmach, w których działają silne związki zawodowe, zamiast podnosić pensję czy dawać premię, z powodów wizerunkowych wystawia się czasem umowę-zlecenie po to, by nagrodzić pracownika, ale nie narazić się związkowcom – mówi jeden z naszych rozmówców.
Wbrew pozorom coraz rzadsze są umowy cywilno-prawne, które mają służyć wyłącznie transferowaniu pieniędzy poza firmę czy instytucję. Można by przyjąć, że umowa o dzieło czy zlecenie mogłaby służyć zwiększaniu puli kosztów – a więc oszustwu podatkowemu – ale nie da się w ten sposób wiele „zaoszczędzić”, a ryzyko jest coraz większe: tropem takich umów coraz częściej chodzą inspektorzy skarbowi. Wraz z wprowadzeniem nowych instrumentów planowanych przez resort Mateusza Morawieckiego – jak np. jednolity plik kontrolny – znikną też do reszty możliwości generowania fikcyjnych kosztów (jak umowa-zlecenie, która nigdy nie została zapłacona). Podobnie coraz rzadziej zdarzają się sytuacje, w których umowy-zlecenia służą podbiciu kosztorysu planowanego projektu: w przypadku np. uzyskiwania dotacji unijnych czy instytucjonalnych, planowane umowy-zlecenia są monitorowane przez instytucje przyjmujące wniosek i wszelkie nienaturalne lub wyjątkowo wysoko wyceniane prace są kwestionowane.

Teoretycznie wciąż możliwe są przypadki z pogranicza nepotyzmu: w przeszłości nie było rzadkością zatrudnianie – zarówno w biznesie, jak i w państwowych instytucjach – „krewnych i znajomych”. Jeżeli prywatnemu przedsiębiorcy trudno zabronić posiadania dobrze opłacanego asystenta o niewielkim zakresie obowiązków, to dyrektorom czy politykom znacznie trudniej było się wybronić przed oskarżeniami – a takie zarzuty kryją się w tle artykułu „Gazety Wyborczej”. Trudno jednak spodziewać się, by w tym przypadku interweniowała Państwowa Inspekcja Pracy, Urząd Skarbowy czy, nomen omen, ZUS. – Jeżeli ktoś dopatruje się tu przestępstwa, to może złożyć stosowne zawiadomienie do prokuratury – ucina prawnik, z którym rozmawialiśmy.

Pytanie, czy znajdzie się chętny. W rozmowach z „Gazetą Wyborczą” pracownicy ZUS nie kryli rozgoryczenia, że instytucja, która zatrudnia tak wielu specjalistów, musiała sięgnąć po osoby z zewnątrz – mało że chodzi o osoby związane mniej lub bardziej z szefową Zakładu, gorzej, że zatrudniano je na warunkach nieosiągalnych dla ekspertów z samej instytucji. Jak spekuluje dziennik, w sprawie umów-zleceń miał też interweniować prezes PiS, Jarosław Kaczyński. Trudno jednak oczekiwać, by ktokolwiek z krytyków hojności Zakładu posunął się aż tak daleko.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...