Apple uznał, że na gadżetach tej polskiej firmy można zarobić. Udało nam się zajrzeć za kulisy produkcji

Tak powstają słynne na całym świecie czujniki i centralki do sterowania inteligentnym domem Fibaro.
Tak powstają słynne na całym świecie czujniki i centralki do sterowania inteligentnym domem Fibaro. mat. prasowe
Wejście do jednej z najsłynniejszych polskich firm technologicznych wygląda skromnie. Już na początku trzeba założyć fartuch i ochraniacze na buty. Co ciekawe, z ochraniaczy wystaje dziwna czarną tasiemką. To uziemienie. Potem trzeba przejść przez bramkę, która sprawdza, czy nie jesteśmy zbytnio naładowani elektrycznie, czyli... sprawdza uziemienie. W środku pełne zaskoczenie. Witamy w Fibaro.

Jest czysto, przejrzyście. Na ścianach wiszą plakaty przypominające o stosowaniu słynnej zasady 5S i filozofii Kaizen. Oznacza to m.in., że każde narzędzie i każda rzecz, od wielkiej maszyny po śrubokręt, od długopisu po miotłę ma swoje wyznaczone miejsce.

Ale co to? Pierwszych kilku pracowników, jakich widzę, jest przykutych do swoich miejsc pracy?! Na jednym z przegubów mają opaskę, której drugi koniec jest przypięty do stołu. Uf, okazuje się, że to tylko… uziemienie. Tak to jest, gdy produkuje się czułe i wrażliwe elementy elektroniczne.

Wszędzie jest biało, w powietrzu unosi się delikatny aromat podgrzewanego plastiku i kalafonii. Co ciekawe, sama fabryka nie mieści się gdzieś na obrzeżach miasta, ale praktycznie w centrum Poznania, kilkaset metrów od Rynku Jeżyckiego. Mam wrażenie, że gdzieś zza rogu wyłoni się Rychu Peja.
Tak wygląda miejsce, gdzie powstają słynne na cały świat czujniki i elementy inteligentnego domu. Naprawdę słynne – Fibaro to pierwsza polska firma, której produkty pojawiły się w oficjalnym sklepie Apple. W Polsce sprzedaje tylko kilka procent produkcji, dwie trzecie jadzie do Europy Zachodniej, reszta na cały świat. Na powierzchni 1500 m kw. pracuje 200 osób. Do tej pory wypuścili na rynek kilkaset tysięcy centralek do sterowania inteligentnym domem i kilka milionów różnych czujników.

Komponenty do produkcji elektroniki przyjeżdżają z różnych stron świata – z Chin, Japonii, Europy. Często wyglądają dość osobliwie. Nadrukowane na papierowych bądź plastikowych arkuszach.

– O, widzi pan, ta cała kartka jest pełna miniaturowych układów – mówi mi specjalista z fabryki. Wytężam wzrok, widzę jedynie kartkę pokrytą kropkami wielkości tego, co muchy robiły na portrecie Franciszka Józefa w opowieściach dobrego wojaka Szwejka. Są to jakieś tajemnicze części elektroniczne o rozmiarach 0,3 na 0,3 milimetra.

W fabryce stoi pełno nowoczesnych maszyn, automatycznie wdrukowujących części w płytki z układami scalonymi czy piece do ich wtapiania. Paradoksalnie, sporo prac wykonuje się ręcznie. Może to zabrzmi dziwnie, ale jest wiele czynności, które człowiek wykonuje lepiej i bardzie precyzyjnie od maszyn. Choćby zlutowanie dwóch drucików – banalne na pierwszy rzut oka. Siadam do stołu, podpinam się od uziemienia, wlutowuję po cztery druciki do każdej z czterech płytek. Chwilę później trafiają do stanowisko kontroli. Dwie przechodzą, dwie zlutowałem źle. Pani kontrolerka patrzy na mnie z wyraźnym politowaniem.

To, co uderza w fabryce, to fakt, że chyba większość ludzi kontroluje poprawność montażu i jakość schodzących z taśm części na dosłownie każdym etapie produkcji. Lutowanie, kontrola. Dodanie kabelka, kontrola. Włożenie w obudowę, kontrola. A na końcu – zgadliście! Kontrola. W ostatniej salce co chwila piszczą brzęczyki. To tu po raz ostatni sprawdza się ich jakość. I to bardzo na serio – akurat trwa sprawdzanie partii czujników czadu. W domu taki czujnik wisi na ścianie i po wykryciu zbyt dużego stężenia tlenku węgla musi zacząć potępieńczo wyć.
W salce znajduje się więc specjalna komora, w której zamyka się partię gotowych czujników i wpuszcza do środka czad. Wyją wszystkie. Ale to jeszcze nie koniec kontroli. Wyrywkowo wybrane sztuki z każdej partii wędrują do niezależnego ośrodka badawczego. Jeśli choć jeden zawiedzie, cała partia wraca do fabryki.

– Tu nie ma żartów, tu chodzi przecież o ludzkie życie – mówi całkiem na serio jeden z przedstawicieli Fibaro.

Ale to podejście się sprawdza. Krzysztof Banasiak, wiceprezes Fibaro mówi, że w ramach gwarancji wraca do fabryki mniej więcej 0,2 procenta sprzedanych urządzeń. A rynek zbytu rośnie.

– Jednym z najciekawszych są Zjednoczone Emiraty Arabskie. Nasz lokalny przedstawiciel twierdzi, że nasze urządzenia stały się synonimem inteligentnego domu. U nas na przykład na sportowe buty mówi się „adidasy”. Tam ludzie nie pytają się „czy masz smart home?” tylko „czy masz fibaro”. Poza tym, mieszkańcy ZEA nie bardzo cieszą się z niektórych naszych nowości. Mówią na przykład „Fajnie, że macie nowe głowice do grzejników, jak u nas za oknem jest 60 stopni!” – uśmiecha się Banasiak.

Paradoksalnie Fibaro jest stosunkowo słabo znane w Polsce. Firma istnieje dopiero od 7 lat, a powstała niemal przypadkiem. Jeden ze współzałożycieli, Maciej Fiedler kilka lat temu budował sobie dom i nie mógł znaleźć na rynku urządzeń, które spełniałyby jego wymagania. Musiały być małe, bezprzewodowe i ładne – do tego ostatniego do dziś przywiązuje dużą wagę, bo ma spore doświadczenie w pracy designera.

Pracownicy działu projektowego opowiadają, że właściciel Fibaro potrafi tygodniami testować prototypy, sprawdza nawet czy są przyjemne w dotyku, czy mają odpowiednią strukturę i czy ich kształt jest odpowiedni.

Podczas budowy domu zebrał zespół kilku wspólników, którzy dosłownie w garażu zaczęli prace nad systemem smart house. Okazali się na tyle skuteczni, że Fibaro przeniosło się z garażu do fabryki, zatrudnia łącznie 350 osób i samo się finansuje, nigdy nie musiało starać się o kredyty czy inwestorów. Teraz też ich nie szuka, choć szybki wzrost firmy może tego wymagać.

– Na pewno jesteśmy otwarci na współpracę i bardzo różne propozycje biznesowe – twierdzi Prezes Zarządu Fibaro, Joanna Ossowska – Rodziewicz. Ale zaznacza, że firma bierze pod uwagę różne opcje, nie wykluczając na przykład wejścia na giełdę.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...