Z korpo wyleciał „za szczerość”, by otworzyć biznes, sprzedał mieszkanie po babci. Dziś wyciąga 8 mln zł rocznie

mat. pras.
Do pewnego momentu życie Jarosława „Jaro” Bienieckiego naznaczone było pasmem porażek. W trakcie studiów przekonał się, że jest za słaby by zrobić karierę w sporcie, potem został wyrzucony kolejno z 5 korporacji. Większość osób załamałoby się już na tym etapie. Ale nie on. Polski biznesmen postanowił stworzyć cykl biegów z przeszkodami Runmaggedon. Na pierwszej imprezie zorganizowanej za pożyczone pieniądze stracił 100 tys. zł. Nie załamał się jednak, a dzisiaj na cykl z zainteresowanie, spogląda coraz więcej krajów w Europie.

– Wynik składa się z trzech elementów: solidnego treningu, właściwego odżywiania i suplementacji oraz higienicznego trybu życia – opowiada na wstępie Jarosław Bieniecki. Jego zdaniem właśnie tego ostatniego zabrakło mu, by zrobić karierę w biegach długodystansowych. – Wciągnęło mnie życie studenckie – przyznaje bez ogródek.



Po studiach na SGH zdawało się jednak, że przedsiębiorca wreszcie odnalazł swoje powołanie. Przez kolejne 9 lat przewinął się przez pięć korporacji. Biogram robi wrażenie, możemy tam znaleźć np. stanowisko Dyrektora Operacyjnego na Europę w Webinterpret czy dyrektora Departamentu Strategii w Enerdze.

Rzeczywistość nie wyglądała jednak tak różowo. Bieniecki, mimo dobrych zarobków i prestiżu, zwyczajnie się męczył. – Z jednej z firm wyleciałem za lenistwo, z jednej za zbytnią szczerość, jeszcze z innej za pobicie – wspomina. – Od strony merytorycznej radziłem sobie jednak bardzo dobrze. Szybko awansowałem, w jednej z firm awansowałem w ciągu roku ze specjalisty na kierownika działu – dodaje. Przyznaje jednak, że jego postawa nie mogła być nieskazitelna, skoro wyrzucili go aż z 5 firm.
– Zawsze mówiłem to co myślałem. Czasem na tym zyskiwałem, czasem traciłem. Kiedyś dostałem komunikat od swojego kolegi, że między szczerością a głupotą jest bardzo cienka granica. Tak cienka, że czasami jej nie zauważam – wspomina Bieniecki.

Przełom nadszedł w 2013 roku. Jeden ze znajomych podrzucił mu wtedy pomysł startu w zawodach Tough Mudder, jednym z najtrudniejszych biegów z przeszkodami na świecie. Bieniecki spakował plecak, pojechał do Berlina, przebiegł kilkanaście mil i...uznał, że zorganizowałby to lepiej.

No dobrze, ale skąd wziął na to pieniądze? – można by zapytać, cytując popularnego mema. Tu pojawiły się problemy. Choć Bieniecki w każdej z poprzednich firm zarabiał dobre pieniądze, nie był raczej ucieleśnieniem zasady „oszczędnością i pracą ludzie się bogacą”. Sowite pensje szły na dwa kredyty mieszkaniowe i prywatne przedszkola dla dzieci. Na szczęście została jeszcze kawalerka po babci, którą biznesmen niezwłocznie sprzedał i skłonni do pomocy koledzy. I tak, opychając rodowe srebra, Bieniecki ruszył z cyklem Runmaggedon.

Myślicie, że w tym momencie zaczyna się już bajkowe opowiadanie z happy endem? O nie, to dopiero ciąg dalszy niepowodzeń. Przedsiębiorca na rozruch potrzebował 300 tys. złotych. Za te pieniądze udało mu się ściągnąć raptem 700 uczestników. Kompletny niewypał.

– Dla mnie to był duży sukces. Sprzedawaliśmy tak naprawdę kota w worku – Bieniecki patrzy na start z innej perspektywy. I wspomina, że w trakcie pierwszej imprezy na warszawskim Służewcu miał obawy o zachowanie uczestników. - Trasa przebiegała przez basen przeciwpożarowy. Bałem się, że uczestnicy uznają, że zwariowałem, każąc im tam pływać. Dodatkowo basen zarósł glonami i całość wyglądała naprawdę paskudnie. Na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne – opowiada.

Światełko w tunelu pojawiło się kilka miesięcy później. Druga impreza ściągnęła znacznie więcej uczestników. I choć Bieniecki wciąż potrzebował do funkcjonowania kredytów obrotowych (którymi wspomagał się przez pierwsze trzy lata działalności), wszystko zaczynało nabierać realnych kształtów.
Kluczem było dobre wypromowanie imprezy. Bieniecki pomyślał także i o tej stronie, do swojego przedsięwzięcia zaprzągł jednego z najbardziej uznanych speców od marketingu sportowego – Grzegorza Kitę, który został wiceprezesem i jednocześnie współwłaścicielem Runmaggedonu. Kita w swojej karierze czuwał m.in. nad współpracą T-Mobile z piłkarską ekstraklasą, pracował również ze związkami pływackimi i lekkoatletycznymi. Od miesiąca za działania promocyjne i sprzedażowe odpowiada natomiast Rafał Płuciennik, który wsławił się m.in. wciągnięciem Adama Małysza w rajdy samochodowe.

Dzisiaj Runmaggedon działa już w kilku miastach w Polsce, zawody odbywają nawet kilka razy w miesiącu. Zyski z imprezy również rosną w zawrotnym tempie. W 2017 roku we wszystkich imprezach biegowych wzięło udział ok. 50 tys. biegaczy. To, pomnożone przez 160 zł, czyli średnią wysokość opłaty startowej, daje nam 8 mln złotych. Do nich dochodzą jeszcze umowy sponsorskie, wśród których znajdziemy np. Renault (limitowana seria samochodów Renault Kadjar z brandingiem Runmaggedonu wyprzedała się w przeciągu 1,5 miesiąca od daty premiery), Warkę czy Foods by Ann Anny Lewandowskiej. Bieniecki opowiada jednak, że cały czas podstawę zysków stanowi wpisowe. Dlatego też, im więcej uczestników, tym lepiej. Sam przedsiębiorca podkreśla zresztą, że milionerem jeszcze nie jest. Same koszta pozaeventowe to bowiem obecnie ponad 2 mln złotych rocznie, a każdy z 16 biegów to kolejne 400-700 tys. złotych.

Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia. Bieniecki już snuje plany o 75, 100 a nawet 200 tys. uczestników. Jego zdaniem, to realny scenariusz na najbliższe lata. W marcu 2018 po raz pierwszy biegi wyjdą poza nasz kraj. Morderczy 3-dniowy bieg odbędzie się na marokańskiej części Sahary. Przymiarki do wyjścia poza granice pojawiły się jednak już wcześniej. Zawody w Czechach i Wielkiej Brytanii nie doszły do skutku, polskiemu przedsiębiorcy brakowało czasu na jego organizację. Teraz Bieniecki jest ostrożniejszy. Chętnych zbiera poprzez model franczyzy. – Na razie najbardziej konkretne oferty pojawiły się z Bułgarii i Grecji – dodaje biznesmen.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...